Druga część dzisiejszego maratonu pojawi się w okolicach godziny 15-16 jak wrócę z pracy, będą go 2-3 rozdziały (dni)
Dzień 11
Kręciłem dynamem aż do zdrętwienia dłoni. Palce mam popękane od wysiłku. Muszę jakoś ograniczyć użycie tego ustrojstwa, ale jeśli mam usłyszeć znowu ten głos… muszę próbować.
Dzisiaj sygnał wrócił. Krótszy niż poprzednio. Jakieś kliknięcia, potem coś, co brzmiało jak oddech. Metaliczny, głęboki, jakby przez stalową rurę. I znowu ten syk. Ale bez słów. Siedziałem przy odbiorniku, nie oddychając. Cisza. Potem znowu syk. Jakby coś sprawdzało, czy jeszcze tu jestem.
Zignorowałem to. Przynajmniej próbowałem.
Wyszedłem po wodę — nie mogę już pić kranówki, smakuje jak stara krew. Zebrałem deszczówkę z dachówki. W smaku kwaśna, ale przynajmniej nie pali gardła.
Po drodze minąłem kiosk, ten sam co zawsze, ale drzwi były uchylone. W środku nic nie ruszane, ale na podłodze… leżał portfel. Męski, stary. W środku zdjęcie: kobieta i dwóch chłopców. Jeden z nich był blady, miał zbyt jasne oczy. Z tyłu zdjęcia ktoś napisał: „Oni słyszą, kiedy mówisz ich imię”.
Zostawiłem portfel tam, gdzie go znalazłem. Nie dotykałem więcej.
Po powrocie do domu zauważyłem coś nowego — na ścianie przy drzwiach wejściowych, na betonie… wyryty symbol. Trójkąt z poziomą kreską. Taki sam jak na wieży radiowej.
Nie zrobiłem tego. Nikt nie mógł tu wejść.
Albo już nie potrzebują wchodzić.
Nie wiem, czy to ostrzeżenie, znak czy coś gorszego. Ale mam wrażenie, że ktoś mnie zaznaczył.
Nie spałem drugą noc z rzędu. Coś chodzi po dachu. Zbyt cicho, by to był kot. Zbyt ciężko, by to był ptak.
Zamknąłem wszystko od środka. Zaryglowałem drzwi.
Jutro znów spróbuję złapać sygnał. Może się odezwą. Może powiedzą więcej. Może powiem im, że nie dam się tak łatwo.
Jeszcze nie.
– D.
Kręciłem dynamem aż do zdrętwienia dłoni. Palce mam popękane od wysiłku. Muszę jakoś ograniczyć użycie tego ustrojstwa, ale jeśli mam usłyszeć znowu ten głos… muszę próbować.
Dzisiaj sygnał wrócił. Krótszy niż poprzednio. Jakieś kliknięcia, potem coś, co brzmiało jak oddech. Metaliczny, głęboki, jakby przez stalową rurę. I znowu ten syk. Ale bez słów. Siedziałem przy odbiorniku, nie oddychając. Cisza. Potem znowu syk. Jakby coś sprawdzało, czy jeszcze tu jestem.
Zignorowałem to. Przynajmniej próbowałem.
Wyszedłem po wodę — nie mogę już pić kranówki, smakuje jak stara krew. Zebrałem deszczówkę z dachówki. W smaku kwaśna, ale przynajmniej nie pali gardła.
Po drodze minąłem kiosk, ten sam co zawsze, ale drzwi były uchylone. W środku nic nie ruszane, ale na podłodze… leżał portfel. Męski, stary. W środku zdjęcie: kobieta i dwóch chłopców. Jeden z nich był blady, miał zbyt jasne oczy. Z tyłu zdjęcia ktoś napisał: „Oni słyszą, kiedy mówisz ich imię”.
Zostawiłem portfel tam, gdzie go znalazłem. Nie dotykałem więcej.
Po powrocie do domu zauważyłem coś nowego — na ścianie przy drzwiach wejściowych, na betonie… wyryty symbol. Trójkąt z poziomą kreską. Taki sam jak na wieży radiowej.
Nie zrobiłem tego. Nikt nie mógł tu wejść.
Albo już nie potrzebują wchodzić.
Nie wiem, czy to ostrzeżenie, znak czy coś gorszego. Ale mam wrażenie, że ktoś mnie zaznaczył.
Nie spałem drugą noc z rzędu. Coś chodzi po dachu. Zbyt cicho, by to był kot. Zbyt ciężko, by to był ptak.
Zamknąłem wszystko od środka. Zaryglowałem drzwi.
Jutro znów spróbuję złapać sygnał. Może się odezwą. Może powiedzą więcej. Może powiem im, że nie dam się tak łatwo.
