ROZDZIAŁ I: "JEDNO PIWO ZA DALEKO"
Zawsze sądziliśmy, że jesteśmy nieśmiertelni. No wiesz, ten głupi młodzieńczy syndrom — świeżo po studiach, rozpaleni wolnością, napompowani piwem i ambicją. Kiedy rzucasz książki w kąt i czujesz, że całe jebane życie jest Twoje. Tak właśnie myśleliśmy, kiedy jechaliśmy tym rozklekotanym kamperem Marka w głąb lasu Smolniaków. Bez zasięgu, bez cywilizacji. Żeby, jak to powiedział Paweł, "w końcu odetchnąć pełną klatą".
Było nas siedmioro: ja (Tomek), Marek (właściciel kampera i nasz samozwańczy DJ), jego dziewczyna Anka, Paweł (świeżo upieczony magister i powód naszej wyprawy), siostry Wera i Kinga (ciche, ale ostre laski), no i Radek – nasz klaun, śmieszek, zawsze z jointem w kieszeni. Tyle że dziś był dziwnie spokojny. Mówił, że śnił coś „przegiętego”. Że ognisko się zmieniało w twarz, a jezioro „patrzyło”.
Wyśmialiśmy go oczywiście. I może to był nasz pierwszy błąd.
Kamper i chłód jeziora
Dotarliśmy na miejsce tuż przed zmierzchem. Jezioro — bez nazwy, przynajmniej żadnej oficjalnej. W starym leśnym przewodniku Marek przeczytał tylko, że to „staw pożarowy” z czasów PRL-u. Paskudne, czarne lustro wody, obrośnięte szuwarami jak dzikie włosy. Idealne na horror. Idealne na piwo. Wrzuciliśmy więc skrzynkę Żubrów do wody, żeby się chłodziły. Radek zaśmiał się, że to „najlepszy lodówka 2.0”. Powiesiliśmy lampiony, rozpaliliśmy ognisko, a muzyka leciała z głośnika jakby miała nas ochronić.
Ciepłe światło, śmiechy, trzask gałęzi pod stopami... I nagle: „Idę po piwo!” — krzyknął Radek, znikając między drzewami prowadzącymi do jeziora.
To były jego ostatnie słowa, które słyszeliśmy.
Zawsze sądziliśmy, że jesteśmy nieśmiertelni. No wiesz, ten głupi młodzieńczy syndrom — świeżo po studiach, rozpaleni wolnością, napompowani piwem i ambicją. Kiedy rzucasz książki w kąt i czujesz, że całe jebane życie jest Twoje. Tak właśnie myśleliśmy, kiedy jechaliśmy tym rozklekotanym kamperem Marka w głąb lasu Smolniaków. Bez zasięgu, bez cywilizacji. Żeby, jak to powiedział Paweł, "w końcu odetchnąć pełną klatą".
Było nas siedmioro: ja (Tomek), Marek (właściciel kampera i nasz samozwańczy DJ), jego dziewczyna Anka, Paweł (świeżo upieczony magister i powód naszej wyprawy), siostry Wera i Kinga (ciche, ale ostre laski), no i Radek – nasz klaun, śmieszek, zawsze z jointem w kieszeni. Tyle że dziś był dziwnie spokojny. Mówił, że śnił coś „przegiętego”. Że ognisko się zmieniało w twarz, a jezioro „patrzyło”.
Wyśmialiśmy go oczywiście. I może to był nasz pierwszy błąd.
Kamper i chłód jeziora
Dotarliśmy na miejsce tuż przed zmierzchem. Jezioro — bez nazwy, przynajmniej żadnej oficjalnej. W starym leśnym przewodniku Marek przeczytał tylko, że to „staw pożarowy” z czasów PRL-u. Paskudne, czarne lustro wody, obrośnięte szuwarami jak dzikie włosy. Idealne na horror. Idealne na piwo. Wrzuciliśmy więc skrzynkę Żubrów do wody, żeby się chłodziły. Radek zaśmiał się, że to „najlepszy lodówka 2.0”. Powiesiliśmy lampiony, rozpaliliśmy ognisko, a muzyka leciała z głośnika jakby miała nas ochronić.
