15
Miałem wtedy osiemnaście lat. Nastoletni łeb pełen planów, zerowe doświadczenie, ale wielkie ambicje. Poszedłem do pracy w popularnym supermarkecie — nie z pasji, nie z powołania, po prostu trzeba było dorobić do życia. Pierwszy dzień, sterta kartonów, zero wdrożenia, szef tylko rzucił: „Ogarniesz się z czasem.” No to próbowałem.

Poznałem tam wielu ludzi, ale nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Mirek. Miał 55 lat, siwe włosy, lekko zgarbiony, w okularach do połowy nosa. Pracował na kasie jakby całe życie było jednym, długim rachunkiem, który trzeba przeżyć do końca z resztą w garści. Ale nie był zgorzkniały. Wręcz przeciwnie — miał w sobie coś ciepłego, coś ojcowskiego.

Zaczęliśmy od zwykłych „siemasz”, potem razem chodziliśmy na fajkę na zapleczu, aż w końcu zaczęliśmy jeździć po zmianie na piwo. Gadał mi o życiu, o tym jak stracił syna w wypadku motocyklowym dziesięć lat temu, o tym jak przestał pić na dwa lata, a potem znów zaczął „żeby coś jeszcze poczuć”. A ja? Ja słuchałem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że słuchając go, uczę się więcej niż w całym liceum.

W pracy trzymaliśmy się razem. Mirek zawsze mnie krył, gdy spóźniałem się pięć minut, albo gdy zaspałem i dzwoniłem, żeby „naciągnął coś kierownikowi”. Z wzajemnością – jak miał gorszy dzień, robiłem mu herbatę z dwóch torebek i pozwalałem uciec wcześniej z kasy, mówiąc że go zastąpię. Taka nasza mała konspiracja.

Ale kierownik... skurwysyn.

Pewnego dnia przyszła jakaś baba z centrali, coś tam grzebała w raportach i Mirek przez przypadek źle nabił paragon. Pomyłka na 20,40 zł, pamiętam to do tej pory. Kierownik zrobił z tego aferę jakby Mirek zabił papieża. Wyrzucili go. Bez pożegnania. Bez słowa.

Nie zapomnę jego wzroku, kiedy pakował kubek z napisem „Kasjer Roku” do reklamówki z Biedronki. Tylko rzucił: „Trzymaj się, młody. Nie daj się im zjeść.” I zniknął.

Na początku próbowaliśmy się jeszcze widywać. Dzwonił, zapraszał na piwo. Czasami udało się wyskoczyć. Ale praca, życie, dziewczyna, studia… Czas przeciekał przez palce. Coraz rzadziej, coraz krócej. Aż kontakt zaczął się urywać. A ja głupio myślałem, że zawsze zdążę.

Dwa lata później dowiedziałem się przez wspólnego znajomego, że Mirek trafił do szpitala. Rak trzustki. Zdiagnozowany za późno. Złośliwy. Śmiertelny.

Nie miał nikogo. Byłem jedyną osobą z pracy, która przyszła na pogrzeb. Stałem tam w tej jebanej czarnej kurtce, obok jakiejś ciotki z daleka i księdza, który mówił rzeczy, które nijak pasowały do Mirka. Mówił o pokorze, o Bogu. A Mirek zawsze mówił: „Bóg? Jak był, to umarł razem z moim synem.”

Patrzyłem na tę trumnę jak w transie. W środku leżał jedyny facet, który traktował mnie jak własnego syna, chociaż nie musiał. Jedyny człowiek, który naprawdę wierzył, że mam w sobie coś więcej niż „młodego do wykładania towaru”. I teraz był martwy. Sam. Zapomniany przez świat, który nigdy nie dał mu nic oprócz paragonów i straconych lat

Mam teraz prawie 30 lat i do tej pory chodzę do Mirka na grób zaświecić mu świeczkę, wypić piwko i porozmawiać 
0.25751709938049