Ważna Informacja:
Zbliżamy się do końca opowiadania, jutro pojawią się ostatnie 5 dni historii.
Nie ukrywam że końcówka została przeze mnie lekko przerobiona aby dać możliwość na kontynuację/spin-off np za miesiąc jak go napisze, ale to czy się pojawi będzie zależne tylko od was więc pytanie do publiczności:
Chcecie kontynuację czy jesteście już wystarczająco nasyceni opowieścią i wolicie zobaczyć moje inne Creepypasty których napisałem dosyć sporo przez ostatnie 5 lat, wybór należy do was
Zbliżamy się do końca opowiadania, jutro pojawią się ostatnie 5 dni historii.
Nie ukrywam że końcówka została przeze mnie lekko przerobiona aby dać możliwość na kontynuację/spin-off np za miesiąc jak go napisze, ale to czy się pojawi będzie zależne tylko od was więc pytanie do publiczności:
Chcecie kontynuację czy jesteście już wystarczająco nasyceni opowieścią i wolicie zobaczyć moje inne Creepypasty których napisałem dosyć sporo przez ostatnie 5 lat, wybór należy do was
Dzień 21
Na zewnątrz wciąż ciemno jak w nocy.
Dziś zrozumiałem coś, czego chyba nie chciałem dotąd dopuścić do świadomości:
ten blackout nie jest problemem technicznym.
To coś znacznie głębszego. I starszego niż nasze urządzenia.
Dzień rozpoczął się bez zaskoczeń. Cisza.
Śniadanie z konserwy, której nie potrafię już odróżnić po smaku od papieru.
Zmyłem naczynie bez wody — ścierką, suchą jak moje gardło.
Zeszło mi kilka godzin na przeglądaniu przekaźnika. Nie działa.
Po wczorajszym „błysku” w powietrzu, coś się zmieniło. Metal nie przewodzi — jakby się „zamknął”.
Po południu poszedłem do piwnicy.
Chciałem sprawdzić, czy peleryna nadal tam jest.
Była. Ale przesunięta o jakieś trzydzieści centymetrów.
Nikt poza mną nie ma klucza do tej kłódki.
Przez chwilę stałem tylko i patrzyłem.
Wtedy usłyszałem dźwięk, który dosłownie zatrzymał mi tętno — cichy szelest materiału... tuż za mną.
Odruchowo się obróciłem.
Nikogo nie było.
Tylko kurz i ciemność.
Ale drzwi na poziom -2 były otwarte. A one zawsze są zamknięte, od kiedy mieszkam w tym budynku.
Zeszło mi godzinę, zanim zebrałem się na odwagę i zszedłem niżej.
Poziom -2 to techniczna przestrzeń między stropami. Właz zwykle zamknięty na rygiel. Teraz otwarty.
Zeszło się jak do studni.
Tam w środku... panował absolutny bezdźwięk. Nie cisza. Coś więcej.
Miałem wrażenie, że moje kroki nie odbijają się echem. Że powietrze pochłaniało wszystko.
Na ścianie — znak.
Nie był wyryty. Nie był namalowany.
Był... wypalony.
Okrąg. W nim trójkąt. A wewnątrz niego — dłoń, z której wyrastało oko.
Nie dotykałem tego.
Zrobiłem kilka kroków w tył — i wtedy zauważyłem, że moja latarka już nie działa.
Ale nadal świeciła. Tyle że nie dawała światła.
To jedyny sposób, w jaki potrafię to opisać.
Wróciłem na górę szybko, niemal biegiem.
Zamknąłem właz. Założyłem nowe zamki.
W mieszkaniu znów był przewrócony notes.
Strona z dnia 2.
Tym razem — dopisek ołówkiem. Narysowana miniatura tego samego znaku, który widziałem na ścianie.
Pod nim napisane:
> „Nie jesteś pierwszym, który ich słyszał.”
---
Dyktafon zaczyna się rozładowywać.
Ale bateria nie jest wyczerpana.
Po prostu coś wypija energię z urządzeń.
To nie blackout.
To rodzaj... egzorcyzmu na całe miasto.
Zbierają coś. Może nas. Może wspomnienia.
