2
Środa Popielcowa, lud Boży tłumnie garnie się do kościoła, a ja… ja ledwo żyję. Katar jak Niagara, nos czerwony jak u podsklepowego szeryfa, a do tego jeszcze te dreszcze. Ale obowiązek to obowiązek – popiół w dłoń i sypię, sypię na głowy, mrucząc przy tym „Pamiętaj, że prochem jesteś…”
Wtem podchodzi ON. Chłop postawny, barczysty, ale z takim gniazdem na głowie, że gołębie mogłyby tam rodzinę założyć. Łeb mu się świeci od potu jak świeżo nawoskowana motorynka. Wysypuję popiół, a tu jak na złość – pac! Cała chmura osiada mu na tej lśniącej łysinie, jakby dostał kropką sadzy od kominiarza.
Patrzę na to z góry i… coś we mnie pęka. Widok tak komiczny, że nie mogę się powstrzymać. Prychnąłem śmiechem. A że katar miałem, to nie tylko powietrze poszło, ale i klucha z nosa. Prosto na tę nieszczęsną łysinę, która teraz wyglądała jak jakiś ponury eksperyment chemiczny, że nawet Walter White by się przeżegnał.
Chłop spojrzał na mnie, ja spojrzałem na niego. On jeszcze nie wiedział. Ja już tak.

Niech Wielki Post będzie dla mnie czasem pokuty.
0.26211214065552