Dyskusje ogólne
2 l
57
Mam spierdolonych rodziców.
Lvl 32, życie tak naprawdę wygląda w miarę w porządku, jest praca, auto, mieszkanie, żona... ale dzięki temu jak za dziecka traktowali mnie rodzice i jak nadal mnie traktują, jestem w pewnym sensie pizdą społeczną - człowiekiem, który nie potrafi wielu podstawowych rzeczy w relacjach między ludźmi, bo się ich boi. Nie żebym tego potrzebował, ale nie potrafię samodzielnie poznawać ludzi i nie wychodzę z inicjatywą w grupach, bo boję się odrzucenia i dezaprobaty. Nie chcę sugerować żadnego działania czy dawać pomysłów na aktywności. A czasie rozmów, wydaje mi się, że każda prowadzi do kłótni, mimo tego że np. żartujemy w grupie - wszystko dlatego, że reakcją ze strony matki zawsze była pierdolona dezaprobata i ucinanie rozmowy. Wszystko co mówiłem, spotykało się z problemami, jakich to moja wypowiedź nie stwarza. Każda rozmowa z Nią była dla "małego mnie" zagrożeniem.
Boję się mieć dzieci (a jakże inaczej?), nie wiem co przyniesie jutro i nie wiem czy wystarczy pieniędzy gdy coś pójdzie nie tak (rodzice są bankrutami, przez co mam fobię (obsesję?) co do braku pieniędzy w domu). Gdyby się okazało, że potrzebne są jakieś większe wydatki na leczenie, to tak naprawdę nie stać Nas na dziecko. Ale co tam, pijany ojciec nazwie mnie pizdą, bo nie zakładam rodziny, a jak go o to później zapytałem to oczywiście nie pamięta...
Możliwe, że nie chcieli mnie tak traktować... ale przez wiele różnych wydarzeń w życiu, ich stosunek do mnie zawsze był jak do dziecka, w takim sensie że nie liczą się z moim zdaniem i myślą że jestem odludkiem-niedorajdą, że nigdy nie jestem tym, który decyduje - od prawie 30 jebanych lat jestem traktowany jak pięciolatek, który nie potrafi się podetrzeć, jestem wręcz nieistotny. Matka tłumaczy mi wszystko jakbym nie potrafił chodzić, a ojciec nie liczy się z moimi życiowymi decyzjami - wyniosłem z domu zero autorytetu do rodziców. Nie wiem czy to przez to, że jako jedyny nie wyjechałem do warszafki czy przez to, że jestem najmłodszy z rodzeństwa...
Do tego dochodzi jeszcze szantaż emocjonalny. Dziś już potrafię go rozpoznać i ucinam takie rozmowy, ale jak dorosły człowiek dostaje od swojej matki opierdol za nieskoszenie nieswojego trawnika, a czego wcale nie deklarował się zrobić, ale i tak się obwinia, bo przecież tak go matka przystosowała, to muszę przyznać że mam ciekawe mentalne blizny - i tak za każdym jebanym razem, gdy jakikolwiek aspekt danej sytuacji potoczy się inaczej niż ona chce -> wojna - dotyczy to każdej najmniejszej pierdoły.
Bardzo trudno jest mi być asertywnym, nie potrafię negocjować, a gdy jakimś cudem postawię na swoim to robię surprised Pikachu face. Bez powodu jestem też zbyt miły dla obcych ludzi (nawet gdy traktują mnie źle), bo boję się konfliktów na każdym kroku.
Rodzice nie mieszkają razem już od lat, nigdy nie widziałem, żeby darzyli się na wzajem jakimś pozytywnym uczuciem, kłótnie albo brak jakichkolwiek rozmów zdarzały się często - czasem nawet rękoczyny. Z tyłu głowy mam myśl że moje małżeństwo skończy się tak samo (tym bardziej, że starszy brat też jest rozwodnikiem), mimo tego że żyje się Nam z żoną cudownie już od 6 lat, a razem jesteśmy od ponad 12.
Pracuję nad tym spierdoleniem, ale bywa różnie, bo bywam agresywny gdy o tym myślę, a żonie otwarcie mówię, że chcę śmierci matki.
Pozytywną rzeczą w tym wszystkim jest to, że jestem świadomy skąd wnika taki spaczony charakter i co raz łatwiej jest mi to traktować jako coś, nad czym wystarczy pracować i łatwiej mi obiektywnie oceniać sytuacje i na nie reagować, ale dużo jeszcze przede mną i niektórych rzeczy pewnie nie zmienię.
Może się to wydawać dla Was straszną pierdołą, ale po latach życia w takim cichym, dziwnym lęku odbija się to na człowieku.
