Jak zdałem sobie sprawę jaką rolę odegrały w moim życiu to stwierdziłem że napiszę pastę na Dzidce.
Wszystko zaczęło się jak byłem we wczesnej podstawówce, po szkole u jakiegoś kolegi z klasy załapałem się na obiad. Jego mama, bojowa biznes woman lat 90’, po powrocie z pracy cisnęła reklamówki z Leklerka i z jednej z nich wyciągnęła pudełko paluszków rybnych i na szybko odsmażyła je na patelni. Kumpel dźlamał obiad z obojętnym wyrazem twarzy a dla mnie te złote sztabki przemielonej ryby z największym kunsztem Czajkowskiego, odtańczyły balet na moich kubkach smakowych.
Po krótkiej chwili objawienia wróciłem do prozy codziennego, domowego jedzenia, gdzie jakoś nie udało mi się przeforsować mody na te rybne skarby. Raptem kilka razy pojawiły się w rodzinnym menu. Zawsze dla mnie było to swojego rodzaju mistyczne doznanie.
Na studiach miałem to szczęście, że mieszkałem w domu, więc dieta niewiele się zmieniła. W tym okresie w mieście rozgościły się kebaby i wdałem się w długi romans z perskim księciem. Czasem tylko przejeżdżałem palcami po szybie zamrażalki w supermarkecie, wiedząc, że jak będę miał trochę spokoju wrócę do tych przepysznych skurwysynów.
Pod koniec studiów udało mi się znaleźć dziewczynę, co nie było łatwe jako studentowi polibudy i wynajęliśmy razem mieszkanie. Nie mieliśmy za co jeść, a jak już mieliśmy więcej kasy to szliśmy na kebaba lub chińczyka. Kiedyś w sekrecie przyznałem, że lubię paluszki rybne, ona na to „tak? A to ciekawe” i przeszła do rozważań jak to paluszki karbowe stały się surimi...
Tak się złożyło, że z dziewczyny stała się żoną a ja z męża też tatą i uwaga! Paluszki rybne wróciły do menu! Ale nie dla mnie… Paluszki były fafarfa, z jednej firmy tylko z łososia szlachetnego i tylko dla potomka. Raz jak sobie z dwa odgrzałem po pracy to się nasłuchałem, że dziecko zagłodzę i nas puszczę z torbami.
I tu się zaczął mój mroczny sekret… Pewnego razu popełniłem artykuł naukowy, pojechałem z nim na konferencję. Było to na tyle innowacyjne, że zostałem zaproszony zagramanice i wynajęli mi przez Airbnb apartament blisko uczelni z aneksem kuchennym. Po wykładzie, poszedłem sobie do sklepu, kupiłem całą paczkę paluszków rybnych i ojebałem ze smakiem. Chwilo trwaj wiecznie! No ale musiałem następnego dnia wrócić. Ale znalazłem sposób, zacząłem więcej publikować, jeździć na konferencje czy na wykłady wyjazdowe i zawsze sobie fundowałem paluszkową ucztę.
Właśnie dziś zdałem sobie sprawę, że całe zaangażowanie, nie bierze się z jakieś specjalnej potrzeby badawczej, lubię moją robotę u prywaciarza a robię tą całą jebaną naukę dla tych jebanych paluszków rybnych. Może nie dostaje wzwodu na myśl o dżakuzi ale dostaje ślinotoku na widok zaproszenia na konferencję...
Wszystko zaczęło się jak byłem we wczesnej podstawówce, po szkole u jakiegoś kolegi z klasy załapałem się na obiad. Jego mama, bojowa biznes woman lat 90’, po powrocie z pracy cisnęła reklamówki z Leklerka i z jednej z nich wyciągnęła pudełko paluszków rybnych i na szybko odsmażyła je na patelni. Kumpel dźlamał obiad z obojętnym wyrazem twarzy a dla mnie te złote sztabki przemielonej ryby z największym kunsztem Czajkowskiego, odtańczyły balet na moich kubkach smakowych.
Po krótkiej chwili objawienia wróciłem do prozy codziennego, domowego jedzenia, gdzie jakoś nie udało mi się przeforsować mody na te rybne skarby. Raptem kilka razy pojawiły się w rodzinnym menu. Zawsze dla mnie było to swojego rodzaju mistyczne doznanie.
Na studiach miałem to szczęście, że mieszkałem w domu, więc dieta niewiele się zmieniła. W tym okresie w mieście rozgościły się kebaby i wdałem się w długi romans z perskim księciem. Czasem tylko przejeżdżałem palcami po szybie zamrażalki w supermarkecie, wiedząc, że jak będę miał trochę spokoju wrócę do tych przepysznych skurwysynów.
Pod koniec studiów udało mi się znaleźć dziewczynę, co nie było łatwe jako studentowi polibudy i wynajęliśmy razem mieszkanie. Nie mieliśmy za co jeść, a jak już mieliśmy więcej kasy to szliśmy na kebaba lub chińczyka. Kiedyś w sekrecie przyznałem, że lubię paluszki rybne, ona na to „tak? A to ciekawe” i przeszła do rozważań jak to paluszki karbowe stały się surimi...
Tak się złożyło, że z dziewczyny stała się żoną a ja z męża też tatą i uwaga! Paluszki rybne wróciły do menu! Ale nie dla mnie… Paluszki były fafarfa, z jednej firmy tylko z łososia szlachetnego i tylko dla potomka. Raz jak sobie z dwa odgrzałem po pracy to się nasłuchałem, że dziecko zagłodzę i nas puszczę z torbami.
I tu się zaczął mój mroczny sekret… Pewnego razu popełniłem artykuł naukowy, pojechałem z nim na konferencję. Było to na tyle innowacyjne, że zostałem zaproszony zagramanice i wynajęli mi przez Airbnb apartament blisko uczelni z aneksem kuchennym. Po wykładzie, poszedłem sobie do sklepu, kupiłem całą paczkę paluszków rybnych i ojebałem ze smakiem. Chwilo trwaj wiecznie! No ale musiałem następnego dnia wrócić. Ale znalazłem sposób, zacząłem więcej publikować, jeździć na konferencje czy na wykłady wyjazdowe i zawsze sobie fundowałem paluszkową ucztę.
Właśnie dziś zdałem sobie sprawę, że całe zaangażowanie, nie bierze się z jakieś specjalnej potrzeby badawczej, lubię moją robotę u prywaciarza a robię tą całą jebaną naukę dla tych jebanych paluszków rybnych. Może nie dostaje wzwodu na myśl o dżakuzi ale dostaje ślinotoku na widok zaproszenia na konferencję...