12
Tak ja to widzę
Ach, Mamma Mia!, ten wspaniały festiwal muzycznych uniesień, gdzie logika fabularna jest tak samo ważna, jak taboret w balecie. W końcu czy istnieje coś bardziej urzekającego niż historia młodej dziewczyny, która przed ślubem postanawia odnaleźć swojego ojca, zapraszając trzech potencjalnych kandydatów – bo mama miała… jakby to ująć… dość otwarte podejście do relacji międzyludzkich?

Nie oszukujmy się – ten film to musicalowy landszaft, na którym problemy moralne rozmywają się w promieniach greckiego słońca, a pytanie o to, kto jest ojcem, staje się jedynie pretekstem do kolejnych piosenek ABBY. „Czystość”? Po co komu czystość, skoro można się turlać po plaży przy dźwiękach „Dancing Queen”?

Bohaterowie? To zbiór postaci zbudowanych na schematach rodem z podręcznika „Jak napisać musical, żeby nikt się nie przejmował fabułą”. Meryl Streep gra matkę, której błyskotliwe podejście do życia można streścić słowami „jakie to ma znaczenie, kto jest ojcem, skoro wszyscy mogą nim być?” – i oto moralna puenta filmu. Amanda Seyfried w roli Sophie zdaje się nie przejmować tym, że jej matka wprowadza ją w świat, w którym monogamia jest jak stare sandały – kiedyś popularna, ale teraz zbędna.

Muzyka? Oczywiście, że chwytliwa! To przecież ABBA! Ale jeśli ktokolwiek uważał, że teksty te mają jakiekolwiek znaczenie w kontekście fabuły, to szybko zostanie wyprowadzony z błędu. W tym filmie nie chodzi o sens – chodzi o śpiewanie, tańczenie i błogie zapomnienie o tym, że historia powinna mieć jakąkolwiek głębię.
0.059103965759277