20
Muszę wam coś opowiedzieć. Coś, co mam w bani od lat i gnije mi tam jak stara kanapka w plecaku. Zaczęło się spoko, po prostu nuda i, kurwa, brak składników. Pewnego wieczoru, lodówka świeciła pustkami, a ja byłem na głodzie naleśnikowym. I wtedy ten pomysł. Pojebany, obrzydliwy, ale w sumie... geniusz.

Stworzyłem napleśniki.

Tak, kurwa. Naleśniki. Ale nie jakieś tam gówniane z mąki i jajek. To dla normików. Moje napleśniki leciały na moim własnym wkładzie. Prosto z rurki. Na początku to był eksperyment, akt desperacji. Pamiętam ten pierwszy raz – patelnia syczała, a ja, z łapami trzęsącymi się jak alkoholik po tygodniu, wylewałem to gówno. Zapach był... specyficzny. Trochę jak przypalone mleko, trochę jak... no, wiecie. Konsystencja też inna. Delikatniejsze, bardziej gumowe.

Najgorsze jest to, że... wcale nie były takie złe. Z dżemorem porzeczkowym, szczerze mówiąc, znikały w mig. Potem to już poszło z górki. Ulepszałem przepis. Eksperymentowałem z dodatkami – raz z czekoladą, raz z bitą śmietaną. Moje ulubione to te z truskawkami. Słodkie, soczyste truskawki maskowały... no, ten posmak.

Nie, nikomu o tym nie mówiłem. Jakbym mógł? Wyobrażacie sobie minę typa: "Elo, wpadniesz na napleśniki?". Pojebało mnie? Może. Ale jest coś uzależniającego w tej tajemnicy, w tym obrzydliwym sekrecie, który skrywam. I w sumie... jestem w tym kozak. Serio. Gdyby nie to, że to... czym to jest, mógłbym otworzyć budę z żarciem. A może tak właśnie zrobię.

Teraz już wiecie. To nie jest łatwe życie. Codziennie rano budzę się z myślą o kolejnym "wypieku". I w sumie, czy jest coś bardziej pojebanego i obrzydliwego niż gość, który regularnie robi sobie naleśniki ze swojej spermy? Chyba nie. I to właśnie czyni mnie... wyjątkowym.
0.26560711860657