Dyskusje ogólne
1 r
87
Czy jest ktoś, z kim mogę szczerze porozmawiać o czymś, co mnie naprawdę dręczy? Bo ja po prostu… nie potrafię pogodzić się z tym, że moje życie ma się sprowadzać do pracy po 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu – przez resztę życia.
Za mną ponad 18 lat edukacji, ciągłego podporządkowania się systemowi – a teraz oczekuje się ode mnie, że mam przyjąć niskopłatną, rutynową pracę jako „dorosłe życie”? Przepraszam, ale nie jestem w stanie tego zaakceptować ani psychicznie, ani emocjonalnie.
Czuję się wypalony jeszcze zanim naprawdę wystartowałem. Co gorsza, nie mam w sobie tego samozaparcia, tej energii, którą mają niektórzy, żeby coś budować od zera – biznes, projekt, cokolwiek. Nawet dostęp do Internetu, który teoretycznie daje milion możliwości, wydaje mi się teraz przytłaczający. Bo choć mam pomysły, myślę o nich… to zaraz znowu pojawia się ta natrętna myśl: „muszę znaleźć pracę”. I to słowo – „praca” – wręcz mnie odrzuca.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak przesada, ale mam wręcz wewnętrzną awersję do tego słowa. Dla mnie brzmi jak przekleństwo. Niektórzy mają traumy związane z konkretnymi słowami – ja mam to z „pracą”. Może to dziwne, ale tak właśnie czuję.
Nie wyobrażam sobie codziennie wstawać i oddawać swoje siły komuś innemu – tylko po to, by zarobić jakąś sztywną, symboliczną stawkę godzinową. 10 euro netto, 20 zł na rękę – bez perspektywy na wzrost, na rozwój. Po prostu: moja godzina życia jest warta tyle i koniec. A przecież czas to coś, czego nie da się odzyskać.
Co gorsza, jestem w martwym punkcie, bo nie potrafię się zmobilizować, żeby to zmienić. I mam przez to wyrzuty sumienia – wobec siebie, wobec bliskich. Ale czuję się jakbym wysiadał. I choć nie chcę być bezrobotny, ani tym bardziej bezdomny – to z perspektywy, którą mam dziś, nie widzę żadnych realnych opcji.
Nie dostanę kredytu – z różnych powodów, których nawet nie chcę teraz tłumaczyć. Straciłem prawo jazdy z powodów zdrowotnych. Nie mam formalnego wykształcenia. Problemy rodzinne tylko pogłębiają ten chaos.
Byłem uzależniony – od alkoholu, narkotyków. Wciąż palę. Muzyka i komputer to dziś moje jedyne ucieczki. Ale też moje uzależnienia. Nie wiem, czy do czegokolwiek się nadaję. I nie wiem, jak o tym wszystkim mówić, jak to przegadać.
Wiem, że muszę coś robić. Że trzeba „pracować”. Ale ja po prostu tego nie potrafię. Każdą pracę, którą miałem, traciłem – nie przez niekompetencję, ale przez ten narastający wewnętrzny bunt. Nie chcę żyć tylko po to, żeby pracować. Nienawidzę tego.
Za mną ponad 18 lat edukacji, ciągłego podporządkowania się systemowi – a teraz oczekuje się ode mnie, że mam przyjąć niskopłatną, rutynową pracę jako „dorosłe życie”? Przepraszam, ale nie jestem w stanie tego zaakceptować ani psychicznie, ani emocjonalnie.
Czuję się wypalony jeszcze zanim naprawdę wystartowałem. Co gorsza, nie mam w sobie tego samozaparcia, tej energii, którą mają niektórzy, żeby coś budować od zera – biznes, projekt, cokolwiek. Nawet dostęp do Internetu, który teoretycznie daje milion możliwości, wydaje mi się teraz przytłaczający. Bo choć mam pomysły, myślę o nich… to zaraz znowu pojawia się ta natrętna myśl: „muszę znaleźć pracę”. I to słowo – „praca” – wręcz mnie odrzuca.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak przesada, ale mam wręcz wewnętrzną awersję do tego słowa. Dla mnie brzmi jak przekleństwo. Niektórzy mają traumy związane z konkretnymi słowami – ja mam to z „pracą”. Może to dziwne, ale tak właśnie czuję.
Nie wyobrażam sobie codziennie wstawać i oddawać swoje siły komuś innemu – tylko po to, by zarobić jakąś sztywną, symboliczną stawkę godzinową. 10 euro netto, 20 zł na rękę – bez perspektywy na wzrost, na rozwój. Po prostu: moja godzina życia jest warta tyle i koniec. A przecież czas to coś, czego nie da się odzyskać.
Co gorsza, jestem w martwym punkcie, bo nie potrafię się zmobilizować, żeby to zmienić. I mam przez to wyrzuty sumienia – wobec siebie, wobec bliskich. Ale czuję się jakbym wysiadał. I choć nie chcę być bezrobotny, ani tym bardziej bezdomny – to z perspektywy, którą mam dziś, nie widzę żadnych realnych opcji.
Nie dostanę kredytu – z różnych powodów, których nawet nie chcę teraz tłumaczyć. Straciłem prawo jazdy z powodów zdrowotnych. Nie mam formalnego wykształcenia. Problemy rodzinne tylko pogłębiają ten chaos.
Byłem uzależniony – od alkoholu, narkotyków. Wciąż palę. Muzyka i komputer to dziś moje jedyne ucieczki. Ale też moje uzależnienia. Nie wiem, czy do czegokolwiek się nadaję. I nie wiem, jak o tym wszystkim mówić, jak to przegadać.
Wiem, że muszę coś robić. Że trzeba „pracować”. Ale ja po prostu tego nie potrafię. Każdą pracę, którą miałem, traciłem – nie przez niekompetencję, ale przez ten narastający wewnętrzny bunt. Nie chcę żyć tylko po to, żeby pracować. Nienawidzę tego.