11
Siema, dzidki! Wrzucam tutaj prolog książki/opowiadania (jeszcze nie wiem), którą piszę. Mam nadzieję na konstruktywną krytykę ze strony kogoś bardziej doświadczonego.
Ja wypierdalam.
Ja wypierdalam.
Prolog
Ehh… od czego by tu zacząć? – powiedział łysy, trzydziestokilkuletni mężczyzna z bujną, czarną brodą, która na końcu rozdzielała się na dwa warkocze. Jego zmęczona twarz była poorana wieloma bliznami. – Te ostatnie dwadzieścia samotnych lat spędzonych w tym walonym lesie były beznadziejne. Każdy pojedynczy dzień, każda godzina, a nawet pierdolone minuty i sekundy były takie same, dzień w dzień. Przez chwilę zadumał się w swoich myślach, po czym kontynuował - Budzę się i pierwsze, co robię, to sprawdzam, czy nie jestem związany jakimś cholernym sznurem. Nie jestem to dobrze. Rozglądam się dookoła, wszystko jest na miejscu, to znaczy, że jestem bezpieczny. A dalej wszystko się zlewa w jedno. Sprawdzam licznikiem strumyk jest na zielonym. Jest OK. Przemywam twarz, myję zęby, ubieram się. Obchodzę farmę grzybów, zrywam te największe, wrzucam je na patelnię i jem. Zakładam „słonia” na mordę, na ciało idzie opex, a do kabury mój ukochany Glock 17, który znalazłem przy ciele gliniarza z dziurą w czerepie. Wychodzę, obchodzę miejscówkę, sprawdzam alarm, potem pułapki. Czasem złapie się w nie jakiś zając niby są trochę zmutowane, ale można je bezpiecznie jeść. A zresztą, jak myślisz, z czego jest zrobiona ta potrawka, którą się tak zajadasz? - Usłyszawszy to, młody chłopak siedzący naprzeciwko zrobił minę, jakby trafił go piorun. Miał bujną czuprynę o kolorze mokrej ziemi. - Hehe, co taką minę zrobiłeś? – zaśmiał się brodacz, kontynuując historię. – Jedz, nic ci się nie stanie. Dobra, na czym ja to skończyłem? A, no tak. Sprawdzam pułapki – jak coś jest, to biorę to do domu, chowam do piwnicy i potem coś sobie z tego zrobię. I tak każdego dnia. Wreszcie pomyślałem, że jak nie zrobię czegoś innego, to albo oszaleję, albo strzelę sobie, kurwa, w łeb, jak tamten gliniarz.Jak pewnie wiesz, a przynajmniej mam taką nadzieję, znajdujemy się na Podkarpaciu, więc i blisko do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Chociaż tobie to pewnie niewiele mówi – za młody jesteś. No, ale wracam już do opowieści. Wychodzę z chaty, przy plecaku licznik, woda i inne duperele. Na pasku kabura z pistoletem, a obok, w pochwie, nóż. Idę już tak dłuższy czas i nagle słyszę jakiś krzyk.Najpierw spanikowałem, bo myślałem, że to jakiś pieprzony Uszatek, ale po chwili zrozumiałem, że to był ludzki krzyk. TWÓJ KRZYK.Biegnę zobaczyć, co się stało, i widzę ciebie leżącego na ziemi, z nogą w zardzewiałej pułapce na niedźwiedzie. Jebane skurwiele jakoś nie chcą się na nią łapać. Byłeś nieprzytomny, ale żywy, więc cię tu przyniosłem. - Odwrócił się w stronę starej, zardzewiałej od lat kozy. Nalał wody do poobijanego, żeliwnego kubka, w którym znajdowała się herbata, po czym wrócił do młodego chłopaka. - Wybacz mi, że się tak rozgadałem, ale tu, w lesie, nie ma zbytnio ludzi, a żywych to już w ogóle. No to teraz ty opowiedz, jak ty się tu znalazłeś, drogi Adamie.
