Dzień 3
Godzina: szacunkowo rano
Miejsce: droga poza osiedlem, kierunek – wzgórza
Nie wiem, ile spałem. Obudził mnie chłód. Zimno zupełnie inne niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie jak chłodny poranek — to było ciężkie zimno, które wchodzi pod paznokcie, jakby powietrze straciło ciepło świata.
Niebo nadal czarne. Żadnych odcieni, żadnych przejaśnień. Tylko ta martwa zasłona nad ziemią.
Zjadłem konserwę z kukurydzą na zimno i wypiłem kilka łyków wody. Zapakowałem do plecaka:
– latarkę ręczną
– baterie
– dwie konserwy
– mały scyzoryk
– i stary kij bejsbolowy z szafy, jeszcze z liceum
Wyruszyłem.
Ulice są nienaturalnie puste. To nie tylko brak ludzi. To coś więcej. Brak zwierząt, ptaków, dźwięków. Ani jednego szczekania. Żadnego trzepotu skrzydeł. Jakby cała biosfera zapadła się w sobie.
Przechodziłem obok szkoły. Drzwi były wyważone. W środku — przewrócone ławki, walające się zeszyty, jedna torebka dziecięca porzucona przy wejściu. Wciąż leżała w niej kanapka. Nie spleśniała.
Wchodząc na plac zabaw obok, dostrzegłem coś, co nie pasowało — metalowe elementy zardzewiałe w miejscach, gdzie jeszcze parę dni temu były błyszczące. Czas... albo coś go zaburzyło.
Szło się coraz trudniej. Im dalej od centrum, tym bardziej czułem… niepokój. Nie z powodu otoczenia, a jakby coś wisiało w powietrzu. Ciężar, który przygniata kark. Jakby świat przestał oddychać, ale ciało jeszcze nie nadążyło umrzeć.
W końcu dotarłem w okolice wzgórz. Światło — o ile nie było tylko złudzeniem — migotało z dużą regularnością, jak sygnał. Nie widziałem jeszcze źródła, ale jestem coraz bliżej. Może to ktoś nadaje?
Albo coś.
Po drodze natknąłem się na pierwszy znak życia.
Nie człowieka.
Zwierzęcia. A raczej tego, co z niego zostało.
To był jeleń. Martwy, ale nie przez atak drapieżnika. Bez krwi, bez ran. Leżał wygięty w nienaturalnej pozycji, jakby w trakcie skurczu. Gałki oczne miał białe, wysuszone. A wokół pyska coś… przypominało ślady przypalenia. Nie ognia — bardziej promieniowania?
Nie wiem, ale nie dotykałem.
Kiedy dotarłem na zbocze, usłyszałem coś. Dźwięk radia.
Ledwo słyszalny, modulowany, przerywany. Ktoś mówił… bardzo powoli, jakby głos był przeciągany przez taśmę.
„...nie opuszczajcie... zabarykadować... kontakt zerwany...”
„...projekt Czerni... powrót niemożliwy... słyszysz nas...?”
Wzmacniacz był zawieszony na wysokim maszcie, obok porzuconej stacji meteorologicznej.
Na jego podstawie ktoś zostawił karteczkę. Mokra, zgięta, ale czytelna.
Napisał ktoś ołówkiem:
„TO, CO WIDZIMY, TO NIE NIEBO. NIE PRÓBUJ WSPINAĆ SIĘ WYŻEJ.”
Nie wiem, co to znaczy. Ale poczułem, jak serce zaczyna walić.
Wracam teraz powoli do mieszkania. Nie mogę zapomnieć tego jelenia. Tego radia. I tej notatki.
Wszystko wskazuje na to, że ktoś jeszcze żyje. Ktoś nadaje. Może nie jestem sam.
Ale to coś, co zabrało światło, jest z nami.
I nie chce, żebyśmy spojrzeli ponad pewien punkt.
Daniel
Godzina: szacunkowo rano
Miejsce: droga poza osiedlem, kierunek – wzgórza
Nie wiem, ile spałem. Obudził mnie chłód. Zimno zupełnie inne niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie jak chłodny poranek — to było ciężkie zimno, które wchodzi pod paznokcie, jakby powietrze straciło ciepło świata.
Niebo nadal czarne. Żadnych odcieni, żadnych przejaśnień. Tylko ta martwa zasłona nad ziemią.
Zjadłem konserwę z kukurydzą na zimno i wypiłem kilka łyków wody. Zapakowałem do plecaka:
– latarkę ręczną
– baterie
– dwie konserwy
– mały scyzoryk
– i stary kij bejsbolowy z szafy, jeszcze z liceum
Wyruszyłem.
Ulice są nienaturalnie puste. To nie tylko brak ludzi. To coś więcej. Brak zwierząt, ptaków, dźwięków. Ani jednego szczekania. Żadnego trzepotu skrzydeł. Jakby cała biosfera zapadła się w sobie.