Ciepłe światło, śmiechy, trzask gałęzi pod stopami... I nagle: „Idę po piwo!” — krzyknął Radek, znikając między drzewami prowadzącymi do jeziora.
To były jego ostatnie słowa, które słyszeliśmy.
ROZDZIAŁ II: "NIE WRÓCIŁ"
Minęło pięć, potem dziesięć minut. Zaczęliśmy się śmiać, że pewnie po drodze jara albo się potknął. Ale piętnaście minut bez powrotu to już inna historia. Marek zaproponował, żeby iść po niego — z telefonem, oczywiście bez zasięgu, ale z latarką.
Poszliśmy razem: ja, Marek i Anka. Trzeszczące patyki pod nogami brzmiały nagle głośniej, jakby coś za nami szło. Las był chory. Mówię poważnie — powietrze było ciężkie, jakby ktoś wieszał mokre szmaty między drzewami. Gdy dotarliśmy do jeziora, piwa pływały na powierzchni.
Ale nie było Radka.
Ani śladów. Zero. Ani buta, ani śmiechu. Tylko lekko kołyszące się fale i jeden dziwny szczegół: wśród szuwarów dryfował jeden biały skarpeta. Jego skarpeta. Wszyscy wiedzieliśmy, że nosił tylko jedną markę: te białe z czerwonym paskiem. Zawsze.
Zaczęła się panika. Anka wrzeszczała, Marek klął. A ja zobaczyłem coś, czego nie powiedziałem im wtedy.
Z drugiej strony jeziora, tuż nad taflą wody... coś się poruszyło.
Minęło pięć, potem dziesięć minut. Zaczęliśmy się śmiać, że pewnie po drodze jara albo się potknął. Ale piętnaście minut bez powrotu to już inna historia. Marek zaproponował, żeby iść po niego — z telefonem, oczywiście bez zasięgu, ale z latarką.
Poszliśmy razem: ja, Marek i Anka. Trzeszczące patyki pod nogami brzmiały nagle głośniej, jakby coś za nami szło. Las był chory. Mówię poważnie — powietrze było ciężkie, jakby ktoś wieszał mokre szmaty między drzewami. Gdy dotarliśmy do jeziora, piwa pływały na powierzchni.
Ale nie było Radka.
Ani śladów. Zero. Ani buta, ani śmiechu. Tylko lekko kołyszące się fale i jeden dziwny szczegół: wśród szuwarów dryfował jeden biały skarpeta. Jego skarpeta. Wszyscy wiedzieliśmy, że nosił tylko jedną markę: te białe z czerwonym paskiem. Zawsze.
Zaczęła się panika. Anka wrzeszczała, Marek klął. A ja zobaczyłem coś, czego nie powiedziałem im wtedy.
Z drugiej strony jeziora, tuż nad taflą wody... coś się poruszyło.
ROZDZIAŁ III: "TO COŚ"
Wróciliśmy do ogniska. Dziewczyny pytały, czy to żart. Powiedzieliśmy, że może się zgubił. Marek poszedł po broń — miał w kamperze starą pałkę teleskopową i nóż myśliwski „dla klimatu”. Nikt się nie śmiał.
I wtedy zaczęło się dziać coś jeszcze gorszego.
Najpierw zapach — jakby ktoś zgnił żywcem. Coś pomiędzy zdechłym szczurem a chlorem. Potem dźwięk... taki bulgoczący śmiech, jakby ktoś próbował śmiać się przez rozdarte gardło. I... chrzęst. Nie gałęzi. Kości. Jakby coś miażdżyło je między zębami.
Zgasł jeden z lampionów.
A potem go zobaczyliśmy.
