2
To było na studiach, sylwestrową noc, klasyczna impreza w akademiku, gdzie nikt nie bierze jeńców. Wszyscy pili jak na wesele, chociaż to była zwykła środa. Ja, naiwny, młody i głupi, postanowiłem, że pokażę, jak się pije na mojej dzielni. Wziąłem pół litra czystej, zagrałem kilka kolejek w „kto wypije szybciej” i jeszcze do tego popijałem piwo jak wodę. Słowem: mocarz. Albo tak mi się wydawało.

W pewnym momencie impreza zaczęła się rozmywać. Ostatnie, co pamiętam, to jak ktoś zaproponował domowej roboty nalewkę. Smakowała jak spirytus wymieszany z sokiem z węgla drzewnego, ale jakoś wtedy wydawało mi się to świetnym pomysłem. Następna scena: ciemność.

Podobno zemdlałem na środku kuchni. To jeszcze pół biedy. Gdyby historia skończyła się na tym, pewnie nikt by o niej nie pamiętał. Ale mój organizm postanowił, że to dopiero początek przedstawienia. W trakcie mojego nieprzytomnego leżenia... zdefekowałem. Tak, dokładnie to. Siedziałem tam, jak wielka, pijana kupa nieszczęścia – w dosłownym i przenośnym sensie.

Ludzie spanikowali. Ktoś wezwał karetkę, bo podobno „wyglądałem, jakbym już odchodził na tamten świat”. I tu wchodzi na scenę ratownictwo medyczne w całej swojej okazałości. Ratownicy nie dość, że musieli mnie wynosić z imprezy jak worek ziemniaków, to jeszcze zawinęli mnie w ten złoty termiczny koc, żeby mnie „ogrzać”.

Rano obudziłem się w szpitalu. Głowa pękała, organizm płakał, ale największym ciosem był widok znajomych. Pierwsze, co usłyszałem, gdy przyszli mnie odwiedzić, to: „Cześć, Ferrero Rocher, jak tam?”.

Nie kumam, o co chodzi, pytam, a oni ryją ze śmiechu. I wtedy mnie oświeciło. Złoty koc. Kupa w gaciach. Najgorsze, że ta ksywa została.

Do dziś zastanawia mnie fakt, kto miał gorzej. Ja, który nic nie pamiętam, czy wszyscy wokół, którzy musieli to oglądać. 
Jestem Ferrero Rocher, a to moja historia.
0.24985480308533