Jeszcze nie.
– D.
Dzień 12
Nie wychodziłem dziś z domu.
Nie miałem odwagi.
Coś się zmieniło po wczorajszym. Powietrze jest inne — nie chodzi o zapach, ale o sposób, w jaki się porusza. Cięższe. Jakby świat zaczął oddychać razem ze mną, ale z opóźnieniem.
Rano — choć to słowo nie ma już sensu — próbowałem ponownie uruchomić radio. Ładowałem baterię niemal dwie godziny. Żadnych sygnałów. Cisza była bardziej dotkliwa niż wcześniej, bo teraz... wiem, że coś tam jest. Że mnie słuchało. I być może dalej słucha.
Wciąż nie rozumiem, jak działa ta ich obecność. Nie widzę ich, ale czuję. To uczucie — jakby ktoś stał tuż za mną, w odległości jednego oddechu, gotów dotknąć, jeśli się odwrócę. Więc się nie odwracam.
Zauważyłem coś jeszcze: ściany mojego pokoju pokrywają delikatne rysy. Nie były tam wcześniej. Rozchodzą się od jednego punktu, dokładnie tam, gdzie przez chwilę leżał portfel z kiosku, zanim go wyniosłem. Rysy układają się w ten sam kształt co symbol na wieży. Trójkąt. Linia. Pustka.
Zamazałem je czarną farbą. To nic nie dało. Rano (czy czymkolwiek to teraz jest) pojawiły się znów, tym razem głębsze.
Zacząłem pisać to wszystko na kartce. Notatki, luźne myśli. Bo jeśli Facebook przestanie działać — a to może się zdarzyć w każdej chwili — chcę, żeby zostało po mnie coś więcej niż tylko cisza.
Nie jestem sam. Ale to nie znaczy, że mam towarzystwo.
To coś innego.
To znaczy, że ktoś mnie obserwuje. Nie przez okno. Nie przez dziurkę od klucza. Ale... z wewnątrz. Ze środka samej rzeczywistości.
Dziś nie będzie więcej prób. Nie będę wychodził. Będę czekał. I nasłuchiwał.
Kiedy nadejdą — chcę ich usłyszeć pierwszy.
– D.
Nie wychodziłem dziś z domu.
Nie miałem odwagi.
Coś się zmieniło po wczorajszym. Powietrze jest inne — nie chodzi o zapach, ale o sposób, w jaki się porusza. Cięższe. Jakby świat zaczął oddychać razem ze mną, ale z opóźnieniem.
Rano — choć to słowo nie ma już sensu — próbowałem ponownie uruchomić radio. Ładowałem baterię niemal dwie godziny. Żadnych sygnałów. Cisza była bardziej dotkliwa niż wcześniej, bo teraz... wiem, że coś tam jest. Że mnie słuchało. I być może dalej słucha.
Wciąż nie rozumiem, jak działa ta ich obecność. Nie widzę ich, ale czuję. To uczucie — jakby ktoś stał tuż za mną, w odległości jednego oddechu, gotów dotknąć, jeśli się odwrócę. Więc się nie odwracam.
Zauważyłem coś jeszcze: ściany mojego pokoju pokrywają delikatne rysy. Nie były tam wcześniej. Rozchodzą się od jednego punktu, dokładnie tam, gdzie przez chwilę leżał portfel z kiosku, zanim go wyniosłem. Rysy układają się w ten sam kształt co symbol na wieży. Trójkąt. Linia. Pustka.
Zamazałem je czarną farbą. To nic nie dało. Rano (czy czymkolwiek to teraz jest) pojawiły się znów, tym razem głębsze.
Zacząłem pisać to wszystko na kartce. Notatki, luźne myśli. Bo jeśli Facebook przestanie działać — a to może się zdarzyć w każdej chwili — chcę, żeby zostało po mnie coś więcej niż tylko cisza.
Nie jestem sam. Ale to nie znaczy, że mam towarzystwo.
To coś innego.
To znaczy, że ktoś mnie obserwuje. Nie przez okno. Nie przez dziurkę od klucza. Ale... z wewnątrz. Ze środka samej rzeczywistości.
Dziś nie będzie więcej prób. Nie będę wychodził. Będę czekał. I nasłuchiwał.
Kiedy nadejdą — chcę ich usłyszeć pierwszy.
– D.
Dzień 13
Nie spałem.
Coś mnie obudziło — jakiś dźwięk. Metaliczne uderzenie w ścianę, pojedyncze. Ciche, ale nie pasujące do niczego, co mogłoby samo z siebie spaść. Było to dokładnie o 03:13 — nie wiem, czy to przypadek, ale ta liczba mnie męczy.