To coś... stało na czterech kończynach, ale wyraźnie mogło chodzić też na dwóch. Mierzyło może 2 metry, może więcej — jego ciało było dziwnie wydłużone, pokryte czymś, co przypominało wilgotne, łuskowate mięso, jakby ktoś posklejał ludzkie skóry i włożył w nie rozkładające się mięśnie. Twarz? Nie była twarzą. Trzy oczodoły, z czego tylko jedno „oko” zdawało się żywe, reszta była jak puste dziury. Zamiast nosa: długi, drgający jęzor, czarny jak smoła, który co jakiś czas wyciągał się jak robak, smakując powietrze. A z ust — jeśli to można tak nazwać — wystawały... nie, kurwa, one nie wystawały. One wibrowały. Zęby — zakrzywione, długie jak palce, poruszające się w rytmie jego oddechu. Wyglądał jak krzyżówka goblina, martwego płodu i czegoś, co zrodziło się w kiszkach piekła.
Wera zaczęła wymiotować. Kinga zamarła.
A ono się zbliżało.
Wróciliśmy do ogniska. Dziewczyny pytały, czy to żart. Powiedzieliśmy, że może się zgubił. Marek poszedł po broń — miał w kamperze starą pałkę teleskopową i nóż myśliwski „dla klimatu”. Nikt się nie śmiał.
I wtedy zaczęło się dziać coś jeszcze gorszego.
Najpierw zapach — jakby ktoś zgnił żywcem. Coś pomiędzy zdechłym szczurem a chlorem. Potem dźwięk... taki bulgoczący śmiech, jakby ktoś próbował śmiać się przez rozdarte gardło. I... chrzęst. Nie gałęzi. Kości. Jakby coś miażdżyło je między zębami.
Zgasł jeden z lampionów.
A potem go zobaczyliśmy.
To coś... stało na czterech kończynach, ale wyraźnie mogło chodzić też na dwóch. Mierzyło może 2 metry, może więcej — jego ciało było dziwnie wydłużone, pokryte czymś, co przypominało wilgotne, łuskowate mięso, jakby ktoś posklejał ludzkie skóry i włożył w nie rozkładające się mięśnie. Twarz? Nie była twarzą. Trzy oczodoły, z czego tylko jedno „oko” zdawało się żywe, reszta była jak puste dziury. Zamiast nosa: długi, drgający jęzor, czarny jak smoła, który co jakiś czas wyciągał się jak robak, smakując powietrze. A z ust — jeśli to można tak nazwać — wystawały... nie, kurwa, one nie wystawały. One wibrowały. Zęby — zakrzywione, długie jak palce, poruszające się w rytmie jego oddechu. Wyglądał jak krzyżówka goblina, martwego płodu i czegoś, co zrodziło się w kiszkach piekła.
Wera zaczęła wymiotować. Kinga zamarła.
A ono się zbliżało.
ROZDZIAŁ IV: "PIERWSZY KRZYK"
Pierwszy padł Marek. Rzucił się z nożem, krzycząc „Wypierdalaj!”, jakby to coś rozumiało. Widzieliśmy, jak doskakuje do niego z prędkością nie z tej ziemi — jedno pierdolone mrugnięcie oka — a potem...
...potem jego ciało zostało rozerwane.
Nie przecięte. Nie pogryzione. Rozsadziło go jak karton. Wybuch krwi, flaki, kości jak fajerwerki. Anka wrzeszczała. A my? Biegliśmy. Po prostu, kurwa, biegliśmy.
Pierwszy padł Marek. Rzucił się z nożem, krzycząc „Wypierdalaj!”, jakby to coś rozumiało. Widzieliśmy, jak doskakuje do niego z prędkością nie z tej ziemi — jedno pierdolone mrugnięcie oka — a potem...
...potem jego ciało zostało rozerwane.
Nie przecięte. Nie pogryzione. Rozsadziło go jak karton. Wybuch krwi, flaki, kości jak fajerwerki. Anka wrzeszczała. A my? Biegliśmy. Po prostu, kurwa, biegliśmy.
ROZDZIAŁ V: ROZGRYWKA
Biegliśmy na oślep. Anka, Kinga, Wera i ja. Drzewa zasłaniały niebo, latarki zostały przy ognisku. Tylko czarna ściana nocy i szaleńczy dźwięk naszego oddechu. Las jakby oddychał razem z nami – skrzypiał, jęczał, wił się wokół nóg. Co chwilę coś nas ocierało, liście, gałęzie – albo może coś więcej.