Może tylko patrzą. Ale jeśli tak — to co zobaczyli w moich oczach?
Na zewnątrz wciąż ciemno jak w nocy.
Dziś zrozumiałem coś, czego chyba nie chciałem dotąd dopuścić do świadomości:
ten blackout nie jest problemem technicznym.
To coś znacznie głębszego. I starszego niż nasze urządzenia.
Dzień rozpoczął się bez zaskoczeń. Cisza.
Śniadanie z konserwy, której nie potrafię już odróżnić po smaku od papieru.
Zmyłem naczynie bez wody — ścierką, suchą jak moje gardło.
Zeszło mi kilka godzin na przeglądaniu przekaźnika. Nie działa.
Po wczorajszym „błysku” w powietrzu, coś się zmieniło. Metal nie przewodzi — jakby się „zamknął”.
Po południu poszedłem do piwnicy.
Chciałem sprawdzić, czy peleryna nadal tam jest.
Była. Ale przesunięta o jakieś trzydzieści centymetrów.
Nikt poza mną nie ma klucza do tej kłódki.
Przez chwilę stałem tylko i patrzyłem.
Wtedy usłyszałem dźwięk, który dosłownie zatrzymał mi tętno — cichy szelest materiału... tuż za mną.
Odruchowo się obróciłem.
Nikogo nie było.
Tylko kurz i ciemność.
Ale drzwi na poziom -2 były otwarte. A one zawsze są zamknięte, od kiedy mieszkam w tym budynku.
Zeszło mi godzinę, zanim zebrałem się na odwagę i zszedłem niżej.
Poziom -2 to techniczna przestrzeń między stropami. Właz zwykle zamknięty na rygiel. Teraz otwarty.
Zeszło się jak do studni.
Tam w środku... panował absolutny bezdźwięk. Nie cisza. Coś więcej.
Miałem wrażenie, że moje kroki nie odbijają się echem. Że powietrze pochłaniało wszystko.
Na ścianie — znak.
Nie był wyryty. Nie był namalowany.
Był... wypalony.
Okrąg. W nim trójkąt. A wewnątrz niego — dłoń, z której wyrastało oko.
Nie dotykałem tego.
Zrobiłem kilka kroków w tył — i wtedy zauważyłem, że moja latarka już nie działa.
Ale nadal świeciła. Tyle że nie dawała światła.
To jedyny sposób, w jaki potrafię to opisać.
Wróciłem na górę szybko, niemal biegiem.
Zamknąłem właz. Założyłem nowe zamki.
W mieszkaniu znów był przewrócony notes.
Strona z dnia 2.
Tym razem — dopisek ołówkiem. Narysowana miniatura tego samego znaku, który widziałem na ścianie.
Pod nim napisane:
> „Nie jesteś pierwszym, który ich słyszał.”
---
Dyktafon zaczyna się rozładowywać.
Ale bateria nie jest wyczerpana.
Po prostu coś wypija energię z urządzeń.
To nie blackout.
To rodzaj... egzorcyzmu na całe miasto.
Zbierają coś. Może nas. Może wspomnienia.
Może tylko patrzą. Ale jeśli tak — to co zobaczyli w moich oczach?
Dzień 22
Nie spałem. Od 37 godzin.
Zegar przestał się poruszać, ale wiem, ile minęło — czuję to po ciele, oczach, suchości w ustach. Zegar biologiczny nadal działa, chociaż wszystko inne zatrzymało się.
Zrobiłem dziś coś, czego się obawiałem — wróciłem na poziom -2.
Nie mogłem spać.
Znak nie dawał mi spokoju.
Zamknąłem się na trzy zamki w mieszkaniu, wziąłem starą latarkę z akumulatorami (nie LED), nóż, dyktafon (z baterią częściowo naładowaną) i zeszedłem.
Drzwi były zamknięte, ale coś śliskiego znajdowało się pod progiem — jakby ciecz, której nie widać, ale która lepi się do butów.
Nie pachniała. Nie parowała.
Tylko przyklejała się.
Zeszło mi trochę, zanim zdecydowałem się dotknąć znaku.
Nie czułem nic.
Ale potem… moje palce były zimne jak metal.
Na tyle zimne, że przez chwilę myślałem, że umarły.
