12
No więc po namowach w komentarzach ( jeden z użytkowników napisał, że będę pizdą jak tego nie zrobię) postanowiłem zrobić krótką serie o radzieckim programie kosmicznym, który według mnie jest w chuj ciekawszy od oklepanego amerykańskiego.
Kiedy rozglądamy się po filmach, książkach i popkulturze, to o amerykańskim programie kosmicznym wiemy wszyscy. Obejrzeliśmy mnóstwo produkcji, od „Apollo 13” po „Armagedon”. Słynna scena w zwolnionym tempie z drużyną ratunkową maszerującą przez hangar stała się wręcz symbolem. Tymczasem o radzieckim programie… prawie nikt nie mówi. Hollywood nie nakręciło żadnego wielkiego hitu o radzieckich kosmonautach. Może dlatego, że obraz, który funkcjonuje w zachodnich filmach, to nie są prawdziwi ludzie, tylko stereotypy – faceci w futrzanych czapkach, pijący wódkę gdzieś na stacji orbitalnej.
Rzadko kto wspomni nazwisko, od którego wszystko się zaczęło – Siergiej Korolow. Jeszcze rzadziej ktoś powie o Walentinie Głuszce. A to właśnie ci dwaj ludzie – wizjoner i konstruktor, przyjaciele, którzy stali się wrogami zmuszonymi do współpracy – byli sercem radzieckiego programu rakietowego.
Kiedy rozglądamy się po filmach, książkach i popkulturze, to o amerykańskim programie kosmicznym wiemy wszyscy. Obejrzeliśmy mnóstwo produkcji, od „Apollo 13” po „Armagedon”. Słynna scena w zwolnionym tempie z drużyną ratunkową maszerującą przez hangar stała się wręcz symbolem. Tymczasem o radzieckim programie… prawie nikt nie mówi. Hollywood nie nakręciło żadnego wielkiego hitu o radzieckich kosmonautach. Może dlatego, że obraz, który funkcjonuje w zachodnich filmach, to nie są prawdziwi ludzie, tylko stereotypy – faceci w futrzanych czapkach, pijący wódkę gdzieś na stacji orbitalnej.
Rzadko kto wspomni nazwisko, od którego wszystko się zaczęło – Siergiej Korolow. Jeszcze rzadziej ktoś powie o Walentinie Głuszce. A to właśnie ci dwaj ludzie – wizjoner i konstruktor, przyjaciele, którzy stali się wrogami zmuszonymi do współpracy – byli sercem radzieckiego programu rakietowego.
Na zdjęciach : Siergiej Korolow i Walentin Głuszko
Radziecki program kosmiczny rozpoczął się na długo przed wystrzeleniem Sputnika. I żeby było precyzyjnie – w Związku Radzieckim nie było astronautów, tylko kosmonauci. Amerykanie mieli astronautów, Chińczycy – tajkonautów.
Wracając do Rosji – trzeba rozróżniać program radziecki i rosyjski. Program radziecki skończył się wraz z upadkiem ZSRR w 1991 roku. Od tego momentu zaczyna się historia programu rosyjskiego. Bo „człowiek radziecki” to nie to samo co „Rosjanin”. Tamten obraz był pełen propagandowych symboli – człowiek i traktor, siła i postęp.
Wszystko zaczęło się pod koniec XIX wieku, kiedy Konstantin Ciołkowski opracował podstawowy wzór określający, jak porusza się rakieta, która w trakcie lotu traci masę, spalając paliwo. To było fundamentem całej późniejszej technologii rakietowej. Już w 1903 roku Ciołkowski opublikował pracę naukową, w której wyliczył nie tylko, jaka musi być prędkość, żeby wejść na orbitę, ale też przewidział zastosowanie rakiet wielostopniowych. Wszystko to zrobił, zanim jeszcze ktokolwiek zbudował jakąkolwiek rakietę
Radziecki program kosmiczny rozpoczął się na długo przed wystrzeleniem Sputnika. I żeby było precyzyjnie – w Związku Radzieckim nie było astronautów, tylko kosmonauci. Amerykanie mieli astronautów, Chińczycy – tajkonautów.
Wracając do Rosji – trzeba rozróżniać program radziecki i rosyjski. Program radziecki skończył się wraz z upadkiem ZSRR w 1991 roku. Od tego momentu zaczyna się historia programu rosyjskiego. Bo „człowiek radziecki” to nie to samo co „Rosjanin”. Tamten obraz był pełen propagandowych symboli – człowiek i traktor, siła i postęp.