Od dwóch dni zegarek mechaniczny, który miałem od liceum, zatrzymał się właśnie na tej godzinie.
Uderzenie się nie powtórzyło. Czekałem z latarką przy uchylonych drzwiach, nasłuchując, z ręką na nożu kuchennym. Nie poszedłem sprawdzić. Nie jestem bohaterem.
Dopiero dziś, gdy zrobiło się znowu cicho — ciszej niż zwykle, jakby dźwięk świata został przyciszony — wyszedłem z pokoju i przeszedłem się po domu.
Wszystko było na swoim miejscu. Okna zabite. Drzwi zamknięte. Z wyjątkiem jednego.
Drzwi do piwnicy.
Nie pamiętam, bym je wcześniej zamykał. Ale dziś były otwarte na oścież.
Nie schodziłem tam od Dnia 2. Trzymałem tam trochę zapasów, parę butelek z wodą, stare narzędzia. Latarka, w pełni naładowana, dawała przytłumione światło, które odbijało się od betonowych ścian jakby niechętnie.
Zszedłem.
I... nic. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zostawiłem. Cicho. Martwo. Aż do momentu, gdy przesunąłem skrzynkę z narzędziami.
Znalazłem to.
Notatnik. Taki sam jak mój. Ten sam kolor, ten sam producent, nawet zadrapanie na okładce wyglądało identycznie. Z początku pomyślałem, że to mój zapasowy egzemplarz.
Ale nie był.
Otworzyłem go. Pierwsza strona zaczynała się znajomo:
"Dzień 1
Wróciłem z imprezy. Zaspałem. Coś jest nie tak z prądem. Telefon nie działa..."
Wszystko się zgadzało. Litera po literze. Cała historia — dzień po dniu — identyczna z moją. Aż do wczoraj.
Ale pod wpisem z Dnia 12 była kolejna strona.
Nie moja.
Nie napisałem tego.
"Dzień 13
Daniel zszedł do piwnicy. Otworzył notatnik. Czytał. W tej chwili czyta to, co ktoś już wcześniej zapisał. Ale za chwilę przestanie czytać. Bo usłyszy, że nie jest sam."
...
Za mną coś pękło.
Nie spałem.
Coś mnie obudziło — jakiś dźwięk. Metaliczne uderzenie w ścianę, pojedyncze. Ciche, ale nie pasujące do niczego, co mogłoby samo z siebie spaść. Było to dokładnie o 03:13 — nie wiem, czy to przypadek, ale ta liczba mnie męczy.
Od dwóch dni zegarek mechaniczny, który miałem od liceum, zatrzymał się właśnie na tej godzinie.
Uderzenie się nie powtórzyło. Czekałem z latarką przy uchylonych drzwiach, nasłuchując, z ręką na nożu kuchennym. Nie poszedłem sprawdzić. Nie jestem bohaterem.
Dopiero dziś, gdy zrobiło się znowu cicho — ciszej niż zwykle, jakby dźwięk świata został przyciszony — wyszedłem z pokoju i przeszedłem się po domu.
Wszystko było na swoim miejscu. Okna zabite. Drzwi zamknięte. Z wyjątkiem jednego.
Drzwi do piwnicy.
Nie pamiętam, bym je wcześniej zamykał. Ale dziś były otwarte na oścież.
Nie schodziłem tam od Dnia 2. Trzymałem tam trochę zapasów, parę butelek z wodą, stare narzędzia. Latarka, w pełni naładowana, dawała przytłumione światło, które odbijało się od betonowych ścian jakby niechętnie.
Zszedłem.
I... nic. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zostawiłem. Cicho. Martwo. Aż do momentu, gdy przesunąłem skrzynkę z narzędziami.
Znalazłem to.
Notatnik. Taki sam jak mój. Ten sam kolor, ten sam producent, nawet zadrapanie na okładce wyglądało identycznie. Z początku pomyślałem, że to mój zapasowy egzemplarz.
Ale nie był.
Otworzyłem go. Pierwsza strona zaczynała się znajomo:
"Dzień 1
Wróciłem z imprezy. Zaspałem. Coś jest nie tak z prądem. Telefon nie działa..."
Wszystko się zgadzało. Litera po literze. Cała historia — dzień po dniu — identyczna z moją. Aż do wczoraj.
Ale pod wpisem z Dnia 12 była kolejna strona.
Nie moja.
Nie napisałem tego.
"Dzień 13
Daniel zszedł do piwnicy. Otworzył notatnik. Czytał. W tej chwili czyta to, co ktoś już wcześniej zapisał. Ale za chwilę przestanie czytać. Bo usłyszy, że nie jest sam."
...
Za mną coś pękło.