5
Również skierowałem swoje kroki w tamtą stronę. Zorientowałem się, że prawie wszyscy już zdążyli się ukryć bądź oddalić znacznie w zieloną roślinność. Jeszcze raz objąłem wzrokiem całe wybrzeże. Ostre skały bieliły się i piętrzyły na mieliźnie. Zerwał się wiatr. Zadrżała ziemia, spłoszone ptactwo które zerwało się z drzew do lotu ledwo odznaczało się na tle zachmurzonego nieba. W oddali dostrzegłem wysokie postacie zmierzające w moim kierunku.

Dwa razy lub więcej wyższe od rosłego mężczyzny, muskularne sylwetki które na głowy wciśnięte miały bryły jak ostrosłupy, a na nich liczne symbole z poświatą niebieskiego koloru swoim wyglądem wzbudzały przerażenie. Kiedy jeden z nich wydłubał kamień, by wyciągnąć jednego z ukrytych mężczyzn, a potem oberwał mu nogi i wrzucił do wody, strach ścisnął mi żołądek. Ku mojemu przerażeniu inne postacie poszły w ślady pierwszego. Z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami oglądałem jak rozrywają kolejnych. Nie zjadali zwłok, bawili się nimi obrywając kończyny, czasem rzucając nimi do wody a czasem na drzewa, które wyglądały jak przeklęte choinki. Nacierali się krwią swoich ofiar, jakby w narkotycznym transie, a krew kontrastująca z ich ciałem ukazała kolor ich skóry, który był taki sam jak kolor piasku plaży. Ciemne niebieskie szaty łopotały im na wietrze.

Nawet nie dostrzegłem jak niektórzy z krzykiem mijali mnie pędząc w przerażeniu na oślep. Dopiero kiedy ktoś chwycił mnie za nadgarstek, by ciągnąć z całej siły jak nieboskie stworzenie, wyrwałem się z zamarcia i ruszyłem pędem nim zdążyłem przyjąc do świadomości to co się stało. Nie chciałem podzielić losu tych, którzy usilnie strali się ukryć.
0.063415050506592