11
Dzień 15

Dziś nie mam pewności, czy naprawdę się obudziłem.

Może wciąż śnię. Może od pierwszego dnia nie wstałem z tamtej kanapy po imprezie. Ale jeśli to sen, to ktoś śni go razem ze mną. Ktoś, kto zostawia ślady, których nie było wcześniej. Ktoś, kto nie śpi.

Zacznę od rzeczy praktycznych.

Udało mi się uruchomić radio ponownie — tylko na krótką chwilę. Zasiliłem je prowizoryczną ładowarką z dynama rowerowego, które znalazłem parę dni temu w opuszczonym garażu. Ładowanie jednej baterii zajmuje godziny, ale wystarczyło, żeby usłyszeć jeden sygnał: bardzo cichy puls, ledwo słyszalny — jak bicie serca.

Nie był nadawany przez człowieka. Rytmiczny, ale nieorganiczny. Potem coś się włączyło. Słowo.

„Korytarz.”

Powtórzone dwukrotnie. Kobiecy głos, kompletnie bez emocji. Jakby nagrany, ale zbyt... świadomy. Przerwało w połowie trzeciego powtórzenia. Potem znowu cisza.

Nie mogę pozbyć się myśli, że ktoś próbuje mnie gdzieś zaprosić.

Ale to jeszcze nie wszystko.

Kiedy poszedłem dziś sprawdzić stan zapasów w piwnicy, drzwi były otwarte. Zostawiłem je zamknięte, pamiętam. Nie wietrzę tam, nie wchodzę, jeśli nie muszę. Zeszło mi trochę, zanim odważyłem się zejść.

W środku wszystko było nienaruszone.

Z jednym wyjątkiem.

Na podłodze, pośrodku, ktoś ułożył drobne kawałki szkła w trójkątny wzór. Precyzyjnie. Idealnie równy, jak pod linijkę. Nie ma tu zwierząt. Nie ma ludzi. Ktoś tu był.

Nie zostawił nic więcej. Ani śladów stóp, ani oznak włamania. Tylko ten symbol.

Ten sam, który pojawia się coraz częściej — na murach, na znakach drogowych, nawet pod paznokciami miałem cienki ślad odciśnięty we śnie.

Jakby ciało próbowało mi coś powiedzieć, zanim zrozumie to umysł.

Wieczorem próbowałem zasnąć, ale w oknie widziałem światło. Jedno, blade, jak z latarki, ale zbyt wysoko, by ktokolwiek mógł je nieść. Stało w miejscu przez dobre dwie godziny, zanim nagle zgasło — dosłownie w jednej klatce mrugnięcia.

Gdybym nie patrzył, nie uwierzyłbym, że tam było.

Nie wiem, czy chcą mnie przestraszyć.

A może… próbują mnie nauczyć czegoś.

Ale czego? Czego jeszcze nie wiem?

Tracę poczucie czasu. Nawet mój zegarek zaczyna się spóźniać. Słońce nadal się nie pojawia. Żadne dźwięki zwierząt, żadnego wiatru.

Jakby świat zapadł się w głąb własnej ciszy.
I tylko ja jeszcze oddycham.

Póki co.
Dzień 16

W nocy usłyszałem hałas.

Nie był to przypadkowy dźwięk — nie wiatr, nie drzewo. To było coś ciężkiego, co przesunęło się powoli po chodniku. Jakby ktoś przeciągał metalowy przedmiot po betonie z przesadną ostrożnością. Zbyt długo, zbyt blisko, by to zignorować.

Nie odważyłem się wtedy wyjrzeć przez okno. Leżałem bez ruchu, z uchem przy ścianie. To coś przeszło wzdłuż całego domu, zatrzymało się na chwilę pod moim pokojem… i zniknęło. Żadnych kroków. Żadnego oddalania się. Po prostu — zniknęło.

