14
Fragment.
Prądu nie ma i nie będzie!
Dla klienta najważniejszym momentem jest odbiór lokalu. To wtedy mamy prawo wpisać wykryte usterki do protokołu, z którego będziemy rozliczać dewelopera.
Rafał Mikołajczyk widzi, według jakich scenariuszy działają spółki deweloperskie. Weźmy firmę M., jedną z największych na rynku. Tu działa strategia na pracowników warcząco-skwierczących, poganiających, niemiłych, zniechęcających klienta. Rafała na odbiorach traktują jak intruza, na zasadzie: „Ale co pan się czepia, przecież to nie było za miliony budowane, po co ten kątownik, nie róbmy scen”.
– Ostatnio jestem na odbiorze – opowiada Rafał. – Sprawdzam, widzę, że ściana nie trzyma kąta. Pracownik dewelopera mówi: „Tu szafa będzie stała, prawda?”. „No, chyba tak”, odpowiadam. „No tak myślałem, że będzie stała szafa. No to przecież jakie te trzy milimetry mają znaczenie. Niech pan da spokój, nie róbmy ludziom wody z mózgu”.
Prądu nie ma i nie będzie!
Dla klienta najważniejszym momentem jest odbiór lokalu. To wtedy mamy prawo wpisać wykryte usterki do protokołu, z którego będziemy rozliczać dewelopera.
Rafał Mikołajczyk widzi, według jakich scenariuszy działają spółki deweloperskie. Weźmy firmę M., jedną z największych na rynku. Tu działa strategia na pracowników warcząco-skwierczących, poganiających, niemiłych, zniechęcających klienta. Rafała na odbiorach traktują jak intruza, na zasadzie: „Ale co pan się czepia, przecież to nie było za miliony budowane, po co ten kątownik, nie róbmy scen”.
– Ostatnio jestem na odbiorze – opowiada Rafał. – Sprawdzam, widzę, że ściana nie trzyma kąta. Pracownik dewelopera mówi: „Tu szafa będzie stała, prawda?”. „No, chyba tak”, odpowiadam. „No tak myślałem, że będzie stała szafa. No to przecież jakie te trzy milimetry mają znaczenie. Niech pan da spokój, nie róbmy ludziom wody z mózgu”.
W spółce D. odbiorów po stronie dewelopera dokonuje pan Krzysztof. Rafał z nostalgią wspomina wspólne odbiory z tym człowiekiem. Na przykład wtedy, gdy o pomoc poprosiła go młoda para kupująca mieszkanie w Warszawie.
– Przychodzę, mierzę, sprawdzam i zaraz widzę usterki – mówi Rafał. – Ścianie w kuchni brakowało prostego kąta, odchylenie liczyło cztery milimetry ponad normę. Krzysztof woła do mnie: „Nie, chwileczkę, pan to źle mierzy, kątownica jest źle przyłożona. Proszę bardzo, pan ustawia, przykładamy poziomicę. No, i ile jest?”. „Siedem milimetrów”. Krzysztof nagle zmienia temat, jakby poprzednia sytuacja w ogóle się nie wydarzyła: „Proszę państwa, bardzo ważna rzecz, wentylacja w łazience. Ja państwa poprowadzę”. Ciągnie to małżeństwo do wentylacji, wracają, Krzysztof woła do mnie: „No to co, sprawdził pan wszystko?”. „Panie Krzysztofie, w kuchni brakuje kąta”. „Co pan mówi, niemożliwe”, jakby nastąpił totalny reset. Wszystko powtarzamy: kątownica, klin, wychodzi osiem milimetrów. A Krzysztof znowu swoje: „Proszę państwa, ważna sprawa, liczniki”. Za chwilę znowu: „No to co, skończył pan?”. „Brakuje kąta”. „No co pan mówi. To się nie tak mierzy”, i w tym momencie włączyła się klientka: „Kurwa, albo pan wpisze w ten protokół brak kąta, albo my wychodzimy”. Wpisał, ale z bólem serca. Kiedy indziej Krzysztof patrzy na plamę na tynku i przekonuje mnie: „To światło się w oknie załamuje, za godzinę tej plamy nie będzie”. Albo idziemy na odbiór na Targówku, ja i państwo ze szczeniaczkiem na rękach. Przychodzi Krzysztof i mówi: „Proszę pana, dajmy już sobie spokój. I tak nic nie znajdziemy. A ludzie są pomęczeni, piesek musi na jakąś szmatę sikać. Zakończmy tę męczarnię”. Odbiór trwał trzy i pół godziny. Krzychu zastosował wszystkie metody spowalniające.