Zdrówka
Lvl 32, życie tak naprawdę wygląda w miarę w porządku, jest praca, auto, mieszkanie, żona... ale dzięki temu jak za dziecka traktowali mnie rodzice i jak nadal mnie traktują, jestem w pewnym sensie pizdą społeczną - człowiekiem, który nie potrafi wielu podstawowych rzeczy w relacjach między ludźmi, bo się ich boi. Nie żebym tego potrzebował, ale nie potrafię samodzielnie poznawać ludzi i nie wychodzę z inicjatywą w grupach, bo boję się odrzucenia i dezaprobaty. Nie chcę sugerować żadnego działania czy dawać pomysłów na aktywności. A czasie rozmów, wydaje mi się, że każda prowadzi do kłótni, mimo tego że np. żartujemy w grupie - wszystko dlatego, że reakcją ze strony matki zawsze była pierdolona dezaprobata i ucinanie rozmowy. Wszystko co mówiłem, spotykało się z problemami, jakich to moja wypowiedź nie stwarza. Każda rozmowa z Nią była dla "małego mnie" zagrożeniem.
Boję się mieć dzieci (a jakże inaczej?), nie wiem co przyniesie jutro i nie wiem czy wystarczy pieniędzy gdy coś pójdzie nie tak (rodzice są bankrutami, przez co mam fobię (obsesję?) co do braku pieniędzy w domu). Gdyby się okazało, że potrzebne są jakieś większe wydatki na leczenie, to tak naprawdę nie stać Nas na dziecko. Ale co tam, pijany ojciec nazwie mnie pizdą, bo nie zakładam rodziny, a jak go o to później zapytałem to oczywiście nie pamięta...
Możliwe, że nie chcieli mnie tak traktować... ale przez wiele różnych wydarzeń w życiu, ich stosunek do mnie zawsze był jak do dziecka, w takim sensie że nie liczą się z moim zdaniem i myślą że jestem odludkiem-niedorajdą, że nigdy nie jestem tym, który decyduje - od prawie 30 jebanych lat jestem traktowany jak pięciolatek, który nie potrafi się podetrzeć, jestem wręcz nieistotny. Matka tłumaczy mi wszystko jakbym nie potrafił chodzić, a ojciec nie liczy się z moimi życiowymi decyzjami - wyniosłem z domu zero autorytetu do rodziców. Nie wiem czy to przez to, że jako jedyny nie wyjechałem do warszafki czy przez to, że jestem najmłodszy z rodzeństwa...
Do tego dochodzi jeszcze szantaż emocjonalny. Dziś już potrafię go rozpoznać i ucinam takie rozmowy, ale jak dorosły człowiek dostaje od swojej matki opierdol za nieskoszenie nieswojego trawnika, a czego wcale nie deklarował się zrobić, ale i tak się obwinia, bo przecież tak go matka przystosowała, to muszę przyznać że mam ciekawe mentalne blizny - i tak za każdym jebanym razem, gdy jakikolwiek aspekt danej sytuacji potoczy się inaczej niż ona chce -> wojna - dotyczy to każdej najmniejszej pierdoły.
Bardzo trudno jest mi być asertywnym, nie potrafię negocjować, a gdy jakimś cudem postawię na swoim to robię surprised Pikachu face. Bez powodu jestem też zbyt miły dla obcych ludzi (nawet gdy traktują mnie źle), bo boję się konfliktów na każdym kroku.
Rodzice nie mieszkają razem już od lat, nigdy nie widziałem, żeby darzyli się na wzajem jakimś pozytywnym uczuciem, kłótnie albo brak jakichkolwiek rozmów zdarzały się często - czasem nawet rękoczyny. Z tyłu głowy mam myśl że moje małżeństwo skończy się tak samo (tym bardziej, że starszy brat też jest rozwodnikiem), mimo tego że żyje się Nam z żoną cudownie już od 6 lat, a razem jesteśmy od ponad 12.
Pracuję nad tym spierdoleniem, ale bywa różnie, bo bywam agresywny gdy o tym myślę, a żonie otwarcie mówię, że chcę śmierci matki.
Pozytywną rzeczą w tym wszystkim jest to, że jestem świadomy skąd wnika taki spaczony charakter i co raz łatwiej jest mi to traktować jako coś, nad czym wystarczy pracować i łatwiej mi obiektywnie oceniać sytuacje i na nie reagować, ale dużo jeszcze przede mną i niektórych rzeczy pewnie nie zmienię.
Może się to wydawać dla Was straszną pierdołą, ale po latach życia w takim cichym, dziwnym lęku odbija się to na człowieku.
Zdrówka