Przechodziłem obok szkoły. Drzwi były wyważone. W środku — przewrócone ławki, walające się zeszyty, jedna torebka dziecięca porzucona przy wejściu. Wciąż leżała w niej kanapka. Nie spleśniała.
Wchodząc na plac zabaw obok, dostrzegłem coś, co nie pasowało — metalowe elementy zardzewiałe w miejscach, gdzie jeszcze parę dni temu były błyszczące. Czas... albo coś go zaburzyło.
Szło się coraz trudniej. Im dalej od centrum, tym bardziej czułem… niepokój. Nie z powodu otoczenia, a jakby coś wisiało w powietrzu. Ciężar, który przygniata kark. Jakby świat przestał oddychać, ale ciało jeszcze nie nadążyło umrzeć.
W końcu dotarłem w okolice wzgórz. Światło — o ile nie było tylko złudzeniem — migotało z dużą regularnością, jak sygnał. Nie widziałem jeszcze źródła, ale jestem coraz bliżej. Może to ktoś nadaje?
Albo coś.
Po drodze natknąłem się na pierwszy znak życia.
Nie człowieka.
Zwierzęcia. A raczej tego, co z niego zostało.
To był jeleń. Martwy, ale nie przez atak drapieżnika. Bez krwi, bez ran. Leżał wygięty w nienaturalnej pozycji, jakby w trakcie skurczu. Gałki oczne miał białe, wysuszone. A wokół pyska coś… przypominało ślady przypalenia. Nie ognia — bardziej promieniowania?
Nie wiem, ale nie dotykałem.
Kiedy dotarłem na zbocze, usłyszałem coś. Dźwięk radia.
Ledwo słyszalny, modulowany, przerywany. Ktoś mówił… bardzo powoli, jakby głos był przeciągany przez taśmę.
„...nie opuszczajcie... zabarykadować... kontakt zerwany...”
„...projekt Czerni... powrót niemożliwy... słyszysz nas...?”
Wzmacniacz był zawieszony na wysokim maszcie, obok porzuconej stacji meteorologicznej.
Na jego podstawie ktoś zostawił karteczkę. Mokra, zgięta, ale czytelna.
Napisał ktoś ołówkiem:
„TO, CO WIDZIMY, TO NIE NIEBO. NIE PRÓBUJ WSPINAĆ SIĘ WYŻEJ.”
Nie wiem, co to znaczy. Ale poczułem, jak serce zaczyna walić.
Wracam teraz powoli do mieszkania. Nie mogę zapomnieć tego jelenia. Tego radia. I tej notatki.
Wszystko wskazuje na to, że ktoś jeszcze żyje. Ktoś nadaje. Może nie jestem sam.
Ale to coś, co zabrało światło, jest z nami.
I nie chce, żebyśmy spojrzeli ponad pewien punkt.
Daniel
Dzień 4
Godzina: szacunkowo po południu
Miejsce: mieszkanie, później droga powrotna na wzgórze
Zacznę od najważniejszego: radio znowu nadawało. Dźwięk był czystszy niż wczoraj. Nie wiem, czy to kwestia sprzętu, czy... czegoś innego. Ale słyszałem dokładnie, co mówili.
„Jeśli to odbierasz, jesteś nieautoryzowanym obywatelem strefy martwej. Nie przekraczaj granicy chmur. Kontakt z obserwatorium utracony. Kod transmisji: ZETA–4. Powtórz. ZETA–4.”
To nie był język pełen paniki. Brzmiało to... wojskowo. Formalnie.
Nie byli pewni, kto ich słucha. Ale byli świadomi, że ktoś może.
Zacząłem dzień od zorganizowania się. Zapisałem wszystkie daty w notesie — teoretycznie dziś byłby 6 lipca. Pogoda, temperatury, długość nocy — to wszystko już nie ma znaczenia. Ale potrzebuję systemu.
Znalazłem dynamo, o którym wspominałem. Było w piwnicy, razem z gratami po moim dziadku. Rowerowe, ręczne, trochę zardzewiałe, ale działa. Działało na tyle, że naładowałem jedną baterię AA.
Plan: zebrać więcej, stworzyć coś na kształt zestawu awaryjnego zasilania. Jeśli uda mi się zbudować coś na bazie starego powerbanka i tych baterii — być może będę mógł zasilać radio dłużej.
Wieczorem (a przynajmniej według zegarka — bo świat nadal pogrążony w idealnej, nienaturalnej ciemności), wróciłem na wzgórze. Sygnał był silniejszy.
Tym razem usłyszałem też coś jeszcze.
„…Obserwator 1 zgubił się za strefą środkową. W sektorze miast pojawiła się aktywność — formacja 3 jednostek. Powtarzam: 3 jednostki. Bezgłos. Zmiana środowiskowa. Możliwa obecność nie-ludzkich operatorów…”
Nie dokończyli. Przerwało. Albo coś przerwało.
