10
"Jak urzędnicy uczą cię życia, czyli 30 tysięcy za zgubione dokumenty"

Lata temu prowadziłem fundację. Nie miałem z tego ani złotówki zysku, robiłem to tylko dla dobra mojej wsi. Chciałem, żeby coś się tu w końcu ruszyło. Pozyskiwaliśmy fundusze z UE, co nie było trudne, bo moja żona w tym siedziała zawodowo. Była masa faktur, umów z podwykonawcami, standardowa biurokracja – nic nadzwyczajnego.

Jako fundacja musieliśmy się rozliczyć za zeszły rok. Termin był chyba do końca marca, dokładnie nie pamiętam. Masa dokumentów w oryginale musiała trafić do Urzędu Skarbowego. Pracowałem na etacie, więc nie miałem czasu jeździć tam osobiście. Urzędniczka powiedziała mi, żebym wysłał wszystko listem poleconym z potwierdzeniem odbioru. "Będzie spoko" – zapewniała.

Dokumenty przygotowałem, wysłałem poleconym, dostałem zwrotkę z pieczątką, że wpłynęły do urzędu. Myślałem, że temat zamknięty. OTÓŻ NIE.

Po terminie rozliczenia dostałem wezwanie do urzędu. Pod karą grzywny 30 tysięcy złotych. O CHUJ CHODZI? Pojechałem, straciłem dzień wolny w pracy.

Okazało się, że dokumenty "nie otrzymali". Pokazałem im kwit potwierdzający odbiór. Przecież dokumenty są w urzędzie, to już nie moja wina, prawda? Nieprawda. Urzędniczka stwierdziła, że jeśli coś nie ląduje u niej na biurku, na stercie papierów, to ona uznaje, że tego nie otrzymała. I jeśli jej nie dostarczę dokumentów, to mam zapłacić 30 tysięcy złotych. CO KURWA?! Przecież wysłałem wszystko w oryginale, mam tylko kopie!

W tamtym momencie jeszcze nie byłem zbyt wygadany i raczej przerażony w konfrontacji z Urzędem Skarbowym. Teraz bym ją rozjechał, ale wtedy grzecznie przeprosiłem i wyszedłem. Myślałem, skąd tu wziąć 30 tysięcy. To był moment, który całkowicie mnie zmienił. Wróciłem do tej spasionej, wpierdalającej ciastka baby (od tamtej pory nienawidzę grubych bab) i zaczęła się jazda.

Jej koleżanka z pokoju wezwała naczelnika. Myślałem, że teraz mnie zniszczy, a z 30 tysięcy zrobi się 300 tysięcy. Irracjonalne myślenie, ale emocje robiły swoje. Ale się pomyliłem. Naczelnik wysłuchał obu stron, zobaczył, że mam potwierdzenie odbioru, i poprosił mnie grzecznie, żebym w razie czego dostarczył kopie dokumentów. Kilka dni później zadzwonił, że dokumenty się znalazły, i przeprosił za zachowanie tej baby.

Nigdy nie ufaj grubym babom.
0.29326295852661