Bądź mną Hindus lv nie wiadomo, jaki, bo nie potrafię liczyć. Nikt w rodzinie nie potrafi liczyć. Wchodzę do lepianki, matka gotuje curry ze szczurów, kurwi na całą wioskę. Ojciec znudzony miejscowymi kozami zabawia się z moją młodszą siostra w rytm Jana-Gama-Mana. Bieda i ubóstwo mocno. Do lepianki wchodzi miejscowy szaman. Rada starszych zadecydowała. Mam udać się do Delhi sławić naszą mieścinę. Mam tam pucować berło Draupadiemu Murmu czy coś takiego. Cała wioska się zrzuciła na mój wyjazd. Pociąg przez naszą wioskę przejeżdża raz w tygodniu. Prawie, bo 20 kilometrów dalej. Idź pieszo. Znajdź po drodze kałużę i napij się wody. Dobra woda. Przybywam na miejsce. Stolica taka piękna ludzie prawie nie srają na ulicach. Wyskakuje z pociągu, emocje opadają. Krecik zaczyna pukać w taborecik. Woda z kałuży już nie taka dobra. Co robić, co robić. Przypominam sobie słowa ojca „ty się gówniarzu nie interesuj, bo tobie też gwinta zerwę".Szanując rodziną tradycje, sciagam spodnie. Zaczynam defekować. Na początku rzadko i lekko jednak z każdą chwilom jest coraz gorzej. Nagle jak by mnie sam Budda natknął, wychodzi piękna figurka, przypominającą Kryszne. Ludzie płaczą ze wzruszenia na ulicy, kobiety mdleją, mężczyźni stanęli w miejscu. Podchodzi do mnie, straszy pan w klapkach Kubota. Widać z daleka, że dziany gość. Wręcza mi zaproszenie do programu. Voice Kids India. Przecież ja nie potrafię śpiewać i uciekam z płaczem w stronę z zachodzącego słońca.
Noc zimna jak na tę porę roku, ale wiem, że od jutro będę reprezentował swoją wioskę na najwyższym szczeblu. Rano wchodzę do pałacu, no jest tu jakby luksusowo. Prezydent mówi, że jestem za stary, gluty kapią mi z nosa, a mój ułamany ząb rani mu pyzę. Każe mi wypierdalać w podskokach. Zostaje sam bez jedzenia picia i dachu nad głową. Bez nadziei, że będzie lepiej. Prawie jak w domu. Wkładam ręce do kieszeni i wyciągam zaproszenie do programu. Co mi szkodzi w końcu to moja jedyna szansa. Jak już wcześniej mówiłem nie potrafię śpiewać, jednak przez kasting przeszedłem jak przez sraczkę. Szybko i bezproblemowo. Pierwsze problemy zaczęły się przy nagraniach na żywo. Miała przyjechać też jakaś super gwiazda z Polski jako gość specjalny. Małgorzata Foremniak czy ktoś taki. Ćwierćfinał. Wychodzę na scenę spięty jak nigdy, ale pewny siebie i swojego zwieracza. Stawiam klocka, z wyglądu przypomina Waraha. Publiczność szaleje, noty idą w górę, Małgorzata płacze ze wzruszenia, mówi nam, że moja praca przypomina jej Dorotę Wellman. Nie wiem, nie znam, nie mam porównania. Wiem za to, że na półfinał muszę wszystkich zaskoczyć. Półfinał. Jeden z uczestników umarł z niedożywienia więc konkurencja mniejsza. Kucam na środku sceny i sram do wiadra. Jako że wczoraj zadbałem, o odpowiadają suplementacje, mój stolec jest twardy, ale i zarazem plastyczny. Wyciągam budulec, zaczynam lepić posąg Ramy w skali 1 do 1. W końcu Bogów można czcić pod dowolną formą i imieniem. Publika krzyczy z zachwytu, Goska znowu płacze. Jest finał. Dzień, na który wszyscy czekają. Przed występem przychodzi Foremniak i mówi, że bez względu na wynik dla niej jestem zwycięzcą i chce zabrać mnie do siebie do kraju, żebym zobaczył, w jakim gównie oni żyją. Ruszają pierwsze występy na żywo. Lekki stres, ale plan jest ambitny. Gośka już płacze. Wbiegam nago na scenę, kręcąc śmigłem, z dupy pierdami intonuje mantrę Harry Krisznę. Na trzy głosy. Dobiegam do środka sceny robie salto w przód. Będąc dupą do góry, robie szybką kupę ląduje i łapie ja w usta. W tle dalej Mantra na trzy głosy. Językiem robie jeszcze kokardkę i na spokojnie wypluwam na ręce. Formuje stolec w pięknego motyla i umieszczam w nim petardę piccolo. Podrzucam go do góry, żeby mógł odlecieć. Petarda wybucha, motyl rozpada się, zasypując pierwszy rząd fekalnym deszczem. Świętym deszczem. Głusi odzyskują słuch a niewidomi wzrok. Stał się gówniany cud. Wygrywam program i dostaje czek na 10 rupii. Pozwala mi na zakup wizy do kraju Gośki. Minęło 15 lat od przylotu. W Polsce nikt nie poznał się na mojej fekalnej sztuce. Teraz jestem tu w Katowicach, rekreacyjnie sram teraz do stawu, a ty słuchasz historii mojego życia.