81
Poszedł ksiądz na targ kupić coś do jedzenia, bo miał mieć w parafii wizytację biskupa i biskup miał zostać na kolację.

Podszedł do gościa z rybami i mówi:
- Oj, jaka piękna, duża ryba!
Sprzedawca na to:
- Pięknego skurwysyna złapałem, co?
Ksiądz się obruszył:
- Panie, ja wszystko rozumiem - piękna duża ryba, ale żeby zaraz przy księdzu takie epitety wstyd!
Sprzedawca, żeby sie ratować z sytuacji zaczyna walić ścieme:
- Ale proszę księdza - skurwysyn to jest nazwa tej ryby, tak samo jak płotka, okoń czy pstrąg.
- Aaa no to w porządku. Poproszę tego skurwysyna. Przygotuję go na kolację z biskupem.

Przychodzi ksiądz na parafię pokazuje rybę siostrze zakonnej.
Zakonnica: O jaka piękna duża ryba.
A ksiądz na to: Ładnego skurwysyna kupiłem, co?
Zakonnica:  Ale co ksiądz - takie słownictwo?

A ksiądz wyjaśnia, że to ta ryba się nazywa skurwysyn - tak jak inne, płoć czy szczupak.

-Aaaa. to rozumiem.

Ksiądz polecił zakonnicy żeby ta przygotowała skurwysyna na kolację z biskupem.

Stoi zakonnica w kuchni, skrobie rybę a tu wchodzi kucharka.

O jaka piękna duża ryba - mówi kucharka.
Siostra na to: Piękny skurwysyn, prawda?
Ależ co siostra? Nie poznaję! - obrusza się kucharka.
A siostra, że ta ryba się nazywa skurwysyn - tak jak inne się nazywają, karp czy lin.

Siostra kazała przygotować skurwysyna na kolację z biskupem. Wieczorem przyjeżdża biskup, siada przy stole z księdzem i zakonnicą. Kucharka wnosi główne danie - rybę.

Ksiądz biskup:
 Jaka piękna, duża ryba!

Na to proboszcz:
To ja tego skurwysyna znalazłem i kupiłem.

Odzywa się zakonnica:
A ja tego skurwysyna skrobałam.

Na to włącza się kucharka:
A ja tego skurwysyna usmażyłam i przyrządziłam.

Ksiądz biskup popatrzył, wyjął z torby litr wódki i mówi:
Kurwa, widzę, że tu sami swoi!
0.07867693901062