Słuchajcie, ja sobie mieszkam w Japonii, gdzie żółwie występują na legalu w przyrodzie dosyć powszechnie, pływają po rzekach i tylko czasami mutują w równające miasta z ziemią potwory.
No i pracuję z taką typiarą, która wcześniej zatrudniona była w sektorze usługowym, a konkretniej to w wysokiej klasy hotelu na odizolowanej wyspie - wściekle ekskluzywne miejsce, rezerwacje jak na koncert Taylor Swift, tylko taniej, no bo bez przesady.
No, ale dostać się tam można wyłącznie łódką, więc cały sztab, z kucharzami i pokojówkami na czele, mieszka na miejscu, coby nie dymać tratwą w tę i na rufę.
A mówię o tym dlatego, że poza spędzeniem czasu na łonie japońskiej natury, można tam również zawierać święty związek małżeński w specjalnie zaprojektowanym pod tym kątem ogrodzie.
Ogród ma przycięte w fikuśne kształty krzaki, skalniaki z takim stężeniem zen, że człowieka nachodzi na rewatch “Kobry Kai”, a rozbujane wiatrem łodygi bambusa kołyszą się nad równiutko przystrzyżoną trawą, na której tu i ówdzie znajdują się plamy oczek wodnych, gdzie żyją sobie właśnie żółwie.
Koleżanka opowiadała mi, że na jednym z ostatnich ślubów za jej kadencji doszło do niewygodnego incydentu, bo para żółwi, być może rozanielona sielankową atmosferą zawieranego na ich oczach sakramentu, postanowiła w kluczowym momencie zabrać się za amory utożsamiane tradycyjnie z nocą następującą po ślubie, a nie w jego trakcie.
Więc stoi typ, beżowy smoking, mucha na szyi taka, że sam Korwin by zaśpiewał FIU FIU, albo może raczej F-F-F-FIU FFFF-FIU, przed nim typiara w bajecznej sukni, welon jak stąd do Chorzowa, przebrany ksiądz wyprowadza zapytanie o wolę wspólnego rozliczenia podatkowego, ale nikt nie patrzy, bo na kamieniu w oczku wodnym, gdzie stoi młoda para, pan żółw parkuje fajfusa w pani żółw, aż skorupy skrzypią.
Ślub jak ślub, nic specjalnego, każdy widział albo jeszcze zobaczy, tort i tak pewnie będzie mdły, a jak często człowiek ma okazję popatrzeć, jak się r*chają żółwie, to całe zgromadzenie podgląda z zapartym tchem, jak łajdaczą w tempie, nomen omen, żółwim, a świadkowie trzęsą się ze śmiechu, kiedy jedna skorupa po drugiej robi bardzo wolne, acz napiętnowane erotycznie SKRZYYYYYYYP.
Ale najbardziej to się chyba cieszył kamerzysta, bo te obrączki to jest złoto słabej próby w porównaniu do tego materiału.
Czytała Krystyna Czubówna
No i pracuję z taką typiarą, która wcześniej zatrudniona była w sektorze usługowym, a konkretniej to w wysokiej klasy hotelu na odizolowanej wyspie - wściekle ekskluzywne miejsce, rezerwacje jak na koncert Taylor Swift, tylko taniej, no bo bez przesady.
No, ale dostać się tam można wyłącznie łódką, więc cały sztab, z kucharzami i pokojówkami na czele, mieszka na miejscu, coby nie dymać tratwą w tę i na rufę.
A mówię o tym dlatego, że poza spędzeniem czasu na łonie japońskiej natury, można tam również zawierać święty związek małżeński w specjalnie zaprojektowanym pod tym kątem ogrodzie.
Ogród ma przycięte w fikuśne kształty krzaki, skalniaki z takim stężeniem zen, że człowieka nachodzi na rewatch “Kobry Kai”, a rozbujane wiatrem łodygi bambusa kołyszą się nad równiutko przystrzyżoną trawą, na której tu i ówdzie znajdują się plamy oczek wodnych, gdzie żyją sobie właśnie żółwie.
Koleżanka opowiadała mi, że na jednym z ostatnich ślubów za jej kadencji doszło do niewygodnego incydentu, bo para żółwi, być może rozanielona sielankową atmosferą zawieranego na ich oczach sakramentu, postanowiła w kluczowym momencie zabrać się za amory utożsamiane tradycyjnie z nocą następującą po ślubie, a nie w jego trakcie.
Więc stoi typ, beżowy smoking, mucha na szyi taka, że sam Korwin by zaśpiewał FIU FIU, albo może raczej F-F-F-FIU FFFF-FIU, przed nim typiara w bajecznej sukni, welon jak stąd do Chorzowa, przebrany ksiądz wyprowadza zapytanie o wolę wspólnego rozliczenia podatkowego, ale nikt nie patrzy, bo na kamieniu w oczku wodnym, gdzie stoi młoda para, pan żółw parkuje fajfusa w pani żółw, aż skorupy skrzypią.
Ślub jak ślub, nic specjalnego, każdy widział albo jeszcze zobaczy, tort i tak pewnie będzie mdły, a jak często człowiek ma okazję popatrzeć, jak się r*chają żółwie, to całe zgromadzenie podgląda z zapartym tchem, jak łajdaczą w tempie, nomen omen, żółwim, a świadkowie trzęsą się ze śmiechu, kiedy jedna skorupa po drugiej robi bardzo wolne, acz napiętnowane erotycznie SKRZYYYYYYYP.
Ale najbardziej to się chyba cieszył kamerzysta, bo te obrączki to jest złoto słabej próby w porównaniu do tego materiału.
Czytała Krystyna Czubówna