1. PRZEKAZANIE
Komendant nie spojrzał mi w oczy, kiedy wręczał mapę i klucze.
– Trzy osoby zrezygnowały. Dwie z dnia na dzień. Jedna… zaginęła.
– Jak zaginęła? – zapytałem.
– Poszedł w las. Nigdy nie wrócił. Został tylko dziennik. Nie pytaj.
Zawsze lubiłem samotność, więc nie odstraszyło mnie to. Wieża 47 znajdowała się głęboko w Górach Sowich, 3 godziny marszu bez ścieżki. Stara, z drewna, na granicy puszczy i bagna. Bez prądu. Bez zasięgu.
Idealna, żeby się wyłączyć.
Albo zniknąć.
Komendant nie spojrzał mi w oczy, kiedy wręczał mapę i klucze.
– Trzy osoby zrezygnowały. Dwie z dnia na dzień. Jedna… zaginęła.
– Jak zaginęła? – zapytałem.
– Poszedł w las. Nigdy nie wrócił. Został tylko dziennik. Nie pytaj.
Zawsze lubiłem samotność, więc nie odstraszyło mnie to. Wieża 47 znajdowała się głęboko w Górach Sowich, 3 godziny marszu bez ścieżki. Stara, z drewna, na granicy puszczy i bagna. Bez prądu. Bez zasięgu.
Idealna, żeby się wyłączyć.
Albo zniknąć.
2. PRZYJAZD
Gdy dotarłem, wieża wyglądała, jakby w niej mieszkało coś większego niż człowiek. Drewno nad drzwiami było rozerwane, jakby ktoś je chwytał pazurami. Wejście zabezpieczono deskami, które wyglądały na... zbyt nowe. Jakby ktoś próbował ją zatrzymać w środku. Nie ją zabezpieczyć z zewnątrz.
W środku unosił się zapach wilgoci, rdzy i czegoś, co przypominało psujące się mięso.
Znalazłem notes po poprzedniku. Ostatni wpis był niedokończony:
„Ona nie ma oczu, ale patrzy. Widzi mnie w nocy, jakby… była wszędzie. Gdy mrugasz, podchodzi bliżej.”
Przewróciłem stronę.
Była umazana brązową plamą.
To nie był atrament.
Gdy dotarłem, wieża wyglądała, jakby w niej mieszkało coś większego niż człowiek. Drewno nad drzwiami było rozerwane, jakby ktoś je chwytał pazurami. Wejście zabezpieczono deskami, które wyglądały na... zbyt nowe. Jakby ktoś próbował ją zatrzymać w środku. Nie ją zabezpieczyć z zewnątrz.
W środku unosił się zapach wilgoci, rdzy i czegoś, co przypominało psujące się mięso.
Znalazłem notes po poprzedniku. Ostatni wpis był niedokończony:
„Ona nie ma oczu, ale patrzy. Widzi mnie w nocy, jakby… była wszędzie. Gdy mrugasz, podchodzi bliżej.”
Przewróciłem stronę.
Była umazana brązową plamą.
To nie był atrament.
3. PIERWSZA NOC
Obudził mnie szelest. Nie zwierzę. Zbyt rytmiczny. Jak ktoś, kto idzie boso po mokrej glebie. Wyszedłem na balkon wieży z latarką.
Las był martwy. Żadnych cykad. Żadnego wiatru. Tylko ten dźwięk – mlaskanie i miękkie kroki.
Oświetliłem ziemię.
Nikogo.
A jednak…
Pod samą wieżą, w trawie, zobaczyłem coś jakby ślady kończyn. Długich. Porośniętych czymś lepkim. Trzy palce. Ostre, wydłużone. Podeszły pod samą drabinę… i znikły.
A potem usłyszałem skrobanie pod spodem wieży.
Jakby coś wdrapywało się po podporach.
Zamknąłem właz na kłódkę. Ale wtedy… usłyszałem jęk.
Nie człowieka. Nie zwierzęcia.
Czegoś, co udaje, że wie, jak brzmi człowiek.
Obudził mnie szelest. Nie zwierzę. Zbyt rytmiczny. Jak ktoś, kto idzie boso po mokrej glebie. Wyszedłem na balkon wieży z latarką.
Las był martwy. Żadnych cykad. Żadnego wiatru. Tylko ten dźwięk – mlaskanie i miękkie kroki.
Oświetliłem ziemię.
Nikogo.
A jednak…
Pod samą wieżą, w trawie, zobaczyłem coś jakby ślady kończyn. Długich. Porośniętych czymś lepkim. Trzy palce. Ostre, wydłużone. Podeszły pod samą drabinę… i znikły.
A potem usłyszałem skrobanie pod spodem wieży.
Jakby coś wdrapywało się po podporach.
