Dyskusje ogólne
1 r
34
Czas 'radości' i spotkań rodzinnych za nami to wam coś opowiem.
Wyobraźcie sobie typowy wiejski dom. Rodzina złożona z dziadków, rodziców i czterech córek. Prowadzących sobie spokojne życie, raz lepiej raz gorzej, po prostu życie.
Córki kończą lokalną szkołę i wybierają się do miasta. Niestety jest problem, kto zostanie na gospodarce pomagać rodzicom, którzy są tylko coraz starsi ? Zaoferowała się najmłodsza bo i tak jeszcze nie wie co by chciała w życiu robić + ma szkołę średnią do skończenia.
Reszta wyleciała na duże miasta. Minęło kilka lat edukacji wyższej, pierwszych gówno prac i są po wielu bojach trzy 'bizneswoman'. Wysokie stanowiska w korpo, duże zarobki i luksusowe życie. Wszystko na najwyższym poziomie. Chwilowe miłosne wzloty z losowymi Alvaro po clubingu, wakacje w drogich kurortach i kolacje w restauracjach. Zamiast dzieci pieski bo to nie wymaga tyle opieki, gdy chcesz z nimi porozmawiać/odwiedzić to nie da rady bo one są w pracy po pracy bo muszą być pod telefonem.
Typowy korpo-człowiek.
Do domu wracają tylko na święta gdzie witane są przez swoją najmłodszą siostrę, która choć została i ukończyła jakiś tam byle uniwerek to nie była gorsza i rozwinęła własny mały biznes. Dobijając do domowego budżetu niezłą sumkę budując zabezpieczenie finansowe dla swojej rodziny, która się poszerzyła o kolejne dwie kobiety.
Teraz po tym przydługim wstępie wchodzimy do właściwej części. Dokładnie to do czasu koronawirusa. W tym okresie nasze panny, choć były już po 30-stce i 40-stce zrozumiały w końcu czym jest domowy budżet i świadome zarządzanie własnymi finansami. Firmy, które je zatrudniały po kolei zaczęły dogłębne przeliczenia i doszły do wniosku, że ich etaty lub etaty osób, którymi zarządzały nie są potrzebne aby firma przetrwała więc zamiast co rocznej premii dostały zwolnienia jak i inne ich koleżanki. Tylko miały problem, ich mieszkania nie były tanie, a jedna miała kredyt na nie. Poszukały jeszcze chwilę pracy, ale żadna firma nie dawała tyle aby było to dla nich zadowalające. Wróciły do domu rodzinnego przeczekać zły okres.
Na miejscu zaczęły się oczywiste pytania co teraz zrobią ? jakie mają plany ? czemu nie odłożyły kasy jak miały ? Drogie ubrania, mieszkania i rasowe pieski poszły na sprzedaż.
Gospodyni zatrudniła je jako pomoc w domu i w firmie aby nie przyzwyczajały się do bezsensownego siedzenia. Minął rok, wyszły gepardzice znowu na łów poszukując na nowo pracy jak ze snów. Niestety w czasie ich letargu ich stanowiska zajęły młode studentki bo choć nie pracują stale to robią za grosze. Jest tylko połowa etatów co była, nie ma zapotrzebowania na ich usługi, a jak już gdzieś jest to za część tego co było czyli według nich się nie opłaca. Najstarsza przez znajomości załapała się do roboty i utrzymywała resztę, które szukały pracy pomieszkując razem w małym mieszkanku. Po roku firma znów zrobiła przeliczenia i określiła, że 40-latka nie jest wydajna, dużo kosztuje, ma duże wymagania i nie opłaca się w nią inwestować.
Znów wróciły pokonane na wieś gdzie zaczyna się ostatnie etap. Obserwując kolejny rok najmłodszą jak spełnia się jako kobieta, gospodyni, żona i matka doszły w końcu do wniosku, że przejebały życie. Wspaniałe korpo zaczęło w ich oczach w końcu być maszynką do mielenia ludzi, spotkania, premie i wakacje służbowe widzą w końcu jako kajdany, które uzależniają, a ludzi tam pracujących jako zombie bez większego celu w życiu.
