4
Josif skrzywił się słysząc to imię boleśnie. Zabolało bardziej niż się spodziewał. Może dlatego że nie miał czasu myśleć o niej podczas wymagającej skupienia wspinaczki i teraz przypomnienie jej imienia trafiło celniej? Nic nie powiedział bo i nic do powiedzenia nie było. Zajem nie chciał mu dopiec. Josif otarł pot z czoła i ruszył naprzód mijając ostatnie drzewa i wychodząc na o wiele bardziej płaską przestrzeń Pichty porośniętej niskimi krzakami, głazami pokrytymi mchem i kolczastymi roślinami. Rozciągała się daleko- pewnie z milę,gdzie przechodziła w pionową potrzaskaną ścianę masywu Posadnika. Ruszył rozgarniając krzaki, nie musiał już używać rąk. Zajem stał jeszcze chwilę jakby się zastanawiając po czym ruszył za prowadzącym.

Choć Pichta nie była nawet w części tak stroma to czepiające się kolczaste krzaki, głazy na które trzeba było się wspinać lub je obchodzić dały im się we znaki. Minęło kilka godzin nim stanęli wreszcie pod ścianą Posadnika. Jeśli Josif się mylił i Gnomy miały obserwatora z tej strony to musiały mieć niezły ubaw obserwując jak się powoli zbliżają. Nic na to jednak nie mogli poradzić. Josif rzucił plecak na skały i zadarł głowę do góry. Ściana musiała mieć z tysiąc stóp wysokości i choć niebyła pionowa a lekko od pionu odchylona i mocno spękana to stanowiła nieliche wyzwanie. Spojrzał na towarzysza.

- Mówiłeś że dasz radę. Przyjrzyj się. Bo jak zaczniemy nie będzie odwrotu.

Zajem rzucił swój plecak obok Josifowego i zadarł głowę jak on. Przez długą chwilę milczeli.

-Dam radę. Zresztą nie telepałem się tu od świtu żeby usiąść i podziwiać jak się wdrapujesz. Nie martw się. Długi czas żyłem w górach i trochę się wspinałem.

-Myślałem że nie jesteś góralem.

-Bo nie jestem.

Zajem zamilkł wyraźnie nie mając ochoty zgłębiać tego tematu.

-Dobra. Zjedzmy coś i odpocznijmy. Jak zaczniemy to nie będzie na to już szans.

Usiedli i podzielili się chlebem i kozim serem. Josif przyglądał się ukradkiem swojemu kompanowi. Nie mógł go rozgryźć a pytać było głupio. No bo jak? W końcu jednak nie wytrzymał.

- Słuchaj... Dziękuję. Nie pomyślałem wcześniej. Te nerwy. Dzięki że mi pomagasz.

-No mówiłem. Nie ma sprawy.

-No tak ale wiesz. W miasteczku. Tylu ludzi. Znają mnie i Nadię.Myślałem że to coś znaczy. A kiedy potrzebowałem... Widziałeś.Wszyscy spuścili głowy. Nikt się nie ujął. Prócz Ciebie.

Zajem żuł powoli resztki chleba. Strzepnął okruszki z koszulina piersi.

- Tak trzeba. Zresztą te Gnomy. Miejscowi strasznie się ich boją. Może gdybyś ich nie wystraszył...

Josif znowu poczuł złość na siebie która podczas wędrówki wyparowała wraz ze zmęczeniem. Racja. Wpadł do karczmy jak głupi wrzeszcząc że Gnomy porwały Nadię. Narobił takiego rabanu że zleciało się pół osady. Nawet pokazał im list, który zostawiły... Wszyscy go widzieli. Debil... Wystraszył tych przesądnych durni. Mógł coś wymyślić.
- Moja wina. Nie myślałem rozsądnie.

-Ale czemu tu się tak boją tej legendy?

-Legendy? Ostrzegałem Cię. To Posadnik. Znaczy ta góra. To wejście do kraju Gnomów. Ludzie mówią że gdzieś na szczycie jest brama.

- Ludzie mówią? To nikt jej nie widział?

-No nie. Ludzie od dziada pradziada unikają tej góry. Jest przeklęta.

-Hm... A ten dziadek? Nie pamiętam... Jak mu było... Czy nie mówił że pasał tu owce?

-Marduk? No. Ale to było dawno. Kiedyś z doliny szła ścieżka aż na hale. Można było przegnać owce. Ale to było dawno. Nim się urodziłem chyba. Któregoś roku przyszła burza i zerwała ścieżkę.Człowiek się wespnie ale nie stado owiec. A nikt nie przyjdzie wytyczać nowej.

-No ale to przeczy sobie tak? Góra jest przeklęta i nikt od wieków tu nie bywa a Marduk owce pasał i nic mu nie było?

-Jemu nie. Ale inni ginęli. Tylko szaleńcy się zapuszczali na hale Posadnika. A królestwo Gnomów zaczyna się ponoć za nimi. Tam gdzie nagie skały już. Zresztą sam widziałeś. Ludzie jak poprosiłem o pomoc jakby ogłuchli. Żaden się nie zaoferował. A przecież to nie tchórze... Sami twardzi górale. Górnicy, drwale,pasterze.

-No widziałem. Dziwne mi się to zdało.

- Bo tak jest. Ale co poradzisz? Zresztą przekonamy się niezdługo.

-Nie brzmi zachęcająco.

-Już mówiłem. Nie chcę byś szedł z musu.

-Spokojnie. Tylko żartowałem. Nie wierzę w te wasze Koboldy i inne elfy. Ale jest tak jak mówisz. Ktoś Nadię porwał i pismo z żądaniem okupu zostawił. A jeśli kobietę mógł unieść i pisać to i łeb mu można ukręcić.

Zajem uśmiechnął się, poklepał Josifa po ramieniu i począł z plecaka wyciągać liny i haki.
0.065064907073975