Zamknąłem właz na kłódkę. Ale wtedy… usłyszałem jęk.
Nie człowieka. Nie zwierzęcia.
Czegoś, co udaje, że wie, jak brzmi człowiek.
4. BŁOTNICA
Trzeciej nocy ją zobaczyłem.
Stała na bagnie. Przez lornetkę. Bez ruchu. 30 metrów ode mnie.
Wysoka na ponad 2 metry, wychudzona, cała porośnięta czymś w rodzaju szarobrązowej, wilgotnej tkanki. Jakby była zrobiona z mięsa i torfu. Nie miała oczu – tylko trzy głębokie jamy w miejscu twarzy.
W jednej… coś się ruszało.
Kończyny były za długie. Poruszała się tak, jakby nie znała grawitacji – lekko, bez wysiłku, skokowo, jak owad.
Gdy ją zauważyłem, otworzyła coś, co wyglądało jak żebra, ale były tam... języki. Dziesiątki długich, mięsistych języków, które poruszały się niezależnie.
Potem zniknęła. Po prostu przestała być.
Zamknąłem się w środku. Ale nie na długo.
Trzeciej nocy ją zobaczyłem.
Stała na bagnie. Przez lornetkę. Bez ruchu. 30 metrów ode mnie.
Wysoka na ponad 2 metry, wychudzona, cała porośnięta czymś w rodzaju szarobrązowej, wilgotnej tkanki. Jakby była zrobiona z mięsa i torfu. Nie miała oczu – tylko trzy głębokie jamy w miejscu twarzy.
W jednej… coś się ruszało.
Kończyny były za długie. Poruszała się tak, jakby nie znała grawitacji – lekko, bez wysiłku, skokowo, jak owad.
Gdy ją zauważyłem, otworzyła coś, co wyglądało jak żebra, ale były tam... języki. Dziesiątki długich, mięsistych języków, które poruszały się niezależnie.
Potem zniknęła. Po prostu przestała być.
Zamknąłem się w środku. Ale nie na długo.
5. ZAGINIĘCIE
Czwartego dnia poszedłem na patrol i znalazłem stary bunkier. Po drodze – resztki czegoś… nieludzkiego.
Nie – nie zwierzęcia.
Człowieka, ale... pozbawionego twarzy.
Dosłownie. Twarz była jak wydarta. Została tylko skóra czaszki i włosy. Na drzewie obok – przybite zęby, pojedynczo, jakby z jakiegoś rytuału.
W bunkrze znalazłem resztki śpiwora i radiotelefon.
Zamrożony w pozycji nadawania.
Sygnał… trwał przez 2 minuty. Ale nie było głosu.
Tylko mamrotanie.
I nagle... śmiech dziecka. Nienaturalny. Pusty. Puszczony jak z magnetofonu.
Uciekłem.
Czwartego dnia poszedłem na patrol i znalazłem stary bunkier. Po drodze – resztki czegoś… nieludzkiego.
Nie – nie zwierzęcia.
Człowieka, ale... pozbawionego twarzy.
Dosłownie. Twarz była jak wydarta. Została tylko skóra czaszki i włosy. Na drzewie obok – przybite zęby, pojedynczo, jakby z jakiegoś rytuału.
W bunkrze znalazłem resztki śpiwora i radiotelefon.
Zamrożony w pozycji nadawania.
Sygnał… trwał przez 2 minuty. Ale nie było głosu.
Tylko mamrotanie.
I nagle... śmiech dziecka. Nienaturalny. Pusty. Puszczony jak z magnetofonu.
Uciekłem.
6. WIECZÓR RZEZI
Ostatniej nocy wszystko się zaczęło.
Obudził mnie dźwięk deszczu. Ale to nie był deszcz. To było coś cieknącego z sufitu.
Zajrzałem – krople.
Czarne. Gęste. Śmierdzące jak ropa i mięso.
Na górze… ciało.
Zawieszone na krokwi.
To był strażnik przede mną.
Poznałem po naszywce. Ale był od środka wydrążony, jakby coś wlazło do środka i wyszło przez plecy.
Zanim zdążyłem zareagować, usłyszałem głos.
Z dołu.
Mój głos.
„Adam… zostaw mi światło. Nie chcę już być ślepa.”
Zerwałem się do drzwi.
Były otwarte.
A przecież zamknąłem je na dwa zamki.
Coś wlazło do środka, zanim się obudziłem.
Ostatniej nocy wszystko się zaczęło.
Obudził mnie dźwięk deszczu. Ale to nie był deszcz. To było coś cieknącego z sufitu.
Zajrzałem – krople.
Czarne. Gęste. Śmierdzące jak ropa i mięso.
Na górze… ciało.
Zawieszone na krokwi.
To był strażnik przede mną.