Wszystko zaczęło się pod koniec XIX wieku, kiedy Konstantin Ciołkowski opracował podstawowy wzór określający, jak porusza się rakieta, która w trakcie lotu traci masę, spalając paliwo. To było fundamentem całej późniejszej technologii rakietowej. Już w 1903 roku Ciołkowski opublikował pracę naukową, w której wyliczył nie tylko, jaka musi być prędkość, żeby wejść na orbitę, ale też przewidział zastosowanie rakiet wielostopniowych. Wszystko to zrobił, zanim jeszcze ktokolwiek zbudował jakąkolwiek rakietę
W latach 30. XX wieku, w Związku Radzieckim zaczęły pojawiać się pierwsze zorganizowane grupy inżynierów i entuzjastów rakiet. Jedną z najważniejszych była GIRD – Grupa Badawcza Napędu Odrzutowego, która powstała w 1931 roku w Moskwie. W jej szeregach znalazło się kilku młodych ludzi, którzy mieli zmienić historię. Wśród nich wyróżniali się dwaj szczególnie utalentowani – Siergiej Korolow i Walentin Głuszko. Korolow był typem wizjonera i organizatora. Młody, ambitny, o silnym charakterze, szybko stał się nieformalnym liderem zespołu. Miał w sobie to coś, co przyciągało ludzi – potrafił inspirować, zarządzać, a przy tym sam był wybitnym inżynierem. Głuszko był jego przeciwieństwem. Skupiony, cichy, introwertyczny, całkowicie oddany technicznym aspektom budowy silników. Fascynowały go eksperymenty z paliwami i układami napędowymi. Razem stworzyli pierwszy radziecki silnik rakietowy na paliwo ciekłe.
Na zdjęciu członkowie GIRD
Choć ich współpraca rozwijała się dynamicznie, nad ich głowami zawisło widmo politycznych czystek. W 1938 roku obaj zostali aresztowani przez NKWD. Głuszko, brutalnie przesłuchiwany, zdecydował się podpisać zeznania obciążające Korolowa, prawdopodobnie wierząc, że ratuje w ten sposób własne życie. Korolow trafił do łagru na Kołymie, gdzie warunki były tak nieludzkie, że większość więźniów nie przeżywała pierwszej zimy. Korolow jednak przeżył. Uratowała go ironicznie sama władza, która potrzebowała inżynierów bardziej niż więźniów I przeniosła go do szaraszki (biuro projektowe do którego byli kierownik skazani naukowcy).
Korolow trafił do OKB-29 pod kierownictwem Andrieja Tupolewa, znanego konstruktora samolotów. To tam Korolow „pracował” w więziennych warunkach nad projektami lotniczymi i rakietowymi. Pobyt w obozach odcisnął na nim piętno – stał się cyniczny, zamknięty w sobie, zdeterminowany, ale też nieufny i ostry wobec współpracowników.
Po wojnie – rywalizacja na śmierć i życie
Po wojnie Korolow i Głuszko znów trafili do tych samych projektów, ale ich relacje były już wtedy fatalne. Korolow został szefem Instytutu Naukowo-Badawczego nr 88, a potem legendarnego OKB-1, które odpowiadało za większość radzieckich projektów kosmicznych.
Głuszko z kolei objął kierownictwo nad OKB-456, głównym dostawcą silników rakietowych w ZSRR.
Choć ich biura musiały współpracować, ich relacja była pasmem konfliktów i walki o wpływy. Korolow musiał korzystać z silników Głuszki, bo nie miał alternatywy, ale ich współpraca była pełna napięć.
Głuszko specjalizował się w silnikach na hipergolowe paliwa – trujące i żrące mieszanki chemiczne, które były bardzo efektywne, ale też niebezpieczne i trudne w obsłudze. Korolow z kolei preferował silniki na ciekły tlen i naftę (parafinę), które były czystsze i bardziej „kosmiczne”, choć wymagały skomplikowanego chłodzenia i nie nadawały się na rakiety bojowe gotowe do natychmiastowego startu.
R-7, którą Korolow rozwijał, była napędzana właśnie ciekłym tlenem i naftą – to rozwiązanie umożliwiło wyniesienie Sputnika i późniejsze sukcesy kosmiczne, ale jednocześnie czyniło R-7 niepraktyczną jako broń, bo nie można było jej przechowywać długo w gotowości bojowej.
