6
Wczesny PRL, polska wieś
Lubelszczyzna, niedaleko gdzieś.
Choć już jesień naszła,
Grażka sobie krowę pasła.
Łąka jeszcze rosą trąca
Z obłoków przebijają się promienie słońca
Gdzieś w oddali słychać pianie
A Grażyne ciśnie spanie.
Przycupnęła obok stogu siana,
Rzekła - ale jestem dziś zjebana.
Nie mineło minut wiele
Nagle cisza jak w kościele.
Wygląda zza siana stogu
I widzi Zenka w swym barłogu.
Po wsi niosła się wieść taka
Że ten Zenek jest jebaka
Toż prawdziwy chłop z krwi i kości
Więc chędoży jak po złości.
A Grażyna choć cnotliwe dziewczę,
Nie wie co ją czeka jeszcze.
Choć na niego chrapkę miała
To się zawsze zarzekała
Że Zenkowi nie da basta!
On do pięt jej niedorasta.
Taka to wybredna jest niewiasta.
Mija dzień, lekki mrok już nastał.
Grażyna przeczesuje swoje loki
Srebrzyste niczym niebiańskie obłoki.
Czuć już chłodem znowu rosa
A w oddali słychać kosa.
Choć no mućka na nas pora
A Zenek dalej w polu ora.
Pot mu leje się po dupie
Chciałby siedzieć już w chałupie.
Patrzy przed się widzi dziewcze
Tego specyfiku nie próbował jeszcze.
Myśli sobie, orkę wstrzymał
On jej przecież jeszcze nie wydymał.
Jak wieś długa i szeroka
To obraz miły jest dla oka.
Wnet poderwał sie w te pędy
Będzie zabiegał o Grażyny względy
Ta już krowę do obory chowa
a zza muru wystaje Zenka głowa
"patrzysz na mnie tak łagodnie,
A mój bydlak już rozdziera spodnie."
Rzucił Zenek tekstem jak Mickiewicz
Ty kochasiu na nic nie licz!
Odwinęła się Grażyna
Lecz ta gra dopiero się zaczyna.
Zenek nie odpuszcza wcale
Tobie chyba się wydaje ...
Chodź tu do mnie nie bądź taka
Czy ty widzisz tego ptaka?
Nagle jakby jakieś moce czarcie
Zenka wzięły nieodparcie
Kołysze nim raz na prawo raz na lewo
Prawie przypierdolił w drzewo
Kręci dupą jak w kieracie,
Aż Grażynie spadły gacie.
Zenek zamarł słyszy tyk zegara
Pod gaciami z ringu jest Samara!
Zarośl czarna niczym smoła,
A krzaczasta jak jemioła
Zenek przerazony woła
Że dostanie zaraz fioła
I zadaniu nie podoła
Chryste panie dawać księdza
Bo inaczej będzie nędza.
A Grażyna niczym licho
Zamknij mordę bądź już cicho
Akcja teraz dzieje się w stodole
Trochę słoma w dupę kole
Tam het dalej w samym kącie
przy przyczepie samozbierającej
Bierze Zenka Liże wory
Toż to w smaku niczym pasza dla maciory
Ten już całkiem zniesmaczony
Jest tym stanem zawiedziony
Na Zenka pada blady strach
Myślał że to będzie szybko ciach
Wchodzi w Grażke jak pług w glebe
Biedak z tego się już nie wygrzebie
Prędko prędko mam już dość
A taki z niego był jegomość
Biedak Mocno zaciska zęby
Chce uciekać, nie wie którędy
Głośno krzyczy głośno woła
A tu tylko ta jemioła
Wnet drzwi do stodoły się otwarły
Płomienie do środka się wdarły
To miejscowy pleban usłyszał wołanie
Tu się odbywa jakieś ostre jebanie !
Krzyknął - Zenek przybyłem z odsieczą
I jeb Grażynę po ryju cieczą
A kysz duszo nieczysta
Niech cię pochłonie światłość wiekuista
Wyciągnął krucyfiks i trzyma w ręce
Próbuje tym pomóc Zenkowi w udręce
Nagle cisza nagle spokój
Zenek widzi domu swego pokój.
Wstaję z łoża szybkim ruchem
Łeb go boli jakby dostał gdzieś obuchem
Ale co tam kamień z serca
Uratował go z niedoli dobrodziejca
I też nie wie czy to sen czy jawa
Czy to była tylko zjawa ?
Wygląda przez izby okienko
Na przydrożne pobliskie bagienko
Tam w oddali pasie sie krowa
A za stogiem Grażyna się chowa
O nie jeszcze życie jest mi miłe
Życie, to są chwile, chwile
Tak ulotne, jak motyle
Bo to Zenek Martyniuk był
On po krzakach tak się gził
0.28276610374451