Rano sprawdziłem. Zostawiło ślad. Na betonie przed wejściem, na wysokości moich oczu, był rząd równych, cienkich rys, jakby zrobionych pazurem… albo czymś bardzo ostrym i bardzo stabilnym. Symetryczne, prawie techniczne. Nie przypominały niczego, co mógłby zrobić człowiek.

Zaczynam podejrzewać, że te istoty (bo zakładam już, że są istoty) nie potrzebują wchodzić. One obserwują. Uczą się. A może testują granice. Moje. Nasze.

Radio znowu ucichło. Nie działa, mimo że baterie są pełne. Jedynie dioda mignęła na czerwono, jakby sprzęt zarejestrował jakąś nieprawidłowość, której nie potrafił wyświetlić. Jakby coś — albo ktoś — blokował transmisję.

Znalazłem dzisiaj nową wiadomość, ręcznie napisaną, włożoną za wycieraczkę jednego z porzuconych samochodów:

„Nie idź do północnego wzgórza. Oni tam są.”

Bez podpisu. Stary papier, ale czarny marker był świeży. Jeszcze pachniał tuszem. Nie wiem, kto to zostawił. Ale to znaczy, że ktoś inny jeszcze żyje. Albo żył — do niedawna.

Nie poszedłem na wzgórze. Jeszcze nie.

Nie ze strachu.

Z ciekawości.

Bo jeśli ktoś miał powód, by to napisać — chcę wiedzieć, dlaczego akurat tam.

Nie sądzę, by nas tu przypadkiem odcięto.

To wygląda jak eksperyment. Jakby ktoś z zewnątrz patrzył i analizował, jak długo potrwa, zanim przestaniemy być ludźmi.
I co się stanie, kiedy już przestaniemy.

Ale ja nadal jestem sobą. Pamiętam każdy dzień. Każdą godzinę.

Piszę, żeby nie zostać tylko kolejnym znakiem na betonie.

Jeszcze oddycham. Jeszcze mam własną wolę.

Ale coś… zaczyna naciskać.

I chyba wiem, z której strony.









Zapytaj ChatGPT
Dzień 17

Rano znalazłem coś nowego na dachu sąsiedniego budynku.

Metalowy drut. Zgięty w kształt dobrze już znanego symbolu — owal przekreślony trójramienną gwiazdą. Leżał idealnie na środku, jakby ktoś go tam celowo ułożył. Nie było żadnych śladów butów, żadnych znaków wejścia.

Zabrałem go i przymocowałem do końcówki mojego odbiornika. Pomyślałem, że może działa jak antena kierunkowa.

Około południa odezwał się Radiowiec. Dziwnie cicho, jakby szeptał z wnętrza starej puszki:

„To, co widzisz, to sygnały bez adresata. Nie dla nas, ale my je odbieramy.”

Zapisałem każde słowo.

Potem przez prawie czterdzieści minut — czysty szum. Ale inny niż zwykle. Przesłuchałem go trzykrotnie. W tle słyszałem coś, co przypominało równomierne, rytmiczne tony, jak kod.

Nie znam się na telekomunikacji, ale nie brzmiało to jak przypadek.

Wieczorem poszedłem z powrotem na dach. Tym razem miałem ze sobą dalmierz optyczny. Przeskanowałem okoliczne wieżowce.

Na jednym z nich, około 300 metrów stąd — coś błysnęło. Raz. Biały impuls, idealnie prostokątny. Jak sygnał.

Ustawiłem radio w tamtym kierunku. Nic.

Ale wtedy, pierwszy raz od początku tych wydarzeń, usłyszałem mój własny głos z odbiornika.

Fragment wcześniejszego nagrania, sprzed kilku dni:

„...sygnały bez adresata. Nie dla nas...”

Nic nie nagrywałem.

Wyłączyłem radio.

Dziś nie zasnę.
Dzień 18

Dziś był cichy dzień — z zewnątrz. Ale w środku... nie wiem.
Zaczęło się od radia. Przestało szumieć.

