12
Ludzie myślą, że samotność to cisza. Że to brak wiadomości, telefonów, spojrzeń.
Ale prawdziwa samotność to moment, gdy siedzisz w pokoju pełnym ludzi i czujesz się jak mebel, którego nikt nie zamówił.
Chciałem być kimś. Nie sławnym. Nie ważnym.
Po prostu kimś, kogo, gdy zabraknie, czuć.
Jak brak ciepła po zgaszeniu świecy.
Jak miejsce przy stole, które zostaje puste — nie przez zapomnienie, tylko przez ból.
Zbudowałem siebie z cudzych oczekiwań.
Zawsze śmieszny.
Zawsze grzeczny.
Zawsze niepotrzebny — ale nikt tego głośno nie mówił, bo to byłoby nieuprzejme.
Z czasem zorientowałem się, że nie mam już własnego głosu.
Tylko echo tego, co chciałby usłyszeć ktoś inny.
Każde „wszystko okej” było jak plaster na ranę, której nikt nie oglądał.
Bo i po co?
Wieczorami rozmawiałem sam ze sobą.
Głośno.
Nie dlatego, że chciałem odpowiedzi.
Po prostu musiałem się upewnić, że jeszcze istnieję w czymś więcej niż historii przeglądarki i zgniecionym prześcieradle.
I wtedy, kiedy naprawdę już poczułem, że sięgnąłem dna — że dotknąłem tej surowej prawdy o sobie, o ludziach, o byciu nikim w świecie pełnym ludzi udających, że wszystko gra...
…uświadomiłem sobie, że jestem cały umazany gównem psa admina.
I szczerze?
To był pierwszy raz od lat, kiedy się naprawdę, naprawdę roześmiałem.
Ale prawdziwa samotność to moment, gdy siedzisz w pokoju pełnym ludzi i czujesz się jak mebel, którego nikt nie zamówił.
Chciałem być kimś. Nie sławnym. Nie ważnym.
Po prostu kimś, kogo, gdy zabraknie, czuć.
Jak brak ciepła po zgaszeniu świecy.
Jak miejsce przy stole, które zostaje puste — nie przez zapomnienie, tylko przez ból.
Zbudowałem siebie z cudzych oczekiwań.
Zawsze śmieszny.
Zawsze grzeczny.
Zawsze niepotrzebny — ale nikt tego głośno nie mówił, bo to byłoby nieuprzejme.
Z czasem zorientowałem się, że nie mam już własnego głosu.
Tylko echo tego, co chciałby usłyszeć ktoś inny.
Każde „wszystko okej” było jak plaster na ranę, której nikt nie oglądał.
Bo i po co?
Wieczorami rozmawiałem sam ze sobą.
Głośno.
Nie dlatego, że chciałem odpowiedzi.
Po prostu musiałem się upewnić, że jeszcze istnieję w czymś więcej niż historii przeglądarki i zgniecionym prześcieradle.
I wtedy, kiedy naprawdę już poczułem, że sięgnąłem dna — że dotknąłem tej surowej prawdy o sobie, o ludziach, o byciu nikim w świecie pełnym ludzi udających, że wszystko gra...
…uświadomiłem sobie, że jestem cały umazany gównem psa admina.
I szczerze?
To był pierwszy raz od lat, kiedy się naprawdę, naprawdę roześmiałem.