8
Poznałem ją przypadkiem.
Nie szukałem miłości. Szukałem spokoju.
A ona… miała oczy, które potrafiły uspokoić burzę.
Nie mówiła dużo. Nie musiała.
Kiedy patrzyła, czułem się, jakbym pierwszy raz w życiu był naprawdę widzialny.

Była ode mnie młodsza.
Zawsze trochę chaotyczna, gubiła klucze, przypalała naleśniki, w tramwaju zasypiała z książką w ręku.
Ale miała serce, którego nie mieściło jej ciało.
Wszystkim chciała pomóc.
Wszystkich chciała naprawić.
A sama… nigdy nie mówiła, gdy bolało.

Zawsze, gdy wychodziłem — mówiła tylko:
„Dojedź ostrożnie.”
Zwykłe słowa.
A potem, któregoś dnia, nie zdążyłem ich usłyszeć.


---

To był deszczowy piątek.
Pokłóciliśmy się o jakąś pierdołę — chyba o to, że znowu nie odłożyłem kubka do zlewu.
Wyszedłem wkurzony.
Nie spojrzałem. Nie pocałowałem.
Nie usłyszałem tego cholernego „dojedź ostrożnie”.

Dwie godziny później zadzwonił jej brat.
Wypadek.
Pieszy.
Kierowca uciekł z miejsca.

Ona… nie wróciła.


---

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zostają małe rzeczy.
Kubek z herbatą.
Jej zapach na swetrze.
Zapasowa szczoteczka do zębów w mojej łazience.

Nie płakałem pierwszego dnia.
Płakałem tydzień później, gdy zobaczyłem, że zostawiła mi wiadomość głosową, której nie odsłuchałem.

> „Wiem, że się wkurzyłeś. Ale pamiętaj… dojedź ostrożnie, dobra?”



Odsłuchuję ją codziennie.
Bo w tych trzech słowach zawarła wszystko, czego już nigdy nie powie.


---

Jeśli kogoś kochasz —
Nie kończ rozmowy z irytacją.
Nie wychodź bez słowa.
Nie zostawiaj „jutra” na później.

Bo czasem „jutro” nie przychodzi.
A w uszach zostaje tylko echo czegoś, co kiedyś brzmiało jak oczywistość:

„Dojedź ostrożnie.”
0.29928994178772