11
Kontekst.
Opowiadanie a właściwie wprawka będąca jak zwykle rozwinięciem pewnego snu. Tym razem całkiem świeży sen z wczorajszej nocy. Opowiadanie to nie jest pełne i być może doczeka się kontynuacji a nawet wplecienia w pozostałe wątki bo mi do nich pasuje. Na moje oko jest to około połowa tego czego trzeba by spiąć to jakąś klamrą. Czyli w sumie niewiele bo jakieś 3000 słów.
Junshiro to imię wyśnione w tym śnie i na razie nie widzę dla niego umiejscowienia. Być może odnajdzie się w kontekście później.
Junshiro

Armie ścierały się jeszcze gdzieś w oddali. Dobiegały stamtąd odgłosy wyładowań, wrzaski bestii i sięgający trzewi wibrujący odgłos strzelających konch. Ale tu, na miejscu gdzie bitwa wrzała najmocniej jeszcze pewnie godzinę wcześniej, gdzie słoneczny rydwan Amataresu runął z niebios wprost na nieugięte zastępy Rakaszów siódmego a może i dziewiątego księcia paląc ciała, metal a później i ziemię na szklistą zieloną masę nim sam zniknął w rozbłysku, który pochłonął pięć batalionów wrogów promienistej i trzy jej sprzymierzeńców... Tu panowała już cisza i martwy półmrok. Nie całkowita jednak. Czasem zarzęził jakiś umierający wydając ostatnie tchnienie gdzieś na skraju błyszczącej przydymionym światłem równiny. Czasem czarny Karasu rozpostarł skrzydła i skrzecząc przeskoczył z truchła na truchło. No i był jeszcze on. Śmierci. Właściwie to jego awatar którego mógł przywdziać na tą okoliczność. Ułomną wersję samego siebie, którą mógł sięgnąć poprzez kolejne pustki do tego zapomnianego przez twórców miejsca. Niewiele tego było ale nadto dla zadania, które go tu przywiodło. A raczej istnienia. Znowu. Który to już raz? Mógłby sięgnąć wstecz i w przód i zliczyć lecz cóż by to znaczyło i dla kogo. Brodził przez pobojowisko. Kościej odziany w czarne żelazo i lakowane skóry miażdżąc pod tytanicznym butem ciała wrogów splecione w jego wiecznym śnie. Wkroczył na szklistą misę miażdżąc obsydiany i rozpryskując zatopione w nich stopione kości, mięśnie szmaty i ułomki broni. Jadnak nie poszedł dalej gdzie wciąż żar skwierczał kręcąc smoliste diabliki z sadzy lecz skręcił w stronę lasu osmalonych pni. Tam stosy trupów nie spalone odwiecznym żarem rydwanu wciąż sięgały wyżej niż mógłby sięgnąć rosły mąż. Śmierci szedł sondując swoim sensorium te stosy. Wyławiał delikatne i ulotne obecności. Dusze które już odłączyły się od ciał lecz jeszcze nie odeszły zbyt zszokowane nagłym zgaśnięciem i te które jeszcze tu i ówdzie czepiały się życia słabnąc w nadciągającym wraz ze zmrokiem chłodem. Obecność Śmierci nie pomagała. Jego miazmaty bez trudu odrywały gasnące zmysły od ciał i unosiły precz łkające w pustce dusze. Przystanął.
Dalej pod kikutami drzew mniej było ciał choć i tak tworzyły dywan. Przez chwilę medytował rozpuszczając sploty uczepione tej teraźniejszości aż jego relatywistyczne ciało skurczyło się uwalniając nadmiar atomów w migotliwej radiacyjnej chmurce i przybrało rozmiary przy których mógł zanurzyć się pomiędzy odarte do białego drewna pnie bez potrzeby wywracania ich by posuwać się dalej. Lubił ten patos ale zbyt duży rozmiar przeszkodziłby mu w misji. Ruszył więcej uwagi poświęcając temu gdzie stawiał stopy. To było niezwyczajne. Na tyle niezwyczajne by musiał zważać gdzie stąpa że przegapił pierwsze oznaki obecności żywych i świadomych dusz na skraju sensorium. Dopiero gdy kwicząc i wrzeszcząc coś rozprysły się na boki uświadomił sobie ich byty. Posłał za nim równie chyba zaskoczony co one kilka spojrzeń voidu rozpuszczając przerażone istnienia w niebyt. Większość rozpadła się, a tylko kilka zdołało ujść dostatecznie daleko by skryć się w ciemności. Zwykłe hieny cmentarne. Nie spodziewał się iż pojawią się tu tak szybko. Właściwie gdy bitwa jeszcze trwała nierozstrzygnięta. Omiótł sensorium pobojowisko odnajdując kilka dusz pędzonych dzikim strachem gdzieś daleko już i stracił zainteresowanie. Skupił zmysły w wąską wiązkę i począł omiatać nimi zalegające podszyt zwały trupów. Myszkujący złodzieje okradający zmarłych poczynili tu straszny bałagan. Wszędzie walały się szczątki, resztki, złom, zmiażdżone gałęzie pomieszane z równie zmiażdżonymi członkami. Szabrownicy wywrócili to niczym dziki ryjące w stertach kompostu. Parsknął niemym śmiechem. Co za skojarzenie. Dziki.. Cóż znaczyło owo dziki i skąd mu przyszło? Nie ważne. Zawęził jeszcze bardziej sensorium tak że namacalnie poczęło palić rzeczywistość węsząc pośród miliona odcieni Ayuy w poszukiwaniu tej po którą przybył. Czas płynął ale dla niego nie miał większego znaczenia. Miał go cały. Raz tylko przerwał gdy wyjątkowo potężna wibracja dobiegająca gdzieś już zza horyzontu rozstroiła mu sensrorium.
