37
Mam nadzieję, że się niektórym spodoba ;)
W ciemności okopu, dramat jednego człowieka
Fritz, młody żołnierz Wehrmachtu, który jeszcze kilka dni temu miał błysk w oku i siłę jak trzy konie pociągowe, teraz wyglądał jak cień samego siebie. Jego ręce drżały tak mocno, że nie mógł nawet zapalić papierosa, co samo w sobie było tragedią większą niż utrata jednego z guzików przy mundurze. Nie spał od czterech dni, może pięciu – czas przestał mieć znaczenie, odkąd amfetamina, która była głównym dodatkiem przydziałowej czekolady, przestała działać.
Gdy chemiczne paliwo wypaliło się do cna, Fritz poczuł, jak jego świat zaczyna się rozpadać. Na początku był jeszcze w stanie walczyć. "To tylko zmęczenie", mówił sobie, próbując ignorować fakt, że jego palce błądziły po karabinie, jakby nigdy wcześniej go nie trzymał. Ale to było coś więcej. Najpierw pojawiły się dreszcze – nie takie zwykłe, ale te, które sprawiają, że czujesz się, jakbyś spędzał zimę w Syberii, siedząc w samych kalesonach.
Potem przyszła gorączka. Gorączka tak wysoka, że Fritzowi wydawało się, że jego hełm zaczyna się topić na głowie. W pewnym momencie przysiągłby, że jego buty zamieniły się w dwa szczekające jamniki. Oczywiście, nikt inny tego nie widział, ale Fritz wiedział swoje. "Jamniki, co wy tu robicie?" – wyszeptał z desperacją, a jego sąsiad w okopie spojrzał na niego, jakby Fritz nagle postanowił przemówić w starogreckim.
Jego mózg był jak zupka instant, zbyt długo gotowana na ogniu. Każdy dźwięk – wystrzały, wybuchy, czy nawet chrapanie kolegi – wbijał się w jego czaszkę, jakby ktoś grał na bębnie wewnątrz jego głowy. Na dodatek pojawiły się zwidy. Fritz przysięgał, że widział swojego dowódcę, który przemieniał się w wielkiego kruka i krzyczał coś o defetyzmie, choć w rzeczywistości dowódca spał w lepszej części okopu, nieświadomy dramatów młodego żołnierza.
Każda minuta była jak wieczność. Każde drgnięcie nerwów – zapowiedzią końca świata. Fritz zdawał sobie sprawę, że gdyby teraz przyszło mu walczyć, to jedyne, co mógłby zrobić, to rzucić się w stronę wroga z okrzykiem: "Litości, mam halucynacje!"
I choć było to tragiczne, była w tym też pewna groteskowa ironia. Niemiecka machina wojenna zapomniała o jednym drobnym szczególe – że amfetamina działa, ale tylko do czasu. Teraz Fritz był żywym trupem, który bał się swojego cienia, dreszczy i jamników, które, jak mu się zdawało, właśnie zaczęły śpiewać hymn wojenny.