4
Już samo przedzieranie się przez chaszcze i krzewy byłoby wyczerpujące. Robienie tego gdy kamienisty stok nachylony był miejscami niemal pionowo sprawiał że poruszali się w żółwim tempie. Z drugiej strony gdyby nie te zarośla to pewnie musieliby używać lin i haków żeby w ogóle móc się posuwać do przodu. Tak wystarczały tylko ramiona zaprawione w ciężkiej pracy. Przynajmniej do czasu aż nie wyjdą ponad linię lasu. Dalej mogło nie być już tak miło. Josif podciągnął się i ze stęknięciem przerzucił ciało ponad krawędzią na błotnistą półkę porośniętą jakimiś okapującymi wodą liśćmi. Po chwili pojawiły się ręce jego towarzysza więc złapał za nie i pomógł mu się wciągnąć. Leżeli tak oparci o pień wczepionej w skały sosny spoglądając pomiędzy gałęziami w dal na przeciwległy stok doliny odległy o dobre kilka mil.

- Myślisz że daleko jeszcze?

Josif zmrużył oczy i przez chwilę zastanawiał  się oceniając dystans i wysokość na jakiej byli.

-Trudno rzec. Tu w Jaskółczej dolinie drzewa wyżej rosną niż nad Wściekłym potokiem. Ale myślę że już blisko krawędzi.

-Lepiej by było. Dnia ubywa a noce szybko jeszcze nadchodzą.

Josif potarł niedogoloną brodę dokładając na niej kolejną warstwę brudu z dłoni.

-Aż tak późno nie jest. Jeszcze południa nie ma. Ciemno bo szczyty tu zasłaniają Słońce inaczej niż nad Wściekłym.

-Skoro tak mówisz.

Słowa towarzysza zmartwiły Josifa, bo znów przypomniały mu o tym, że Zajem jest tu obcy. Nie zna nie tylko okolicy ale pewnie zupełnie gór. Choć z drugiej strony spisywał się do tej pory nadzwyczaj dobrze. Zaskoczyło go to że po tylu godzinach nieprzerwanej wspinaczki w dzikim terenie ten Nizinniak zachował siły. To był dobry znak. A Josif potrzebował każdej oznaki, tego że los im sprzyja, choćby najmniejszej.

- No to ruszajmy. Przekonamy się jak wysoko jeszcze do Pichty.

Josif pochylił się zbierając plecak tak żeby Zajem nie widział jego uśmiechu. Nie chciał urazić obcego, który starał się widocznie pokazać że zna się na miejscowej gwarze. Ludzie gór Pichtą nazywali tą cześć stoków gdzie drzewa nie znajdowały już dość miejsca między skałami by zapuścić korzenie i znikały ustępując pola krzakom jałowca i karłowatym płachtom psiej sosny. Widocznie Nizinniak zasłyszał gdzieś to słowo i teraz nagle mu się przypomniało...

-Dokładnie przyjacielu.

Żmudna wędrówka znów się rozpoczęła ale jak gdyby góry podsłuchały ich rozmowę i postanowiły zakpić sobie z nich już po minięciu najbliższych drzew przekonali się że krawędź Pichty jest bliżej niż się spodziewał. Wystarczyło kilkadziesiąt metrów by minąć ostatnie pnie. Kolejny dobry znak. Ale i czas na decyzje. Przywołał więc towarzysza i przykucnęli w paprociach trzymając się pnia by nie ześlizgnąć się po błotnistej skale.

-Pichta.- Josif wskazał w górę stoku ale Zajem pokiwał głową dając znać że też już to zauważył.

- Dalej może być ciężko. Stary Marduk mówił że skrajem idzie ścieżka dla owiec kędy ganiali je na hale. Pichta idzie płasko ale za nią skała pionowa i wspinać się będzie trza ale w takim miejscu coby nas z góry nie znaleźli oczyma.

-A nie będą pilnować z góry? Może to bez różnicy jak nas zobaczą tak czy siak.

-Nie. Gnomy myślą że ludzie to niedojdy. Że nie znają gór.Mają się za lepszych. Nie będą pilnowały skały bo nie wierzą że możemy się na nią wspiąć Będą pilnowali ścieżki na hale.

-A skąd wiesz że to nie gdzieś tutaj.

Josif pokazał na przeciwległą stronę doliny i widoczne tam granitowo szare szczyty.

-Zęby Króla. Te szczyty. Gdybyśmy byli przy wejściu ścieżki na hale to byłyby z drugiej strony góry. Tedy Gnomy pilnują po drugiej stronie a tu żeby pilnować musieliby obejść szczyt. Są pewni siebie i leniwi.

-Rozumiem. No to ruszajmy. Niech Twoja Nadia nie czeka.
0.061975955963135