Nie wyłączyło się, nie uległo uszkodzeniu. Po prostu — zamilkło.
Przekręciłem gałkę pasma. Żadne zakresy nie działały. Cisza. Idealna. Jakby eter zamarł.

Wyjąłem antenę. Sprawdziłem połączenia. Włożyłem inne baterie. Nic.
Zrobiłem to, co zawsze robi się, gdy zawodzi technologia — poszedłem sprawdzić otoczenie.

Wyszedłem około południa. Pogoda pochmurna, ale bez opadów. Szedłem bocznymi ulicami, aż dotarłem do przystanku autobusowego przy starej fabryce.
Na szybie przystanku ktoś (albo coś) narysował znany mi symbol — palcem, od wewnętrznej strony, na zaparowanej tafli:
owal przecięty trójramiennym zygzakiem.

Wszedłem do środka.
Zacząłem się rozglądać. Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś stał po drugiej stronie ulicy — zbyt nieruchomo, zbyt cicho. Ale kiedy się odwróciłem, już nikogo nie było. Żadnego śladu.

Wróciłem. Radio nadal nie działało.
Usiadłem przy biurku i uruchomiłem dyktafon. Nagrałem kilka minut własnego głosu, opowiadając co się dzieje.
Po chwili — odsłuchałem.
I tu dzieje się coś, czego nie umiem wyjaśnić.

Na nagraniu, w tle mojego głosu, w bardzo niskiej warstwie dźwięku, pojawiło się coś... przypominającego oddychające uderzenia, jak puls, albo silnik — ale nie mojej prądnicy. Coś rytmicznego, jak szeptanie.

Nie jestem paranoikiem. Sprawdziłem sprzęt. Nie nagrywa zakłóceń. A jednak to tam jest.

Nagrałem jeszcze raz. Drugi raz. Trzeci.
Każde kolejne nagranie — czystsze. Ale za każdym razem, po paru sekundach ciszy, coś tam się wślizguje. Jakby ktoś próbował mówić przez moją własną rejestrację.

Dziś nie spałem w łóżku.
Zamknąłem się w łazience. Z radiem, dyktafonem, siekierą.
Nie wiem po co ta siekiera.
Ale czułem się pewniej, gdy trzymałem ją oburącz.

Nie było żadnych dźwięków z zewnątrz.
Tylko własny oddech i puls, który — wydaje mi się — słyszę już nie tylko w nagraniu.
Dzień 19

Zapis o godzinie 22:41. Dyktafon działa, ale zaczyna mieć opóźnienia w zapisie.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem niebo naprawdę czyste.
Dziś, po raz pierwszy od początku dokumentacji, zanotowałem coś na zewnątrz, co zmieniło mój obraz sytuacji.

Około godziny piętnastej, po południu, siedziałem na dachu, obok przekaźnika.
Radio wciąż martwe.
Nagle — przez chmury przedarł się impuls światła. Nie słońce. Nie błyskawica.
Coś jak światło z projektora, wycelowanego z góry w jeden punkt miasta.

Nie oświetliło niczego, nie rzuciło cienia.
Ale przez około trzy sekundy powietrze miało inny kolor.
Bladozielony.

Zeszło tak szybko, jak się pojawiło.

Przyłożyłem dłoń do metalowej powierzchni przekaźnika. Była cieplejsza niż powinna. A potem, ni stąd ni zowąd, radio znów zaczęło nadawać — ale tylko przez kilka sekund.
Nagranie głosu. Mojego.
Tym razem mówię słowa, których nigdy wcześniej nie wypowiedziałem:

„...ci, którzy patrzą od dołu, mają tylko jeden kierunek...”

Nie mam pojęcia, co to znaczy.

Kiedy odtworzyłem ten fragment drugi raz — głos się nie pojawił.
Został nadpisany szumem.

Wracając z dachu, zauważyłem nowy ślad — odciśnięty w cienkiej warstwie kurzu przy drzwiach technicznych. But. Ale nie mój. Za wąski, z innym bieżnikiem.
Nie mam sąsiadów. Nie słyszałem żadnych kroków.

