Znowu się zyebao i nie mogłem wstawić więcej niż dwa rozdziały dlatego jest część druga dzisiejszego maratonu
Dzień 8
Lokalna godzina: nieznana
Miejsce: baza – dom rodzinny
Dziś rano wróciłem na wieżę. To był dobry plan. Wiedziałem, że ten nadajnik, którego nie udało się uruchomić, może jeszcze się przydać – jeśli nie w całości, to w częściach. Wziąłem ze sobą torbę narzędzi, latarkę czołową i ostatnie dwie bateryjki z zapasów.
Rozebrałem go ostrożnie. W środku – zwykła elektronika. Zasilanie, tranzystory, kilka filtrów – nic, co by wyglądało na... obce. Ani dziwnych symboli, ani technologii rodem z filmów sci-fi. Byłem zaskoczony. A jednocześnie – może trochę rozczarowany? Chyba podświadomie spodziewałem się, że znajdę tam coś „nieludzkiego”, jakiś dowód, że to wszystko nie jest tylko upadkiem cywilizacji, ale czymś większym.
Wziąłem, co mogłem. Parę przewodów, płytkę z kondensatorami, coś co wyglądało na miniaturowy wzmacniacz. Resztę zostawiłem. Wracając przez las, zauważyłem coś nowego.
Na jednym z drzew, na wysokości mojego wzroku, widniał znak. Nie był to graffiti. Nie wyglądał jak nic, co widziałem wcześniej.
Trzy przecinające się linie, tworzące nieregularny trójkąt, a w środku coś jak pionowa kreska z oczkiem – jak igła z uchem, ale wydrapana głęboko w korze. Nie było tam tego kilka dni temu. Jestem tego pewien.
Zatrzymałem się na dłużej niż powinienem. Zimno przeszło mnie po plecach, gdy dotknąłem tego palcem. Drzewo było ciepłe. Nie wiem, jak to możliwe. Może to tylko moja wyobraźnia. Może po prostu słońce (jeśli gdzieś tam jeszcze jest) podgrzało korę. Ale... przecież od siedmiu dni nie było światła.
Nie widziałem nikogo. Nikogo, kto mógłby to zrobić. Nikogo, kto mógłby to zobaczyć.
A jednak ktoś – albo coś – tu było.
Zabrałem komponenty do domu. Mam już w głowie projekt. Dynamo, stare radio i te części – może uda mi się złożyć coś, co pozwoli mi nadawać. Choćby tylko sygnał SOS. Może ktoś usłyszy.
Na razie nie wspomnę nikomu o symbolu. Jeszcze nie. Jeszcze nie czas.
- Daniel
Lokalna godzina: nieznana
Miejsce: baza – dom rodzinny
Dziś rano wróciłem na wieżę. To był dobry plan. Wiedziałem, że ten nadajnik, którego nie udało się uruchomić, może jeszcze się przydać – jeśli nie w całości, to w częściach. Wziąłem ze sobą torbę narzędzi, latarkę czołową i ostatnie dwie bateryjki z zapasów.
Rozebrałem go ostrożnie. W środku – zwykła elektronika. Zasilanie, tranzystory, kilka filtrów – nic, co by wyglądało na... obce. Ani dziwnych symboli, ani technologii rodem z filmów sci-fi. Byłem zaskoczony. A jednocześnie – może trochę rozczarowany? Chyba podświadomie spodziewałem się, że znajdę tam coś „nieludzkiego”, jakiś dowód, że to wszystko nie jest tylko upadkiem cywilizacji, ale czymś większym.
Wziąłem, co mogłem. Parę przewodów, płytkę z kondensatorami, coś co wyglądało na miniaturowy wzmacniacz. Resztę zostawiłem. Wracając przez las, zauważyłem coś nowego.
Na jednym z drzew, na wysokości mojego wzroku, widniał znak. Nie był to graffiti. Nie wyglądał jak nic, co widziałem wcześniej.
Trzy przecinające się linie, tworzące nieregularny trójkąt, a w środku coś jak pionowa kreska z oczkiem – jak igła z uchem, ale wydrapana głęboko w korze. Nie było tam tego kilka dni temu. Jestem tego pewien.
Zatrzymałem się na dłużej niż powinienem. Zimno przeszło mnie po plecach, gdy dotknąłem tego palcem. Drzewo było ciepłe. Nie wiem, jak to możliwe. Może to tylko moja wyobraźnia. Może po prostu słońce (jeśli gdzieś tam jeszcze jest) podgrzało korę. Ale... przecież od siedmiu dni nie było światła.