Ehh… od czego by tu zacząć? – powiedział łysy, trzydziestokilkuletni mężczyzna z bujną, czarną brodą, która na końcu rozdzielała się na dwa warkocze. Jego zmęczona twarz była poorana wieloma bliznami. – Te ostatnie dwadzieścia samotnych lat spędzonych w tym walonym lesie były beznadziejne. Każdy pojedynczy dzień, każda godzina, a nawet pierdolone minuty i sekundy były takie same, dzień w dzień. Przez chwilę zadumał się w swoich myślach, po czym kontynuował - Budzę się i pierwsze, co robię, to sprawdzam, czy nie jestem związany jakimś cholernym sznurem. Nie jestem to dobrze. Rozglądam się dookoła, wszystko jest na miejscu, to znaczy, że jestem bezpieczny. A dalej wszystko się zlewa w jedno. Sprawdzam licznikiem strumyk jest na zielonym. Jest OK. Przemywam twarz, myję zęby, ubieram się. Obchodzę farmę grzybów, zrywam te największe, wrzucam je na patelnię i jem. Zakładam „słonia” na mordę, na ciało idzie opex, a do kabury mój ukochany Glock 17, który znalazłem przy ciele gliniarza z dziurą w czerepie. Wychodzę, obchodzę miejscówkę, sprawdzam alarm, potem pułapki. Czasem złapie się w nie jakiś zając niby są trochę zmutowane, ale można je bezpiecznie jeść. A zresztą, jak myślisz, z czego jest zrobiona ta potrawka, którą się tak zajadasz? - Usłyszawszy to, młody chłopak siedzący naprzeciwko zrobił minę, jakby trafił go piorun. Miał bujną czuprynę o kolorze mokrej ziemi. - Hehe, co taką minę zrobiłeś? – zaśmiał się brodacz, kontynuując historię. – Jedz, nic ci się nie stanie. Dobra, na czym ja to skończyłem? A, no tak. Sprawdzam pułapki – jak coś jest, to biorę to do domu, chowam do piwnicy i potem coś sobie z tego zrobię. I tak każdego dnia. Wreszcie pomyślałem, że jak nie zrobię czegoś innego, to albo oszaleję, albo strzelę sobie, kurwa, w łeb, jak tamten gliniarz.Jak pewnie wiesz, a przynajmniej mam taką nadzieję, znajdujemy się na Podkarpaciu, więc i blisko do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Chociaż tobie to pewnie niewiele mówi – za młody jesteś. No, ale wracam już do opowieści. Wychodzę z chaty, przy plecaku licznik, woda i inne duperele. Na pasku kabura z pistoletem, a obok, w pochwie, nóż. Idę już tak dłuższy czas i nagle słyszę jakiś krzyk.Najpierw spanikowałem, bo myślałem, że to jakiś pieprzony Uszatek, ale po chwili zrozumiałem, że to był ludzki krzyk. TWÓJ KRZYK.Biegnę zobaczyć, co się stało, i widzę ciebie leżącego na ziemi, z nogą w zardzewiałej pułapce na niedźwiedzie. Jebane skurwiele jakoś nie chcą się na nią łapać. Byłeś nieprzytomny, ale żywy, więc cię tu przyniosłem. - Odwrócił się w stronę starej, zardzewiałej od lat kozy. Nalał wody do poobijanego, żeliwnego kubka, w którym znajdowała się herbata, po czym wrócił do młodego chłopaka. - Wybacz mi, że się tak rozgadałem, ale tu, w lesie, nie ma zbytnio ludzi, a żywych to już w ogóle. No to teraz ty opowiedz, jak ty się tu znalazłeś, drogi Adamie.
- Eeee… to dość długa historia.
PS. Najprawdopodobniej jeszcze coś wrzucę z pracy nad tym, jak mi się będzie chciało.