Dobiegliśmy do kampera.
Drzwi otwarte. Środek ciemny.
Anka trzęsła się jak osika. „Gdzie Paweł?” – jęknęła. Spojrzeliśmy po sobie. Ostatni raz widzieliśmy go jak siedział przy ognisku, wpatrzony w ciemność.
Zanim zamknąłem drzwi, usłyszeliśmy to znowu.
Ten śmiech.
Bulgotliwy, nieludzki. Tym razem bliżej.
A potem… głos. Głos Radka. Cichy, skrzeczący, jak przez telefon z zakłóceniami.
„Heeeeej… mam piwo… chooodźcieeee…”
Ale to nie był Radek. To było coś, co próbowało brzmieć jak on. Coś, co nauczyło się jego głosu.
Kinga zwymiotowała na podłogę kampera. Anka płakała. A ja tylko stałem, z nożem Marka w ręce i wiedziałem, że zaraz nie będzie już nikogo do obrony.
Biegliśmy na oślep. Anka, Kinga, Wera i ja. Drzewa zasłaniały niebo, latarki zostały przy ognisku. Tylko czarna ściana nocy i szaleńczy dźwięk naszego oddechu. Las jakby oddychał razem z nami – skrzypiał, jęczał, wił się wokół nóg. Co chwilę coś nas ocierało, liście, gałęzie – albo może coś więcej.
Dobiegliśmy do kampera.
Drzwi otwarte. Środek ciemny.
Anka trzęsła się jak osika. „Gdzie Paweł?” – jęknęła. Spojrzeliśmy po sobie. Ostatni raz widzieliśmy go jak siedział przy ognisku, wpatrzony w ciemność.
Zanim zamknąłem drzwi, usłyszeliśmy to znowu.
Ten śmiech.
Bulgotliwy, nieludzki. Tym razem bliżej.
A potem… głos. Głos Radka. Cichy, skrzeczący, jak przez telefon z zakłóceniami.
„Heeeeej… mam piwo… chooodźcieeee…”
Ale to nie był Radek. To było coś, co próbowało brzmieć jak on. Coś, co nauczyło się jego głosu.
Kinga zwymiotowała na podłogę kampera. Anka płakała. A ja tylko stałem, z nożem Marka w ręce i wiedziałem, że zaraz nie będzie już nikogo do obrony.
ROZDZIAŁ VI: JEDNA PO DRUGIEJ
Nie wiem, kiedy Anka wybiegła. Po prostu usłyszeliśmy trzask drzwi, jej krzyk i... ciszę.
Wybiegłem za nią z nożem. Krzyczałem jej imię.
Znalazłem ją może 20 metrów od kampera. Ale to już nie była Anka. Jej ciało… Jezus… było wbite na drzewo. Dosłownie. Jak szpikulec. Potwór przebił ją od odbytu do gardła – cała nadziana, z oczami wyłupionymi i ustami rozciągniętymi w nienaturalnym grymasie. Jakby się uśmiechała.
A pod nią... stało ono.
Patrzyło na mnie swoim jednym żywym okiem. Jakby mnie analizowało. A potem się uśmiechnęło. Tymi zębami… poruszającymi się jak żywe istoty.
Zacząłem uciekać, ale usłyszałem coś jeszcze bardziej popierdolonego. Głos Marka. Krzyczał moje imię. Błagał o pomoc. Z wewnątrz potwora. Jakby był w jego środku.
Nie wiem, kiedy Anka wybiegła. Po prostu usłyszeliśmy trzask drzwi, jej krzyk i... ciszę.
Wybiegłem za nią z nożem. Krzyczałem jej imię.
Znalazłem ją może 20 metrów od kampera. Ale to już nie była Anka. Jej ciało… Jezus… było wbite na drzewo. Dosłownie. Jak szpikulec. Potwór przebił ją od odbytu do gardła – cała nadziana, z oczami wyłupionymi i ustami rozciągniętymi w nienaturalnym grymasie. Jakby się uśmiechała.