Głuszko naciskał na stosowanie hipergolowych paliw, które mogłyby być przechowywane przez długi czas i były bardziej „wojskowe”. Korolow jednak uważał je za zbyt niebezpieczne i ograniczające rozwój kosmonautyki załogowej.
Czysty chaos – wojna biur i polityki
Sytuację komplikowała jeszcze bardziej konkurencja Korolowa z Władimirem Czełomiejem, który budował konkurencyjne rakiety i sprytnie zatrudnił w swoim biurze syna Nikity Chruszczowa. Dzięki temu miał polityczne plecy i zaczął przejmować budżety oraz projekty. Czełomiej miał opinię „człowieka w krawacie”, podczas gdy Korolow i jego zespół byli postrzegani jako chaotyczni i
Po wojnie ZSRR, podobnie jak Amerykanie, zabrał się za badanie niemieckiej technologii rakietowej V-2. Niemcy już w 1944 roku osiągnęli coś, co dziś uznajemy za granicę kosmosu – linię Kármána, na wysokości 100 km. ZSRR udało się zrekonstruować V-2 i w 1948 roku wystrzelić własną wersję – rakietę R-1.
Od tego momentu zaczęła się prawdziwa rywalizacja. Koroliow i jego zespół rozwijali kolejne modele: R-2 o zasięgu 600 km i R-5 o zasięgu 1200 km, która mogła już przenosić głowice atomowe. Równolegle rozwijano mobilne rakiety balistyczne R-11, które można było wystrzeliwać z dowolnego miejsca.
R-7, pierwsza międzykontynentalna rakieta balistyczna. W 1957 roku udało się nią trafić w cel na Kamczatce, oddalony o 8000 km. To otworzyło drogę do wyniesienia pierwszego sztucznego satelity Ziemi – Sputnika.
Choć ich współpraca rozwijała się dynamicznie, nad ich głowami zawisło widmo politycznych czystek. W 1938 roku obaj zostali aresztowani przez NKWD. Głuszko, brutalnie przesłuchiwany, zdecydował się podpisać zeznania obciążające Korolowa, prawdopodobnie wierząc, że ratuje w ten sposób własne życie. Korolow trafił do łagru na Kołymie, gdzie warunki były tak nieludzkie, że większość więźniów nie przeżywała pierwszej zimy. Korolow jednak przeżył. Uratowała go ironicznie sama władza, która potrzebowała inżynierów bardziej niż więźniów I przeniosła go do szaraszki (biuro projektowe do którego byli kierownik skazani naukowcy).
Korolow trafił do OKB-29 pod kierownictwem Andrieja Tupolewa, znanego konstruktora samolotów. To tam Korolow „pracował” w więziennych warunkach nad projektami lotniczymi i rakietowymi. Pobyt w obozach odcisnął na nim piętno – stał się cyniczny, zamknięty w sobie, zdeterminowany, ale też nieufny i ostry wobec współpracowników.
Po wojnie – rywalizacja na śmierć i życie
Po wojnie Korolow i Głuszko znów trafili do tych samych projektów, ale ich relacje były już wtedy fatalne. Korolow został szefem Instytutu Naukowo-Badawczego nr 88, a potem legendarnego OKB-1, które odpowiadało za większość radzieckich projektów kosmicznych.
Głuszko z kolei objął kierownictwo nad OKB-456, głównym dostawcą silników rakietowych w ZSRR.
Choć ich biura musiały współpracować, ich relacja była pasmem konfliktów i walki o wpływy. Korolow musiał korzystać z silników Głuszki, bo nie miał alternatywy, ale ich współpraca była pełna napięć.
Głuszko specjalizował się w silnikach na hipergolowe paliwa – trujące i żrące mieszanki chemiczne, które były bardzo efektywne, ale też niebezpieczne i trudne w obsłudze. Korolow z kolei preferował silniki na ciekły tlen i naftę (parafinę), które były czystsze i bardziej „kosmiczne”, choć wymagały skomplikowanego chłodzenia i nie nadawały się na rakiety bojowe gotowe do natychmiastowego startu.
R-7, którą Korolow rozwijał, była napędzana właśnie ciekłym tlenem i naftą – to rozwiązanie umożliwiło wyniesienie Sputnika i późniejsze sukcesy kosmiczne, ale jednocześnie czyniło R-7 niepraktyczną jako broń, bo nie można było jej przechowywać długo w gotowości bojowej.