– Przychodzę, mierzę, sprawdzam i zaraz widzę usterki – mówi Rafał. – Ścianie w kuchni brakowało prostego kąta, odchylenie liczyło cztery milimetry ponad normę. Krzysztof woła do mnie: „Nie, chwileczkę, pan to źle mierzy, kątownica jest źle przyłożona. Proszę bardzo, pan ustawia, przykładamy poziomicę. No, i ile jest?”. „Siedem milimetrów”. Krzysztof nagle zmienia temat, jakby poprzednia sytuacja w ogóle się nie wydarzyła: „Proszę państwa, bardzo ważna rzecz, wentylacja w łazience. Ja państwa poprowadzę”. Ciągnie to małżeństwo do wentylacji, wracają, Krzysztof woła do mnie: „No to co, sprawdził pan wszystko?”. „Panie Krzysztofie, w kuchni brakuje kąta”. „Co pan mówi, niemożliwe”, jakby nastąpił totalny reset. Wszystko powtarzamy: kątownica, klin, wychodzi osiem milimetrów. A Krzysztof znowu swoje: „Proszę państwa, ważna sprawa, liczniki”. Za chwilę znowu: „No to co, skończył pan?”. „Brakuje kąta”. „No co pan mówi. To się nie tak mierzy”, i w tym momencie włączyła się klientka: „Kurwa, albo pan wpisze w ten protokół brak kąta, albo my wychodzimy”. Wpisał, ale z bólem serca. Kiedy indziej Krzysztof patrzy na plamę na tynku i przekonuje mnie: „To światło się w oknie załamuje, za godzinę tej plamy nie będzie”. Albo idziemy na odbiór na Targówku, ja i państwo ze szczeniaczkiem na rękach. Przychodzi Krzysztof i mówi: „Proszę pana, dajmy już sobie spokój. I tak nic nie znajdziemy. A ludzie są pomęczeni, piesek musi na jakąś szmatę sikać. Zakończmy tę męczarnię”. Odbiór trwał trzy i pół godziny. Krzychu zastosował wszystkie metody spowalniające.
A czemu tak wyglądają odbiory z Krzysztofem? To proste: bo jest przedstawicielem dewelopera. Jego zadaniem jest obronić wady. Deweloper D. przyznaje premię pracownikom, którzy oddawali mieszkania bez żadnej uznanej wady.
Tak działają duże spółki. Jeszcze ciekawiej jest na odbiorach u małych deweloperów z gatunku „Heniek & Szwagier Company”. Tutaj większość problemów ma jedno źródło: do deweloperki zabierają się ludzie, którzy o budownictwie nie mają zielonego pojęcia.
– Odbierałem domek na przedmieściach Warszawy – opowiada Rafał. – Wchodzimy z klientką na poddasze, a tam membrana dachowa cała w brązowych plamach. A to ważny element, bo izoluje i zabezpiecza nam dach. Facet mówi: „No, złapała kolor membrana, państwo i tak to karton-gipsem będziecie okładać”. Wyprułem ze dwie zszywki z tej membrany, patrzę, a tam jest dziura, że można rękę wystawić i pomachać przez dach. Żadne szpachlowanie temu nie zaradzi. Deweloper nie zmartwił się za bardzo. Wręcz przeciwnie, zaczął na nas krzyczeć: „To jest z prywatnych pieniędzy budowane, żaden bank na to nie dawał. Ja tu swoje pieniążki wyłożyłem, budowałem najlepiej, jak potrafię, więc to musi być dobrze!”. Klienci podziękowali za moją pomoc. Nie wiem, jak to się skończyło, ale zakładam, że ulegli i wymienili membranę na własną rękę.
Tak działają duże spółki. Jeszcze ciekawiej jest na odbiorach u małych deweloperów z gatunku „Heniek & Szwagier Company”. Tutaj większość problemów ma jedno źródło: do deweloperki zabierają się ludzie, którzy o budownictwie nie mają zielonego pojęcia.
– Odbierałem domek na przedmieściach Warszawy – opowiada Rafał. – Wchodzimy z klientką na poddasze, a tam membrana dachowa cała w brązowych plamach. A to ważny element, bo izoluje i zabezpiecza nam dach. Facet mówi: „No, złapała kolor membrana, państwo i tak to karton-gipsem będziecie okładać”. Wyprułem ze dwie zszywki z tej membrany, patrzę, a tam jest dziura, że można rękę wystawić i pomachać przez dach. Żadne szpachlowanie temu nie zaradzi. Deweloper nie zmartwił się za bardzo. Wręcz przeciwnie, zaczął na nas krzyczeć: „To jest z prywatnych pieniędzy budowane, żaden bank na to nie dawał. Ja tu swoje pieniążki wyłożyłem, budowałem najlepiej, jak potrafię, więc to musi być dobrze!”. Klienci podziękowali za moją pomoc. Nie wiem, jak to się skończyło, ale zakładam, że ulegli i wymienili membranę na własną rękę.