34
Mój ojciec był z tych starych typów, co nie wierzą w depresję, a jak coś boli, to „przejdzie samo albo nie przejdzie wcale”. Nie chodził do lekarza, nie lubił mówić o emocjach. Facet z betonu. Typ, który zamiast powiedzieć „kocham cię”, potrafił najwyżej rzucić „masz na frytki” i pójść do garażu.

Od dziecka miałem z nim słaby kontakt. Jak coś przeskrobałem, to nie było rozmowy, tylko zimne spojrzenie i „zrób coś ze sobą, chłopie”. Miałem wrażenie, że przez całe życie próbuję zasłużyć na jakiś uśmiech, jakiś gest. Ale nic. Twardy jak skała.

Zmarł nagle. Zawał. W nocy. Sam. Mama znalazła go rano w kuchni. Leżał przy stole, obok zimnej herbaty i jednej kromki chleba z ogórkiem.

Sprzątając jego rzeczy, trafiłem na jego stary telefon. Stary klawiszowiec. Porysowany ekran, bateria trzymała się na taśmie izolacyjnej. Włączyłem go z ciekawości, myślałem, że zobaczę może jakieś zdjęcia, może jakąś wiadomość... Cokolwiek.

W skrzynce nadawczej była tylko jedna wiadomość. Niewysłana.

Napisana o 1:26 w nocy.

Do mnie.

Brzmiała:

„Jest ketchup w lodówce. Żebyś znowu nie żarł na sucho jak ostatnio, idioto.”

Usiadłem.

Zacząłem płakać i śmiać się jednocześnie.

Bo chyba pierwszy raz w życiu powiedział, że mnie kocha.
0.2523729801178