0
Szybko przygotowali się do wspinaczki. Josif obserwował jak Zajem wiąże liny i czynił mu drobne uwagi ale Nizinniak poradził sobie świetnie. Węzły wiązał nie do końca takie same jak górale ale wydawały się równie solidne. A o to chodziło. Na koniec zarzucili puste już plecaki na ramiona i popatrzyli po sobie.
-Ruszamy?
-Jeszcze jedno. Nie przywiążemy się liną? W razie jakby któryś odpadł?
-Nie. Nikt tak nie robi. Jak odpadniesz i cię haki nie utrzymają to ja tym bardziej. Tylko byś mnie pociągnął za sobą. Ściana nie jest pionowa. Jak odpadniesz dziabaj wszystko młotkiem i czepiaj się skały. Może się uchwycisz. Gdybyśmy obaj lecieli to nie ma szans- nawet jak chwycisz się czegoś to przelecę obok i i tak cię ściągnę.
- Rozumiem. Przemyślane.
Zajem chwycił pierwszy lepszy występ skały i zaczął się podciągać.
- Nie wspinamy się obok siebie żeby jeden drugiemu na głowę nie zleciał.- Odszedł kilka kroków w bok.- Jeszce jedno. Jakbyś leciał... To staraj się nie krzyczeć dobrze? Po górach głos się niesie.
Zajem przewrócił oczami i zaczął wbijać pierwszy hak w szczelinę w skale nad głową.
* * *
Zajem zaklął ale było już za późno. Ręka obsunęła się po mokrym głazie i opadł kilka centymetrów. Nie pierwszy raz ale tym razem i skała pod stopą na którą opadł skruszyła się.Stęknął czując jak leci szorując po skale. W panice chciał się wbić palcami niczym pazurami w popękaną skałę wypuszczając ściskany w ręku czekan. Nie było czasu się bać. Zastrzyk adrenaliny odciął strach. Trzasnął hak wyrwany jego ciężarem ze skały. Leciał. Jest! Chwycił się czegoś raniąc boleśnie dłoń.Przywarł do niemal pionowej ściany. Ostrożnie spojrzał w górę.Hak. Chwycił się haka. Zaczął macać dookoła . Nie było się czego chwycić. Zaczynał panikować. Coś skrzypnęło i zobaczył że hak którego się trzyma wysunął się ze ściany centymetr.Włosy podniosły mu się na głowie. Rozpaczliwie zamachał nogami i wolną ręką. Hak znowu opadł. Zamarł. Dosłownie czuł jak stal milimetr po milimetrze ustępuje przechylając się w dół. Skupił wzrok na żelazie jakby chciał je owym spojrzeniem podtrzymać.Brzęknęło wyskakując. Opadł. I zawisł. W mocnym uścisku.Otworzył zaciśnięte kurczowo oczy. Josif wisiał nad nim trzymając się jedną ręką liny którą był przewiązany w pasie a drugą trzymał go za nadgarstek.
-Wbijaj. Długo nas nie utrzymam.
-Nie mam młotka.
Josif zaklął.
-Złap mnie za nogi. Jak puszczę linę to na pewno nas pociągniesz w dół.
Zajem zrobił jak mu powiedział. Objął nogi Josifa mocnym uściskiem.
- Dobra. Mam młotek przy pasie. Musisz go sięgnąć. Będę cię trzymał.- Poczuł że góral oplata go pod ramionami liną.Przytrzymuje. Ostrożnie puścił się jedna ręką i zaczął gmerać przy jego pasku. Przez chwilę szarpał się z zaczepem gdy namacał młotek. W końcu udało mu się go uwolnić. Teraz. Lina. I hak.Gdzieś musiał wisieć. Jest. Sięgał powoli.
Koniec cz 1.
-Ruszamy?
-Jeszcze jedno. Nie przywiążemy się liną? W razie jakby któryś odpadł?
-Nie. Nikt tak nie robi. Jak odpadniesz i cię haki nie utrzymają to ja tym bardziej. Tylko byś mnie pociągnął za sobą. Ściana nie jest pionowa. Jak odpadniesz dziabaj wszystko młotkiem i czepiaj się skały. Może się uchwycisz. Gdybyśmy obaj lecieli to nie ma szans- nawet jak chwycisz się czegoś to przelecę obok i i tak cię ściągnę.
- Rozumiem. Przemyślane.
Zajem chwycił pierwszy lepszy występ skały i zaczął się podciągać.
- Nie wspinamy się obok siebie żeby jeden drugiemu na głowę nie zleciał.- Odszedł kilka kroków w bok.- Jeszce jedno. Jakbyś leciał... To staraj się nie krzyczeć dobrze? Po górach głos się niesie.
Zajem przewrócił oczami i zaczął wbijać pierwszy hak w szczelinę w skale nad głową.
* * *
Zajem zaklął ale było już za późno. Ręka obsunęła się po mokrym głazie i opadł kilka centymetrów. Nie pierwszy raz ale tym razem i skała pod stopą na którą opadł skruszyła się.Stęknął czując jak leci szorując po skale. W panice chciał się wbić palcami niczym pazurami w popękaną skałę wypuszczając ściskany w ręku czekan. Nie było czasu się bać. Zastrzyk adrenaliny odciął strach. Trzasnął hak wyrwany jego ciężarem ze skały. Leciał. Jest! Chwycił się czegoś raniąc boleśnie dłoń.Przywarł do niemal pionowej ściany. Ostrożnie spojrzał w górę.Hak. Chwycił się haka. Zaczął macać dookoła . Nie było się czego chwycić. Zaczynał panikować. Coś skrzypnęło i zobaczył że hak którego się trzyma wysunął się ze ściany centymetr.Włosy podniosły mu się na głowie. Rozpaczliwie zamachał nogami i wolną ręką. Hak znowu opadł. Zamarł. Dosłownie czuł jak stal milimetr po milimetrze ustępuje przechylając się w dół. Skupił wzrok na żelazie jakby chciał je owym spojrzeniem podtrzymać.Brzęknęło wyskakując. Opadł. I zawisł. W mocnym uścisku.Otworzył zaciśnięte kurczowo oczy. Josif wisiał nad nim trzymając się jedną ręką liny którą był przewiązany w pasie a drugą trzymał go za nadgarstek.
-Wbijaj. Długo nas nie utrzymam.
-Nie mam młotka.
Josif zaklął.
-Złap mnie za nogi. Jak puszczę linę to na pewno nas pociągniesz w dół.
Zajem zrobił jak mu powiedział. Objął nogi Josifa mocnym uściskiem.
- Dobra. Mam młotek przy pasie. Musisz go sięgnąć. Będę cię trzymał.- Poczuł że góral oplata go pod ramionami liną.Przytrzymuje. Ostrożnie puścił się jedna ręką i zaczął gmerać przy jego pasku. Przez chwilę szarpał się z zaczepem gdy namacał młotek. W końcu udało mu się go uwolnić. Teraz. Lina. I hak.Gdzieś musiał wisieć. Jest. Sięgał powoli.
Koniec cz 1.