Nie widziałem nikogo. Nikogo, kto mógłby to zrobić. Nikogo, kto mógłby to zobaczyć.
A jednak ktoś – albo coś – tu było.
Zabrałem komponenty do domu. Mam już w głowie projekt. Dynamo, stare radio i te części – może uda mi się złożyć coś, co pozwoli mi nadawać. Choćby tylko sygnał SOS. Może ktoś usłyszy.
Na razie nie wspomnę nikomu o symbolu. Jeszcze nie. Jeszcze nie czas.
- Daniel
Dzień 9
Dynamo działa. Dziś cały ranek spędziłem kręcąc korbą i słuchając, jak z głośniczka wydobywa się tylko szum. Czasem przerywany, jakby coś próbowało się przebić przez zakłócenia, ale równie dobrze to może być echo moich myśli. Albo wiatr. Albo obie te rzeczy naraz.
Zorientowałem się, że kiedy kręcę szybciej, zaczyna się coś zmieniać w tonie — jakby w jednej częstotliwości pulsowało coś delikatnie innego. Nie głos, jeszcze nie. Raczej struktura szumu. Porównałbym to do prób rozkodowania języka obcego przez zasłonę wody. To tylko odczucie, ale nie mogę się go pozbyć.
Wziąłem dziś latarkę, plecak i poszedłem z powrotem w stronę symbolu, który widziałem wczoraj. Był… świeży. Wilgotny? Przypominał rdzę, ale jakby coś w nim się tliło pod warstwą betonu. Obszedłem go szerokim łukiem, choć przecież dobrze wiem, że jeśli „oni” chcą, to i tak mnie znajdą.
Niedaleko wieży, z której zabrałem nadajnik, coś się zmieniło. Pachniało jak… metal po burzy. Znowu ta dziwna woń ozonu i popiołu. Drzewa stały jak zawsze, ale coś z ciszą było nie tak. Jakby przestała być tylko brakiem dźwięków — bardziej przypominała obecność czegoś cichego. Obserwującego.
Zrobiłem tylko jedno zdjęcie — z przyzwyczajenia. Ale nie zapisało się. Ekran zgasł w momencie naciśnięcia spustu. Telefon już się nie włączył.
Wróciłem szybciej niż zwykle. Radio jeszcze działało, szum nadal tam był. Na moment pomyślałem, że coś usłyszałem — pojedyncze słowo. „North.” Ale potem już nic. Może to tylko zlepek zakłóceń.
Dzisiaj nie śpię. Mam zamiar kręcić dynamem całą noc i nasłuchiwać. Jeśli ktokolwiek jest tam — w eterze, na granicy tej nocy — chcę być pierwszym, który ich usłyszy.
Albo ostatnim, który zdąży o tym napisać.
– Daniel
Dynamo działa. Dziś cały ranek spędziłem kręcąc korbą i słuchając, jak z głośniczka wydobywa się tylko szum. Czasem przerywany, jakby coś próbowało się przebić przez zakłócenia, ale równie dobrze to może być echo moich myśli. Albo wiatr. Albo obie te rzeczy naraz.
Zorientowałem się, że kiedy kręcę szybciej, zaczyna się coś zmieniać w tonie — jakby w jednej częstotliwości pulsowało coś delikatnie innego. Nie głos, jeszcze nie. Raczej struktura szumu. Porównałbym to do prób rozkodowania języka obcego przez zasłonę wody. To tylko odczucie, ale nie mogę się go pozbyć.
Wziąłem dziś latarkę, plecak i poszedłem z powrotem w stronę symbolu, który widziałem wczoraj. Był… świeży. Wilgotny? Przypominał rdzę, ale jakby coś w nim się tliło pod warstwą betonu. Obszedłem go szerokim łukiem, choć przecież dobrze wiem, że jeśli „oni” chcą, to i tak mnie znajdą.
Niedaleko wieży, z której zabrałem nadajnik, coś się zmieniło. Pachniało jak… metal po burzy. Znowu ta dziwna woń ozonu i popiołu. Drzewa stały jak zawsze, ale coś z ciszą było nie tak. Jakby przestała być tylko brakiem dźwięków — bardziej przypominała obecność czegoś cichego. Obserwującego.
Zrobiłem tylko jedno zdjęcie — z przyzwyczajenia. Ale nie zapisało się. Ekran zgasł w momencie naciśnięcia spustu. Telefon już się nie włączył.