Wtedy usłyszałem trzask.
Nie daleko, nie w murze.
Wewnątrz głowy.
Ktoś coś przełączył.
---
Po powrocie na górę zauważyłem, że radio — które od tygodnia nie wydawało dźwięków — nagle zaczęło szumieć w rytmie mojego tętna.
Dosłownie.
Gdy przyspieszałem oddech — szum narastał.
Gdy się uspokajałem — cichł.
Potem głos.
W jednej linii.
Nie po polsku. Nie po angielsku. Ale... fonetycznie zrozumiały.
> „Jest obserwacja. Brak odpowiedzi. Przesiew. Korekcja.”
Tyle. Potem cisza.
Ale teraz wiem — to nie ja ich słyszę.
To oni słyszą mnie.
Od początku.
---
Po południu wyszedłem na dach.
Z wysokości 10 pięter widać dalej niż z poziomu ulicy.
I dziś — zobaczyłem światło.
Nie naturalne. Nie z latarni.
Ale długie, płynące smugi nad linią horyzontu, jakby ktoś przecinał powietrze ostrzem, zostawiając ślady.
Przypomniało mi to ogony komet.
Tyle że były poziome. I zatrzymywały się, ruszały, znikały — i pojawiały w innym miejscu.
To coś się porusza. Może flota. Może coś innego.
---
Znalazłem też kartkę przy drzwiach wejściowych do klatki schodowej.
Czystą. Ale po podgrzaniu nad płomieniem pojawił się tekst, jak z dziecięcych zabaw:
> „Zamknij oczy przed snem. Oni nie mogą cię zobaczyć, jeśli ty nie widzisz ich.”
Nie wiem, czy to żart. Czy ostrzeżenie.
Ale od dziś nie zasypiam bez zasłonięcia oczu szmatką.
---
Kończę zapis.
Wszystko staje się dziwniejsze, ale nie chaotyczne.
To... metodyczne.
Tak jakby ktoś... krok po kroku oswajał nas z obecnością.
Nie spałem. Od 37 godzin.
Zegar przestał się poruszać, ale wiem, ile minęło — czuję to po ciele, oczach, suchości w ustach. Zegar biologiczny nadal działa, chociaż wszystko inne zatrzymało się.
Zrobiłem dziś coś, czego się obawiałem — wróciłem na poziom -2.
Nie mogłem spać.
Znak nie dawał mi spokoju.
Zamknąłem się na trzy zamki w mieszkaniu, wziąłem starą latarkę z akumulatorami (nie LED), nóż, dyktafon (z baterią częściowo naładowaną) i zeszedłem.
Drzwi były zamknięte, ale coś śliskiego znajdowało się pod progiem — jakby ciecz, której nie widać, ale która lepi się do butów.
Nie pachniała. Nie parowała.
Tylko przyklejała się.
Zeszło mi trochę, zanim zdecydowałem się dotknąć znaku.
Nie czułem nic.
Ale potem… moje palce były zimne jak metal.
Na tyle zimne, że przez chwilę myślałem, że umarły.
Wtedy usłyszałem trzask.
Nie daleko, nie w murze.
Wewnątrz głowy.
Ktoś coś przełączył.
---
Po powrocie na górę zauważyłem, że radio — które od tygodnia nie wydawało dźwięków — nagle zaczęło szumieć w rytmie mojego tętna.
Dosłownie.
Gdy przyspieszałem oddech — szum narastał.
Gdy się uspokajałem — cichł.
Potem głos.
W jednej linii.
Nie po polsku. Nie po angielsku. Ale... fonetycznie zrozumiały.
> „Jest obserwacja. Brak odpowiedzi. Przesiew. Korekcja.”
Tyle. Potem cisza.
Ale teraz wiem — to nie ja ich słyszę.
To oni słyszą mnie.
Od początku.
---
Po południu wyszedłem na dach.
Z wysokości 10 pięter widać dalej niż z poziomu ulicy.
I dziś — zobaczyłem światło.
Nie naturalne. Nie z latarni.
Ale długie, płynące smugi nad linią horyzontu, jakby ktoś przecinał powietrze ostrzem, zostawiając ślady.
Przypomniało mi to ogony komet.