Głuszko naciskał na stosowanie hipergolowych paliw, które mogłyby być przechowywane przez długi czas i były bardziej „wojskowe”. Korolow jednak uważał je za zbyt niebezpieczne i ograniczające rozwój kosmonautyki załogowej.
Czysty chaos – wojna biur i polityki
Sytuację komplikowała jeszcze bardziej konkurencja Korolowa z Władimirem Czełomiejem, który budował konkurencyjne rakiety i sprytnie zatrudnił w swoim biurze syna Nikity Chruszczowa. Dzięki temu miał polityczne plecy i zaczął przejmować budżety oraz projekty. Czełomiej miał opinię „człowieka w krawacie”, podczas gdy Korolow i jego zespół byli postrzegani jako chaotyczni i
Po wojnie ZSRR, podobnie jak Amerykanie, zabrał się za badanie niemieckiej technologii rakietowej V-2. Niemcy już w 1944 roku osiągnęli coś, co dziś uznajemy za granicę kosmosu – linię Kármána, na wysokości 100 km. ZSRR udało się zrekonstruować V-2 i w 1948 roku wystrzelić własną wersję – rakietę R-1.
Od tego momentu zaczęła się prawdziwa rywalizacja. Koroliow i jego zespół rozwijali kolejne modele: R-2 o zasięgu 600 km i R-5 o zasięgu 1200 km, która mogła już przenosić głowice atomowe. Równolegle rozwijano mobilne rakiety balistyczne R-11, które można było wystrzeliwać z dowolnego miejsca.
R-7, pierwsza międzykontynentalna rakieta balistyczna. W 1957 roku udało się nią trafić w cel na Kamczatce, oddalony o 8000 km. To otworzyło drogę do wyniesienia pierwszego sztucznego satelity Ziemi – Sputnika.
Na koniec pierwszej części jeszcze jedna rzecz :
Projekt WR-190 – czyli „jak pieski utorowały ludziom drogę w kosmos”
Zanim człowiek odważył się wyjść poza atmosferę, zanim ktokolwiek wiedział, jak organizm żywy zniesie nieważkość, promieniowanie i potężne przeciążenia, Związek Radziecki postanowił najpierw wypróbować to na… psach. Tak właśnie narodził się Projekt WR-190, którego nazwa pochodziła od „wysotnaja rakieta”, czyli „rakieta dużej wysokości”. Cel był prosty – wystrzelić żywe organizmy tak wysoko, jak to tylko możliwe, i sprawdzić, co się z nimi stanie.
Dlaczego właśnie psy?
Można by pomyśleć, że wybór padnie na małpy, jak to później robili Amerykanie. Jednak w ZSRR zdecydowano inaczej – postawiono na psy, i to nie byle jakie. Wybierano kundle, zwykłe, niewielkie, mieszane rasy. Dlaczego? Bo były odporne, łatwo się je tresowało, były posłuszne i, jak się okazało, dobrze znosiły warunki szkoleniowe.
Przez rok psy były przygotowywane do misji. Uczono je siedzenia w ciasnych kapsułach, zakładano im czujniki, mierzono tętno, oddech i reakcje na stres. Dziś może się to wydawać okrutne, ale wówczas było to absolutnie przełomowe badanie, od którego zależało życie przyszłych kosmonautów.
Dezik i Cygan – pierwsi pionierzy
22 lipca 1951 roku do rakiety R-1, będącej zmodyfikowaną kopią niemieckiej V-2, wsadzono dwa pierwsze psy: Dezika i Cygana. Rakieta wzniosła się na wysokość ponad 100 kilometrów – czyli technicznie rzecz biorąc, przekroczyła linię Kármána, granicę kosmosu. Lot trwał 15 minut.
Pomimo niewyobrażalnego stresu – telemetria pokazała, że tętno psów wzrosło czterokrotnie do około 550 uderzeń na minutę – oba zwierzaki wróciły całe i zdrowe. To był absolutny przełom. Dowód, że organizmy żywe mogą znieść przeciążenia i nieważkość – bo przez chwilę na szczycie paraboli lotu psy unosiły się w stanie nieważkości – i że mogą wrócić żywe na Ziemię.
