Dyskusje ogólne
2 l
53
Otwieram dyskusję, który serial jest lepszy. A może inaczej - który obecnie cieszy się większą estymą.
"Przyjaciele" z wiadomych przyczyn było mi znane jako pierwszy serial, który oglądała w telewizji jeszcze moja mama. "Jak poznałem waszą matkę" oglądałem mniej więcej na bieżąco, ale dopiero gdy wróciłem do ponownego obejrzenia kilka lat później, zachwyciłem się tą produkcją.
Wiem, że oba seriale są do siebie porównywane. W końcu są to sitcomy opowiadające o grupce przyjaciół, których relacje międzyludzkie śledzimy. HIMYM bywa brutalnie nazywane gorszą kopią "Przyjaciół" i rozumiem te zarzuty, bo sam widzę sporo podobieństw.
Jednak zakochałem się w HIMYM, bo oprócz odważniejszego humoru (kilka żartów z pewnością dzisiaj wywołałoby oburzenie i między innymi rezygnacja z tego pochłonęła nieudany spin-off), to poziom emocjonalny jest tu dla mnie o półkę wyżej niż u "Przyjaciół". Są odcinki, których wręcz boję się oglądać, bo wiem że oko się spoci. Mimo że Ted bywa frustrującą postacią, to jakoś się z nim identyfikuję (a jestem nawet skłonny powiedzieć, że Ted pasuje do profilu dzidowca) i jego miłosne i przyjacielskie eskapady towarzyszą mi na co dzień, kiedy to po raz 83 oglądam wszystkie sezony.
Komentarze zostawiam dla was, mam nadzieję na jakąś merytoryczną dyskusję. Żeby było jasne, "Przyjaciół" również lubię, jak leci na Comedy Central to do obiadu sobie puszczę, ale bing watching tego już mnie męczy.
PS. Ktoś się oburzy, że do dyskusji nie dołączyłem amerykańskiego The Office. To również uwielbiam i oglądam chyba po raz 60., ale nie traktuję tego jako sitcom - w tym przypadku bardziej liczą się żarty, niż więź emocjonalna z bohaterami. A "Teorię wielkiego podrywu" należy zniszczyć jak Kartaginę.
"Przyjaciele" z wiadomych przyczyn było mi znane jako pierwszy serial, który oglądała w telewizji jeszcze moja mama. "Jak poznałem waszą matkę" oglądałem mniej więcej na bieżąco, ale dopiero gdy wróciłem do ponownego obejrzenia kilka lat później, zachwyciłem się tą produkcją.
Wiem, że oba seriale są do siebie porównywane. W końcu są to sitcomy opowiadające o grupce przyjaciół, których relacje międzyludzkie śledzimy. HIMYM bywa brutalnie nazywane gorszą kopią "Przyjaciół" i rozumiem te zarzuty, bo sam widzę sporo podobieństw.
Jednak zakochałem się w HIMYM, bo oprócz odważniejszego humoru (kilka żartów z pewnością dzisiaj wywołałoby oburzenie i między innymi rezygnacja z tego pochłonęła nieudany spin-off), to poziom emocjonalny jest tu dla mnie o półkę wyżej niż u "Przyjaciół". Są odcinki, których wręcz boję się oglądać, bo wiem że oko się spoci. Mimo że Ted bywa frustrującą postacią, to jakoś się z nim identyfikuję (a jestem nawet skłonny powiedzieć, że Ted pasuje do profilu dzidowca) i jego miłosne i przyjacielskie eskapady towarzyszą mi na co dzień, kiedy to po raz 83 oglądam wszystkie sezony.
Komentarze zostawiam dla was, mam nadzieję na jakąś merytoryczną dyskusję. Żeby było jasne, "Przyjaciół" również lubię, jak leci na Comedy Central to do obiadu sobie puszczę, ale bing watching tego już mnie męczy.
PS. Ktoś się oburzy, że do dyskusji nie dołączyłem amerykańskiego The Office. To również uwielbiam i oglądam chyba po raz 60., ale nie traktuję tego jako sitcom - w tym przypadku bardziej liczą się żarty, niż więź emocjonalna z bohaterami. A "Teorię wielkiego podrywu" należy zniszczyć jak Kartaginę.