Wróciłem szybciej niż zwykle. Radio jeszcze działało, szum nadal tam był. Na moment pomyślałem, że coś usłyszałem — pojedyncze słowo. „North.” Ale potem już nic. Może to tylko zlepek zakłóceń.
Dzisiaj nie śpię. Mam zamiar kręcić dynamem całą noc i nasłuchiwać. Jeśli ktokolwiek jest tam — w eterze, na granicy tej nocy — chcę być pierwszym, który ich usłyszy.
Albo ostatnim, który zdąży o tym napisać.
– Daniel
Dzień 10
Nie zmrużyłem oka. Kręciłem dynamem do bólu ramienia, słuchając tylko szumu, który w pewnym momencie zaczął wydawać się niemal... regularny. Jak puls. Jak oddech.
Około czwartej nad ranem, albo o czymś, co w mojej głowie przypomina czwartą — czas tu nie działa już jak wcześniej — usłyszałem fragment. Naprawdę.
Dwa dźwięki. Najpierw coś, co brzmiało jak stłumione kliknięcie, potem syk. I po chwili — zniekształcone słowo. „Daniel.” Tak, dokładnie tak. Nie było to wyraźne, jakby przez wodę i metal jednocześnie. Ale dźwięk mojego imienia wyrwał mnie z letargu.
Zamroziło mnie. Przestałem kręcić. Głośnik zapiszczał, potem wszystko zamilkło. Musiałem uruchomić dynamo od nowa, ale już nie usłyszałem nic. Przez następne godziny siedziałem w bezruchu, gapiąc się w ścianę. Skąd ktoś zna moje imię? Skąd zna moją częstotliwość?
Może to tylko zbieg przypadków, zlepek głosek w losowym szumie. Ale nie... Brzmiało to za bardzo jak głos. I zbyt znajomo.
Nie wróciłem już dziś do wieży. Zamiast tego, schowałem wszystko do środka – dynamo, odbiornik, nawet kabelki – i uszczelniłem drzwi taśmą. Po raz pierwszy naprawdę poczułem, że nie jestem tu sam. I że to coś, co tu jest, przestaje się ukrywać.
Wyjrzałem przez okno tylko raz. Na szkle pojawił się ślad, jakby coś go dotknęło od zewnątrz. Pięć linii. Jak od ręki, ale rozstawione zbyt szeroko. Zbyt nisko.
Przemyłem szybę spirytusem. Ślad nie zniknął.
Zostaje. Jakby wypalił się w szkle.
Kręcę dynamem dalej.
– D.
Nie zmrużyłem oka. Kręciłem dynamem do bólu ramienia, słuchając tylko szumu, który w pewnym momencie zaczął wydawać się niemal... regularny. Jak puls. Jak oddech.
Około czwartej nad ranem, albo o czymś, co w mojej głowie przypomina czwartą — czas tu nie działa już jak wcześniej — usłyszałem fragment. Naprawdę.
Dwa dźwięki. Najpierw coś, co brzmiało jak stłumione kliknięcie, potem syk. I po chwili — zniekształcone słowo. „Daniel.” Tak, dokładnie tak. Nie było to wyraźne, jakby przez wodę i metal jednocześnie. Ale dźwięk mojego imienia wyrwał mnie z letargu.
Zamroziło mnie. Przestałem kręcić. Głośnik zapiszczał, potem wszystko zamilkło. Musiałem uruchomić dynamo od nowa, ale już nie usłyszałem nic. Przez następne godziny siedziałem w bezruchu, gapiąc się w ścianę. Skąd ktoś zna moje imię? Skąd zna moją częstotliwość?
Może to tylko zbieg przypadków, zlepek głosek w losowym szumie. Ale nie... Brzmiało to za bardzo jak głos. I zbyt znajomo.
Nie wróciłem już dziś do wieży. Zamiast tego, schowałem wszystko do środka – dynamo, odbiornik, nawet kabelki – i uszczelniłem drzwi taśmą. Po raz pierwszy naprawdę poczułem, że nie jestem tu sam. I że to coś, co tu jest, przestaje się ukrywać.
Wyjrzałem przez okno tylko raz. Na szkle pojawił się ślad, jakby coś go dotknęło od zewnątrz. Pięć linii. Jak od ręki, ale rozstawione zbyt szeroko. Zbyt nisko.
Przemyłem szybę spirytusem. Ślad nie zniknął.
Zostaje. Jakby wypalił się w szkle.
Kręcę dynamem dalej.
– D.