Ale to słowo utkwiło mi w głowie. Bezgłos.
I „nie-ludzcy operatorzy”.
W drodze powrotnej do mieszkania natknąłem się na coś nowego.
Na jednej z ulic, tej bocznej obok parku, drzewa były zgięte. Jakby coś ciężkiego przetoczyło się przez środek lasu. Nie połamane przez wiatr — one były wypalone u podstawy, jakby coś je trawiło od środka.
Zostawiło to ślad w ziemi — głęboki rów, może 30 centymetrów głębokości, biegnący przez całą długość ścieżki.
Nie słyszałem żadnego dźwięku. Ale coś tam było. Coś ciężkiego. Coś, co nie idzie. Coś, co przesuwa się, jakby ślizgało.
Sygnał radiowy zamilkł około godziny później. Zapisuję wszystko na głos, a potem przepisuję — boje się, że jeśli nie utrwalę tego porządnie, w końcu coś mi się pomiesza. Ale nie, jeszcze nie teraz.
Jestem stabilny.
Jutro zamierzam wrócić do stacji meteorologicznej i rozebrać wzmacniacz. Może znajdę więcej sprzętu. Może znajdę trop.
Wiem jedno: nie jestem sam. Ale to, co tu przyszło, też nie jest głupie.
I prawdopodobnie już wie, że je obserwuję.
Daniel
Godzina: szacunkowo po południu
Miejsce: mieszkanie, później droga powrotna na wzgórze
Zacznę od najważniejszego: radio znowu nadawało. Dźwięk był czystszy niż wczoraj. Nie wiem, czy to kwestia sprzętu, czy... czegoś innego. Ale słyszałem dokładnie, co mówili.
„Jeśli to odbierasz, jesteś nieautoryzowanym obywatelem strefy martwej. Nie przekraczaj granicy chmur. Kontakt z obserwatorium utracony. Kod transmisji: ZETA–4. Powtórz. ZETA–4.”
To nie był język pełen paniki. Brzmiało to... wojskowo. Formalnie.
Nie byli pewni, kto ich słucha. Ale byli świadomi, że ktoś może.
Zacząłem dzień od zorganizowania się. Zapisałem wszystkie daty w notesie — teoretycznie dziś byłby 6 lipca. Pogoda, temperatury, długość nocy — to wszystko już nie ma znaczenia. Ale potrzebuję systemu.
Znalazłem dynamo, o którym wspominałem. Było w piwnicy, razem z gratami po moim dziadku. Rowerowe, ręczne, trochę zardzewiałe, ale działa. Działało na tyle, że naładowałem jedną baterię AA.
Plan: zebrać więcej, stworzyć coś na kształt zestawu awaryjnego zasilania. Jeśli uda mi się zbudować coś na bazie starego powerbanka i tych baterii — być może będę mógł zasilać radio dłużej.
Wieczorem (a przynajmniej według zegarka — bo świat nadal pogrążony w idealnej, nienaturalnej ciemności), wróciłem na wzgórze. Sygnał był silniejszy.
Tym razem usłyszałem też coś jeszcze.
„…Obserwator 1 zgubił się za strefą środkową. W sektorze miast pojawiła się aktywność — formacja 3 jednostek. Powtarzam: 3 jednostki. Bezgłos. Zmiana środowiskowa. Możliwa obecność nie-ludzkich operatorów…”
Nie dokończyli. Przerwało. Albo coś przerwało.
Ale to słowo utkwiło mi w głowie. Bezgłos.
I „nie-ludzcy operatorzy”.
W drodze powrotnej do mieszkania natknąłem się na coś nowego.
Na jednej z ulic, tej bocznej obok parku, drzewa były zgięte. Jakby coś ciężkiego przetoczyło się przez środek lasu. Nie połamane przez wiatr — one były wypalone u podstawy, jakby coś je trawiło od środka.
Zostawiło to ślad w ziemi — głęboki rów, może 30 centymetrów głębokości, biegnący przez całą długość ścieżki.
Nie słyszałem żadnego dźwięku. Ale coś tam było. Coś ciężkiego. Coś, co nie idzie. Coś, co przesuwa się, jakby ślizgało.
Sygnał radiowy zamilkł około godziny później. Zapisuję wszystko na głos, a potem przepisuję — boje się, że jeśli nie utrwalę tego porządnie, w końcu coś mi się pomiesza. Ale nie, jeszcze nie teraz.
Jestem stabilny.
Jutro zamierzam wrócić do stacji meteorologicznej i rozebrać wzmacniacz. Może znajdę więcej sprzętu. Może znajdę trop.
Wiem jedno: nie jestem sam. Ale to, co tu przyszło, też nie jest głupie.
I prawdopodobnie już wie, że je obserwuję.
Daniel