A pod nią... stało ono.
Patrzyło na mnie swoim jednym żywym okiem. Jakby mnie analizowało. A potem się uśmiechnęło. Tymi zębami… poruszającymi się jak żywe istoty.
Zacząłem uciekać, ale usłyszałem coś jeszcze bardziej popierdolonego. Głos Marka. Krzyczał moje imię. Błagał o pomoc. Z wewnątrz potwora. Jakby był w jego środku.
ROZDZIAŁ VII: LAS, KTÓRY ZJADA LUDZI
Wróciłem do kampera. Wera i Kinga siedziały skulone. Zabraliśmy wszystko, co mogliśmy – siekierę, latarkę, zapasowe baterie, telefon (oczywiście bez zasięgu). Przez chwilę myśleliśmy, że może da się pojechać stąd, ale...
Kamper nie odpalał. Nie, nie akumulator. Nie paliwo. Nie zacięta stacyjka.
Silnik był rozszarpany.
Dosłownie. Kable zwisały jak jelita. Ktoś – lub coś – rozjebało go od środka.
Nie było wyjścia. Musieliśmy wrócić nad jezioro. Do ogniska. Tylko tam były nasze torby, jedzenie, może nóż Pawła. Wera powiedziała, że coś jej „mówi”, żeby nie iść, że las jej „szepcze”. Ale nie mieliśmy opcji.
Gdy doszliśmy do miejsca, gdzie wcześniej płonęło ognisko, zobaczyliśmy tylko… krąg. Krąg z ludzkich szczątków. Palce, wnętrzności, włosy. Wszystko ułożone perfekcyjnie. Symetrycznie. Rytualnie.
A na środku, z głową wbita w ziemię, klęczał Paweł. Bez skóry. Obdarty, żywcem. Jak eksponat.
Wróciłem do kampera. Wera i Kinga siedziały skulone. Zabraliśmy wszystko, co mogliśmy – siekierę, latarkę, zapasowe baterie, telefon (oczywiście bez zasięgu). Przez chwilę myśleliśmy, że może da się pojechać stąd, ale...
Kamper nie odpalał. Nie, nie akumulator. Nie paliwo. Nie zacięta stacyjka.
Silnik był rozszarpany.
Dosłownie. Kable zwisały jak jelita. Ktoś – lub coś – rozjebało go od środka.
Nie było wyjścia. Musieliśmy wrócić nad jezioro. Do ogniska. Tylko tam były nasze torby, jedzenie, może nóż Pawła. Wera powiedziała, że coś jej „mówi”, żeby nie iść, że las jej „szepcze”. Ale nie mieliśmy opcji.
Gdy doszliśmy do miejsca, gdzie wcześniej płonęło ognisko, zobaczyliśmy tylko… krąg. Krąg z ludzkich szczątków. Palce, wnętrzności, włosy. Wszystko ułożone perfekcyjnie. Symetrycznie. Rytualnie.
A na środku, z głową wbita w ziemię, klęczał Paweł. Bez skóry. Obdarty, żywcem. Jak eksponat.
ROZDZIAŁ VIII: KARMICIEL
Zanim zdążyliśmy zareagować, z ciemności wyłonił się cień.
Nie, nie cień. On. Karmiciel – tak sam się nazwał. Bo przemówił do nas, do naszych głów. Bez słów. Myślami. Obrazami.
Pokazał nam, jak przyszedł z ziemi. Z głębokości, gdzie nie ma światła. Jak żywi się strachem, kością i pamięcią. Jak je to, co zostaje po duszy.
I że dziś świętuje.
Bo „zebraliśmy się przy ogniu” dla ofiary. Dla jego ofiary.
Kinga rzuciła się z siekierą.
Nie zdążyła zrobić nawet kroku. Coś wyskoczyło z jego pleców – robal? macek? – i owinęło się wokół jej szyi. Pociągnęło ją w powietrze. Zniknęła w koronach drzew z przerażającym trzaskiem łamanych kości.