Tragiczny los Dezika i uratowany Cygan
Niestety, kilka dni później Dezik wziął udział w kolejnym locie, tym razem samotnie. Podczas powrotu nie otworzył się spadochron, a kapsuła z psem roztrzaskała się o ziemię. Cygan, jego towarzysz, miał więcej szczęścia. Po tej tragedii postanowiono nie wysyłać go więcej w przestrzeń. Co więcej – kiedy jeden z generałów, który sponsorował program, odwiedził ośrodek i został ugryziony przez Cygana, pies trafił pod jego opiekę i resztę życia spędził w Moskwie, żyjąc spokojnie i bezpiecznie.
Wbrew obiegowym wyobrażeniom, naukowcy naprawdę kochali te zwierzaki. Psy były dla nich kimś więcej niż „eksperymentem”. Zżywali się z nimi, opiekowali, dbali o ich komfort. Każda strata była przeżywana jak tragedia. I to nie były tylko pierwsze dwa psy.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ, NA ZDJECIU DEZ
IK I CYGAN
Dziękuję dałem z siebie 30%
Projekt WR-190 – czyli „jak pieski utorowały ludziom drogę w kosmos”
Zanim człowiek odważył się wyjść poza atmosferę, zanim ktokolwiek wiedział, jak organizm żywy zniesie nieważkość, promieniowanie i potężne przeciążenia, Związek Radziecki postanowił najpierw wypróbować to na… psach. Tak właśnie narodził się Projekt WR-190, którego nazwa pochodziła od „wysotnaja rakieta”, czyli „rakieta dużej wysokości”. Cel był prosty – wystrzelić żywe organizmy tak wysoko, jak to tylko możliwe, i sprawdzić, co się z nimi stanie.
Dlaczego właśnie psy?
Można by pomyśleć, że wybór padnie na małpy, jak to później robili Amerykanie. Jednak w ZSRR zdecydowano inaczej – postawiono na psy, i to nie byle jakie. Wybierano kundle, zwykłe, niewielkie, mieszane rasy. Dlaczego? Bo były odporne, łatwo się je tresowało, były posłuszne i, jak się okazało, dobrze znosiły warunki szkoleniowe.
Przez rok psy były przygotowywane do misji. Uczono je siedzenia w ciasnych kapsułach, zakładano im czujniki, mierzono tętno, oddech i reakcje na stres. Dziś może się to wydawać okrutne, ale wówczas było to absolutnie przełomowe badanie, od którego zależało życie przyszłych kosmonautów.
Dezik i Cygan – pierwsi pionierzy
22 lipca 1951 roku do rakiety R-1, będącej zmodyfikowaną kopią niemieckiej V-2, wsadzono dwa pierwsze psy: Dezika i Cygana. Rakieta wzniosła się na wysokość ponad 100 kilometrów – czyli technicznie rzecz biorąc, przekroczyła linię Kármána, granicę kosmosu. Lot trwał 15 minut.
Pomimo niewyobrażalnego stresu – telemetria pokazała, że tętno psów wzrosło czterokrotnie do około 550 uderzeń na minutę – oba zwierzaki wróciły całe i zdrowe. To był absolutny przełom. Dowód, że organizmy żywe mogą znieść przeciążenia i nieważkość – bo przez chwilę na szczycie paraboli lotu psy unosiły się w stanie nieważkości – i że mogą wrócić żywe na Ziemię.
Tragiczny los Dezika i uratowany Cygan
Niestety, kilka dni później Dezik wziął udział w kolejnym locie, tym razem samotnie. Podczas powrotu nie otworzył się spadochron, a kapsuła z psem roztrzaskała się o ziemię. Cygan, jego towarzysz, miał więcej szczęścia. Po tej tragedii postanowiono nie wysyłać go więcej w przestrzeń. Co więcej – kiedy jeden z generałów, który sponsorował program, odwiedził ośrodek i został ugryziony przez Cygana, pies trafił pod jego opiekę i resztę życia spędził w Moskwie, żyjąc spokojnie i bezpiecznie.
Wbrew obiegowym wyobrażeniom, naukowcy naprawdę kochali te zwierzaki. Psy były dla nich kimś więcej niż „eksperymentem”. Zżywali się z nimi, opiekowali, dbali o ich komfort. Każda strata była przeżywana jak tragedia. I to nie były tylko pierwsze dwa psy.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ, NA ZDJECIU DEZ
IK I CYGAN
Dziękuję dałem z siebie 30%