Tak oto kończy się historia 'wiecznie młodych', której byłem prawie, że naocznym świadkiem
Wyobraźcie sobie typowy wiejski dom. Rodzina złożona z dziadków, rodziców i czterech córek. Prowadzących sobie spokojne życie, raz lepiej raz gorzej, po prostu życie.
Córki kończą lokalną szkołę i wybierają się do miasta. Niestety jest problem, kto zostanie na gospodarce pomagać rodzicom, którzy są tylko coraz starsi ? Zaoferowała się najmłodsza bo i tak jeszcze nie wie co by chciała w życiu robić + ma szkołę średnią do skończenia.
Reszta wyleciała na duże miasta. Minęło kilka lat edukacji wyższej, pierwszych gówno prac i są po wielu bojach trzy 'bizneswoman'. Wysokie stanowiska w korpo, duże zarobki i luksusowe życie. Wszystko na najwyższym poziomie. Chwilowe miłosne wzloty z losowymi Alvaro po clubingu, wakacje w drogich kurortach i kolacje w restauracjach. Zamiast dzieci pieski bo to nie wymaga tyle opieki, gdy chcesz z nimi porozmawiać/odwiedzić to nie da rady bo one są w pracy po pracy bo muszą być pod telefonem.
Typowy korpo-człowiek.
Do domu wracają tylko na święta gdzie witane są przez swoją najmłodszą siostrę, która choć została i ukończyła jakiś tam byle uniwerek to nie była gorsza i rozwinęła własny mały biznes. Dobijając do domowego budżetu niezłą sumkę budując zabezpieczenie finansowe dla swojej rodziny, która się poszerzyła o kolejne dwie kobiety.
Teraz po tym przydługim wstępie wchodzimy do właściwej części. Dokładnie to do czasu koronawirusa. W tym okresie nasze panny, choć były już po 30-stce i 40-stce zrozumiały w końcu czym jest domowy budżet i świadome zarządzanie własnymi finansami. Firmy, które je zatrudniały po kolei zaczęły dogłębne przeliczenia i doszły do wniosku, że ich etaty lub etaty osób, którymi zarządzały nie są potrzebne aby firma przetrwała więc zamiast co rocznej premii dostały zwolnienia jak i inne ich koleżanki. Tylko miały problem, ich mieszkania nie były tanie, a jedna miała kredyt na nie. Poszukały jeszcze chwilę pracy, ale żadna firma nie dawała tyle aby było to dla nich zadowalające. Wróciły do domu rodzinnego przeczekać zły okres.
Na miejscu zaczęły się oczywiste pytania co teraz zrobią ? jakie mają plany ? czemu nie odłożyły kasy jak miały ? Drogie ubrania, mieszkania i rasowe pieski poszły na sprzedaż.
Gospodyni zatrudniła je jako pomoc w domu i w firmie aby nie przyzwyczajały się do bezsensownego siedzenia. Minął rok, wyszły gepardzice znowu na łów poszukując na nowo pracy jak ze snów. Niestety w czasie ich letargu ich stanowiska zajęły młode studentki bo choć nie pracują stale to robią za grosze. Jest tylko połowa etatów co była, nie ma zapotrzebowania na ich usługi, a jak już gdzieś jest to za część tego co było czyli według nich się nie opłaca. Najstarsza przez znajomości załapała się do roboty i utrzymywała resztę, które szukały pracy pomieszkując razem w małym mieszkanku. Po roku firma znów zrobiła przeliczenia i określiła, że 40-latka nie jest wydajna, dużo kosztuje, ma duże wymagania i nie opłaca się w nią inwestować.
Znów wróciły pokonane na wieś gdzie zaczyna się ostatnie etap. Obserwując kolejny rok najmłodszą jak spełnia się jako kobieta, gospodyni, żona i matka doszły w końcu do wniosku, że przejebały życie. Wspaniałe korpo zaczęło w ich oczach w końcu być maszynką do mielenia ludzi, spotkania, premie i wakacje służbowe widzą w końcu jako kajdany, które uzależniają, a ludzi tam pracujących jako zombie bez większego celu w życiu.
Tak oto kończy się historia 'wiecznie młodych', której byłem prawie, że naocznym świadkiem