Wera wrzeszczała. Ja tylko patrzyłem. Nie mogłem się ruszyć. Paraliż – jak we śnie.
Zanim zdążyliśmy zareagować, z ciemności wyłonił się cień.
Nie, nie cień. On. Karmiciel – tak sam się nazwał. Bo przemówił do nas, do naszych głów. Bez słów. Myślami. Obrazami.
Pokazał nam, jak przyszedł z ziemi. Z głębokości, gdzie nie ma światła. Jak żywi się strachem, kością i pamięcią. Jak je to, co zostaje po duszy.
I że dziś świętuje.
Bo „zebraliśmy się przy ogniu” dla ofiary. Dla jego ofiary.
Kinga rzuciła się z siekierą.
Nie zdążyła zrobić nawet kroku. Coś wyskoczyło z jego pleców – robal? macek? – i owinęło się wokół jej szyi. Pociągnęło ją w powietrze. Zniknęła w koronach drzew z przerażającym trzaskiem łamanych kości.
Wera wrzeszczała. Ja tylko patrzyłem. Nie mogłem się ruszyć. Paraliż – jak we śnie.
ROZDZIAŁ IX: OSTATNI
Teraz siedzę sam.
Wera nie żyje. Nie wiem dokładnie, co jej zrobił. Ale przez chwilę usłyszałem jej głos. Z wnętrza mojego własnego gardła. Jakby była we mnie. Potem krew zaczęła płynąć mi z uszu.
Uciekłem. Nie wiem jak. Może on pozwolił mi uciec.
Piszę to teraz z ukrycia – w jakiejś leśnej szopie, starej ambonie czy może gniazdku myśliwego. Bateria w laptopie prawie padła. Ale zasięg wrócił. Na moment. Wystarczająco, żeby wrzucić to do sieci.
Jeśli to czytasz…
Nie przyjeżdżaj tu.
Nie szukaj nas.
Nie próbuj zrozumieć.
To coś… nie jest z tego świata.
To nie demon, nie potwór, nie psychopata.
To głód. Głód, który raz na jakiś czas trzeba nakarmić.
I dzisiaj byliśmy świętem.
Ja jestem ostatni.
I właśnie słyszę, jak otwierają się drzwi ambony.
Coś się czołga.
Widziałem znowu ten jęzor.
Znowu ten śmiech.
Już nie czuję strachu.
Tylko głód.
Kończę pisać. Już jestem gotowy.
Dobranoc.
Teraz siedzę sam.
Wera nie żyje. Nie wiem dokładnie, co jej zrobił. Ale przez chwilę usłyszałem jej głos. Z wnętrza mojego własnego gardła. Jakby była we mnie. Potem krew zaczęła płynąć mi z uszu.
Uciekłem. Nie wiem jak. Może on pozwolił mi uciec.
Piszę to teraz z ukrycia – w jakiejś leśnej szopie, starej ambonie czy może gniazdku myśliwego. Bateria w laptopie prawie padła. Ale zasięg wrócił. Na moment. Wystarczająco, żeby wrzucić to do sieci.
Jeśli to czytasz…
Nie przyjeżdżaj tu.
Nie szukaj nas.
Nie próbuj zrozumieć.
To coś… nie jest z tego świata.
To nie demon, nie potwór, nie psychopata.
To głód. Głód, który raz na jakiś czas trzeba nakarmić.
I dzisiaj byliśmy świętem.
Ja jestem ostatni.
I właśnie słyszę, jak otwierają się drzwi ambony.
Coś się czołga.
Widziałem znowu ten jęzor.
Znowu ten śmiech.
Już nie czuję strachu.
Tylko głód.
Kończę pisać. Już jestem gotowy.
Dobranoc.
Trzecia część opowiadań, widzę że wam się podobają więc od dzisiaj codziennie o 20:00 będzie dodawana pasta lub creepypasta których napisałem sporo, mam nadzieję że będzie się wam przyjemnie czytać :)