Nie bawiły go takie igrzyska ale musiał przyznać że Ci tutaj wykazywali wyjątkowy upór w tym jak próbowali dokonać wzajemnej eksterminacji na poziomie który zaskoczyłby na niejednym planie. Taka ilość uwolnionej many... Tak misternie utkana tkanka woli. Wyjałowiła pewnie ląd w promieniu wielu mil. Utalentowani niczym pomniejsi Apostołowie marli tam całymi tuzinami. Ale i oni nie byli dość dobrzy. Nie... To nie to. Nie chodziło o same możliwości lecz o ich odpowiednią koncentrację i kombinację. Dostroił znów sensorium by wyczuwać niuanse umierających tchnień i zaskoczony przystanął. Znalazł go. Nieomal rozdeptanego pod nogami. Przykucnął odwalając kościstymi pazurami zwały padliny. Nie mylił się. Potężny jak ściśnięta w pięść supernowa. Gęsto upakowany w pancerzu z umierającej gwiazdy. Nie mogło być pomyłki. Tylko ten bałagan... Wszystko rozerwane... Rozwleczone i rozrzucone. Pomieszane z pomniejszymi duszami które uczepiły się tej potęgi czując w przedśmiertnym skurczu że to sposób na przetrwanie kolejnych chwil. Beznadzieja. Grzebał przez chwilę w sąsiedniej płaszczyźnie by przywołać swoje pomniejsze ja. Szybko przybyło. Pokraczna wersja lecz użyteczna bo zaplanowana do takiej roboty. I następna. I kolejna. Chybotliwe cienie rozpełzły się po pobojowisku. Jego sensorium naprowadzało je na miejsce gdzie wyczuwał bijącą łunę nieskończoności a oni już sami zbierali co znaleźli z upadłego. Znosili to w rosnący stos. Składał to do kupy warstwę po warstwie aż zdało mu się iż skompletowany został. Choć bez głowy... Ironicznie... Mruknął niezadowolony pierwszy raz wprawiając swoją bytnością w drgania powietrze śmierdzące wnętrznościami i przypalonym szpikiem. Nie mogło być! Nie wyczuwał istoty upadłego? Czyżby te odpady porwały jego czaszkę i uniosły poza zasięg sensorium nim się zorientował? Zadrżał ze złości wprawiając w drżenie swoje nieudolne kopie. Cóż za marnotrawstwo... Nie po to opuścił nieskończoność by znosić entropiczne prądy przez kolejne kwanty kapiącego czasu. Ale nim zdążył wyrazić swe niezadowolenie jeden z minionów wrzasnął triumfalnie wyciągając spod osłony jakiejś potężnej tarczy psionicznej zgubionej tu przez martwego już zapewne właściciela hełm ostateczności z tkwiącą w nim głową. Dziwne... Zupełnie mu nie pasowała. Jakby ktoś tam miast łba apostoła wrzucił brukiew czy inną kalarepę. Cóż znaczyły te słowa? Sensorium zadrżało ponownie wstrząśnięte rozdzierającym gdzieś daleko skały uderzeniami relatywistycznych dzirytów odpalanych zza orbity księżyca. Imponujące... Jednak nie miał nieokreślonych ilości czasu. Czas zaczynał płynąc tu irytująco szybko. Dziryty niebawem dosięgną płaszcza a wtedy trudno będzie skupić sensorium. A jeśli sięgną jądra cała misja stanie się niemożliwą... To byłoby niefortunne. Chwycił hełm i cisnąwszy go na stos szczątków splótł z void i ayuły pierwszy ze znaków. A później kolejne. Czakry trzeszczały powodując nerwowe podskoki sługusów ale kolejne węzły chwytały. Czuł jak sieć rośnie trzaskając i przeskakując od atomu do atomu aż dusze które jeszcze nie uleciały z piskiem kryją się głęboko w kiszkach swoich martwych już ciał.
Ziemia drżała jak mu się zdało pół na pół. W połowie wstrząsana wyładowaniami pływów życia które tłoczył w roztrzaskaną materię apostoła a w drugiej przez konwulsje umierającego świata gdy jego rozdarte jądro wyrywało się na wolność pchając przed sobą tysiące miliardów ton magmy i skorupy. Zdążył w ostatnich chwilach. Wszystko wskoczyło na swoje miejsce tytanicznym stęknięciem które zmiotło wszystko do gołej skały w promieniu jakim sięgał sensorium które rozbłysło i na moment zgasło boleśnie skanując mu jestestwo morderczym promieniowaniem. Zdołał odzyskać zmysły gdy apostoł właśnie siadał na wymiecionej na czarny połysk przytopionej skale unosząc dłonie do twarzy.

-Co to kurwa jest?

Tyle zdążył powiedzieć bidulek. Wprawdzie Śmierci nie rozumiał tego języka ale ożywiał istnienia już tyle razy że nie miał problemu z domyśleniem się znaczenia słów wypowiedzianych tym zaskoczonym tonem. Na ułamek sekundy nim kontynent eksplodował otworzył wir voidu i posłał apostoła w jego podróż, którą zaplanowali a potem sam umknął w jego objęcia. Wprawdzie każda taka wyprawa kosztowała ayuę pięciu tysięcy ofiar z wyznawców złożonych na ołtarzach nieskończoności i to nie byle jakich, pierwszych lepszych chętnych ale samych mistrzów których życie płynęło na szykowaniu się do dnia ofiarowania, ale tym razem nie było wyjścia. Nawet ich kartel nie przewidział że miejscowi mimo że nie zaplanowali to przeprowadzili aż tak entuzjastycznie i kompleksowo własną apokalipsę.
0.070449113845825