W mieszkaniu wszystko wyglądało jak zawsze. Ale jedna rzecz była przesunięta.
Mały notes, który trzymam przy radiu, leżał otwarty na stronie z dnia 7.
Zostało tam coś dopisane. Inny charakter pisma. Pióro, nie długopis.
Trzy słowa:

„Nie obracaj się.”

Zamknąłem notes.
I nie obejrzałem się, dopóki nie zamknąłem wszystkich drzwi na cztery spusty.

Tyle na dziś.
Nie wiem, kto jeszcze słucha.
Dzień 20

Zapis sporządzony tuż po północy. Słyszę coś na klatce schodowej.

Cały dzień był dziwnie... zawieszony. Nie umiem tego inaczej ująć.
Jakby czas nie działał do końca tak, jak powinien.

Rano, po przebudzeniu, zegarek wskazywał 04:17. Poszedłem do łazienki, napiłem się wody. Wróciłem do łóżka.
Zamknąłem oczy. Minęło — na moje wyczucie — jakieś piętnaście minut. Może dwadzieścia.
Kiedy spojrzałem na zegarek znowu: nadal 04:17.
Nie drgnęła ani sekunda.

Przyjąłem, że padła bateria.
Włączyłem telefon (z trybu oszczędzania).
Godzina 04:17.

Wtedy zacząłem podejrzewać, że coś jest nie tak z zegarem biologicznym.
Wstałem, spisałem godzinę ręcznie na kartce, obok położyłem stoper — ten stary, mechaniczny, z przyciskiem.

Przekręciłem korbkę. Uruchomiłem.

Po trzech minutach mojego siedzenia w ciszy, stoper wskazywał dwie sekundy.

Coś się spieprzyło.

Zignorowałem to. Na siłę. Jak wszystko ostatnio.

Około południa usłyszałem hałas z klatki. Skrzypienie.
Jakby ktoś bardzo powoli zsuwał coś po betonie.
Wziąłem siekierę i przez wizjer próbowałem dostrzec źródło.

Nie było tam nikogo. Ale u podstawy schodów, po lewej stronie, leżał czarny rulon materiału — jakby złożony namiot.
Ostrożnie otworzyłem drzwi.

Cisza.
Zszedłem ostrożnie po dwa stopnie.

Materiał nie był namiotem.
To była peleryna z grubego, gumowanego płótna, przemoczona, ociekająca czymś, co śmierdziało jak amoniak zmieszany z mokrym mchem.

W jej wnętrzu — coś w rodzaju prostej maski.
Dwie okrągłe soczewki, metalowe. I filtr — niepasujący do żadnego znanego modelu przemysłowego.

To wyglądało jak coś zrobionego na pokaz.
Albo na rytuał.

Nie zabrałem jej do mieszkania. Zawinąłem w reklamówkę i zamknąłem w piwnicy. Z ciężkim sercem.

Kiedy wróciłem do siebie, notes był znów otwarty.
Tym razem strona z dnia 11.

Nie było dopisku.
Ale kartka była mokrawa.

Pachniała tak samo, jak ten materiał.

Jestem zmęczony. Ale nie mogę zasnąć.
Nie, dopóki coś porusza się za drzwiami na końcu korytarza. Nie otwiera ich.
Nie puka.
Ale słyszę oddech. Cichy. Miękki. Długi.

Siedzę z radiem i siekierą.
Nie dlatego, że cokolwiek mi pomoże.
Ale to jedyne, co jeszcze mogę trzymać w dłoniach, żeby czuć, że żyję.
*SPOILER* DOTYCZĄCY ILOŚCI POZOSTAŁCH DNI / (PUBLIKACJI)
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
Nasza opowieść zbliża się ku końcowi, w sobotę będzie ostatnia publikacja a zostało mi jeszcze 10 dni (20/30) więc jutro i pojutrze będą publikacje po 5 dni tak jak teraz.
0.26542401313782