Z Mateuszem znaliśmy się od podstawówki, ale dopiero w liceum odkryliśmy wspólną pasję: sport i zioło. Ale nie tak, jak to robią typowi goście z osiedla, że palą byle gdzie i byle jak. Dla nas to był rytuał.
Najpierw wysiłek. Pot potem zioło.
Nie odwrotnie.
Nie z nudów.
Zasłużony lot. Tylko wtedy.
Na początku były krótkie trasy. Park, potem las, potem wspinaczki. Raz nawet przebiegliśmy półmaraton tylko po to, żeby usiąść na jakimś dachu i zapalić nad śpiącym miastem.
To było nasze. Tylko nasze.
Kiedy Mateusz rzucił pomysł: „Ty, a może by tak... Kilimandżaro?”, zaśmiałem się.
A potem zamilkłem, bo znałem go na tyle dobrze, że wiedziałem: on nie żartuje.
Zbierało się miesiącami. Sprzęt, fundusze, pozwolenia. Trenowaliśmy jak popierdoleni – poranne biegi z plecakiem, dieta, odwyk od zioła, bo uznaliśmy, że na taki szczyt trzeba się najpierw „wyczyścić”, żeby ten jeden buch smakował jak transcendencja.
Sam lot do Tanzanii to był kosmos – opóźnienia, krzyczące dzieci, lokalna herbata, która smakowała jak ciepła woda z trawą. Przewodnik, który mówił więcej spojrzeniem niż słowami, i góra, która patrzyła na nas jak matka sprawdzająca, czy dzieciaki mają papiery na dorosłość.
Pierwsze dni były piękne.
Potem przyszło zmęczenie.
Ból głowy.
Brak tlenu.
Zimne noce i gorące dni.
Mateusz wymiotował, ja miałem halucynacje z odwodnienia.
Ale szliśmy. Milcząc, sapiąc, z przymarzniętym potem na karku.
Z plecakami, które ważyły więcej niż nasze wątpliwości.
I w końcu, po 6 dniach, stanęliśmy na szczycie.
Nie wiem, czy to był brak tlenu czy emocje, ale ryknąłem jak dzieciak. A Mateusz... po prostu usiadł i wyjął tego jednego, jedynego, specjalnego jointa. Zrolowany tydzień wcześniej. Przechowany jak relikwia. Z własnej, organicznej uprawy, którą hodował jak japońskiego bonsai.
Usiedliśmy razem.
Zimno jak w dupie pingwina, ale pięknie.
Jakbyś patrzył na świat z perspektywy Boga, który na chwilę odłożył plan zagłady i dał ci pozwolenie na oddech.
Mateusz wyjął bletkę. Joint gotowy.
Wyjął też filtr. Podpisał go wcześniej: „KiliTrip 2025”.
Podał mi go. Trzymałem w rękach, jakby to był święty Graal.
Włożyłem do ust.
I wtedy się stało.
Mateusz spojrzał na mnie i zapytał:
— Masz zapalniczkę?
Cisza.
Nie miałem.
Szczyt Kilimandżaro. 5895 metrów nad poziomem morza.
Najpierw wysiłek. Pot potem zioło.
Nie odwrotnie.
Nie z nudów.
Zasłużony lot. Tylko wtedy.
Na początku były krótkie trasy. Park, potem las, potem wspinaczki. Raz nawet przebiegliśmy półmaraton tylko po to, żeby usiąść na jakimś dachu i zapalić nad śpiącym miastem.
To było nasze. Tylko nasze.
Kiedy Mateusz rzucił pomysł: „Ty, a może by tak... Kilimandżaro?”, zaśmiałem się.
A potem zamilkłem, bo znałem go na tyle dobrze, że wiedziałem: on nie żartuje.
Zbierało się miesiącami. Sprzęt, fundusze, pozwolenia. Trenowaliśmy jak popierdoleni – poranne biegi z plecakiem, dieta, odwyk od zioła, bo uznaliśmy, że na taki szczyt trzeba się najpierw „wyczyścić”, żeby ten jeden buch smakował jak transcendencja.
Sam lot do Tanzanii to był kosmos – opóźnienia, krzyczące dzieci, lokalna herbata, która smakowała jak ciepła woda z trawą. Przewodnik, który mówił więcej spojrzeniem niż słowami, i góra, która patrzyła na nas jak matka sprawdzająca, czy dzieciaki mają papiery na dorosłość.
Pierwsze dni były piękne.
Potem przyszło zmęczenie.
Ból głowy.
Brak tlenu.
Zimne noce i gorące dni.
Mateusz wymiotował, ja miałem halucynacje z odwodnienia.
Ale szliśmy. Milcząc, sapiąc, z przymarzniętym potem na karku.
Z plecakami, które ważyły więcej niż nasze wątpliwości.
I w końcu, po 6 dniach, stanęliśmy na szczycie.
Nie wiem, czy to był brak tlenu czy emocje, ale ryknąłem jak dzieciak. A Mateusz... po prostu usiadł i wyjął tego jednego, jedynego, specjalnego jointa. Zrolowany tydzień wcześniej. Przechowany jak relikwia. Z własnej, organicznej uprawy, którą hodował jak japońskiego bonsai.
Usiedliśmy razem.
Zimno jak w dupie pingwina, ale pięknie.
Jakbyś patrzył na świat z perspektywy Boga, który na chwilę odłożył plan zagłady i dał ci pozwolenie na oddech.
Mateusz wyjął bletkę. Joint gotowy.
Wyjął też filtr. Podpisał go wcześniej: „KiliTrip 2025”.
Podał mi go. Trzymałem w rękach, jakby to był święty Graal.
Włożyłem do ust.
I wtedy się stało.
Mateusz spojrzał na mnie i zapytał:
— Masz zapalniczkę?
Cisza.
Nie miałem.
Szczyt Kilimandżaro. 5895 metrów nad poziomem morza.