Poznałem po naszywce. Ale był od środka wydrążony, jakby coś wlazło do środka i wyszło przez plecy.
Zanim zdążyłem zareagować, usłyszałem głos.
Z dołu.
Mój głos.
„Adam… zostaw mi światło. Nie chcę już być ślepa.”
Zerwałem się do drzwi.
Były otwarte.
A przecież zamknąłem je na dwa zamki.
Coś wlazło do środka, zanim się obudziłem.
7. MASAKRA
Kiedy próbowałem zejść po drabinie, poczułem, jak coś liźnie moją stopę.
Prawdziwy dotyk.
Ostry. Mokry.
I wtedy spojrzałem w dół.
Ona patrzyła prosto na mnie. Bez oczu.
Z gęby zwisały dziesiątki języków. Wszystkie ruszały się jednocześnie.
Z ust wyskoczyła długa kończyna, jak macka – chwyciła mnie za szyję i próbowała wciągnąć w dół.
Wrzask był automatyczny. Zwymiotowałem z szoku, dusząc się jednocześnie.
Zamachnąłem się nożem i trafiłem – nie wiem gdzie. Coś trzasnęło, coś prysnęło.
Ona zaczęła ryczeć.
Nie jak człowiek. Jak cały las.
Jak setki gardeł, skamlących, warczących i śmiejących się naraz.
Uciekłem do góry. Zaryglowałem się.
Ale wtedy… zaczęła wspinać się po ścianach.
Bez kończyn. Jak pijawka. Przyssała się do zewnętrznych ścian, a jej kończyny zaczęły wpychać się przez okna.
Kiedy próbowałem zejść po drabinie, poczułem, jak coś liźnie moją stopę.
Prawdziwy dotyk.
Ostry. Mokry.
I wtedy spojrzałem w dół.
Ona patrzyła prosto na mnie. Bez oczu.
Z gęby zwisały dziesiątki języków. Wszystkie ruszały się jednocześnie.
Z ust wyskoczyła długa kończyna, jak macka – chwyciła mnie za szyję i próbowała wciągnąć w dół.
Wrzask był automatyczny. Zwymiotowałem z szoku, dusząc się jednocześnie.
Zamachnąłem się nożem i trafiłem – nie wiem gdzie. Coś trzasnęło, coś prysnęło.
Ona zaczęła ryczeć.
Nie jak człowiek. Jak cały las.
Jak setki gardeł, skamlących, warczących i śmiejących się naraz.
Uciekłem do góry. Zaryglowałem się.
Ale wtedy… zaczęła wspinać się po ścianach.
Bez kończyn. Jak pijawka. Przyssała się do zewnętrznych ścian, a jej kończyny zaczęły wpychać się przez okna.
8. KONIEC
Nie pamiętam, jak uciekłem.
Obudziłem się na posterunku dwa dni później.
Cały pokryty błotem, krwią – nie swoją.
W rękach ściskałem resztki dziennika. I coś jeszcze.
Ludzki język.
Owinięty wokół mojego nadgarstka, jakby coś próbowało mnie… oznaczyć.
Wieżę 47 spalili. Oficjalnie — „zagrożenie strukturalne”.
Nieoficjalnie – nikt nie chce rozmawiać. Nawet komendant.
Spalił dokumenty. Skasował wpisy.
Ale ja pamiętam.
I wiem, że ona tam nadal jest.
Nie pamiętam, jak uciekłem.
Obudziłem się na posterunku dwa dni później.
Cały pokryty błotem, krwią – nie swoją.
W rękach ściskałem resztki dziennika. I coś jeszcze.
Ludzki język.
Owinięty wokół mojego nadgarstka, jakby coś próbowało mnie… oznaczyć.
Wieżę 47 spalili. Oficjalnie — „zagrożenie strukturalne”.
Nieoficjalnie – nikt nie chce rozmawiać. Nawet komendant.
Spalił dokumenty. Skasował wpisy.
Ale ja pamiętam.
I wiem, że ona tam nadal jest.
EPILOG
Nie śpię już.
Nie mogę.
Zamykam oczy i słyszę to skrobanie. Ten mlask.
Boję się iść pod prysznic. Boję się patrzeć w lustro.
Bo czasem, kiedy światło przygasa…
W lustrze widzę twarz bez oczu, uśmiechniętą, wilgotną, porośniętą błotem.
I słyszę jej głos
Nie śpię już.
Nie mogę.
Zamykam oczy i słyszę to skrobanie. Ten mlask.
Boję się iść pod prysznic. Boję się patrzeć w lustro.
Bo czasem, kiedy światło przygasa…
W lustrze widzę twarz bez oczu, uśmiechniętą, wilgotną, porośniętą błotem.
I słyszę jej głos