Tyle że były poziome. I zatrzymywały się, ruszały, znikały — i pojawiały w innym miejscu.
To coś się porusza. Może flota. Może coś innego.
---
Znalazłem też kartkę przy drzwiach wejściowych do klatki schodowej.
Czystą. Ale po podgrzaniu nad płomieniem pojawił się tekst, jak z dziecięcych zabaw:
> „Zamknij oczy przed snem. Oni nie mogą cię zobaczyć, jeśli ty nie widzisz ich.”
Nie wiem, czy to żart. Czy ostrzeżenie.
Ale od dziś nie zasypiam bez zasłonięcia oczu szmatką.
---
Kończę zapis.
Wszystko staje się dziwniejsze, ale nie chaotyczne.
To... metodyczne.
Tak jakby ktoś... krok po kroku oswajał nas z obecnością.
Dzień 23
Dziś rano radio znów zaczęło działać samo z siebie. Ledwie zdążyłem dopić zimną kawę, a już z głośnika popłynął chrzęst zakłóceń, wśród których dało się wyłapać coś nienaturalnego. Nie głos — raczej zbiór sekwencji, coś jak dane przesyłane szyfrem. Po chwili jednak nastąpił zwrot. Dźwięk się uspokoił, ustąpił miejsca zniekształconemu głosowi. Ludzkiemu, choć sztucznie spowolnionemu.
> „Próba wyłonienia… trzecia… sektor północny… negatyw. Przemieścić. Nieodpowiedni.”
Trzy sekundy ciszy. Potem sygnał zanikł. Zegar wskazywał 07:42.
Zamroziłem się. Głos nie brzmiał jak przypadkowa transmisja. To nie był przypadek — ktoś monitorował… coś. Kogoś. Mnie?
Zrobiłem sobie szybki zapis nagrania, ale kiedy spróbowałem je odtworzyć, wszystko, co się nagrało, to biały szum i pisk, którego nie byłem w stanie znieść przez więcej niż kilka sekund.
Tak jakby transmisja istniała tylko w czasie rzeczywistym.
Postanowiłem wrócić do symboli. Zanotowałem wszystkie znaki, które dotąd widziałem w zeszycie technicznym. Dzisiejszego popołudnia przeszedłem się po okolicznych przecznicach, szukając nowych.
I faktycznie — jeden, świeży, widniał na murze za piekarnią przy ulicy Czerwonej.
Trójkąt. Ale nie pełny — otwarty od dołu. Wewnątrz: znak przypominający odwróconą literę „R”.
Obok, czarnym flamastrem ktoś dopisał:
> „STREFA NIEZGODNOŚCI — NIE PATRZ ZA SIEBIE.”
Zrobiłem zdjęcie i wtedy właśnie zauważyłem. W oddali, na końcu ulicy, stał porzucony samochód policyjny. Nie wyglądał na wrak, ale też nie wyglądał na czynny. Wszystko było na swoim miejscu… poza przednią szybą. Była popękana od środka, jakby coś się wydostało. Albo wdarło.
Na masce ktoś farbą napisał trzy słowa:
> „MIEJSCE KONTROLI: NEGATYWNY”
Zajrzałem do środka. Radio w aucie było rozerwane, przewody wyrwane z panelu jak przez wściekłego człowieka lub zwierzę.
Ale to nie to mnie zatrzymało. Na tylnym siedzeniu leżała kurtka. Na niej — znów ten sam symbol trójkąta z literą R.
Kurtka była dziecięca. I sucha. Mimo że w nocy padało.
Nie zabrałem niczego. Nie ruszyłem już niczego. Zrobiłem tylko jedno:
Zanim wróciłem do mieszkania, zostawiłem za sobą na ścianie kredą swój własny symbol — ten, który sam wymyśliłem. Kwadrat z trzema kropkami wewnątrz. Taki, który mówi:
„Ja jeszcze tu jestem.”
Kiedy wróciłem, radio było włączone.
Ale nikt nie mówił.
Tylko… słuchał.
Dziś rano radio znów zaczęło działać samo z siebie. Ledwie zdążyłem dopić zimną kawę, a już z głośnika popłynął chrzęst zakłóceń, wśród których dało się wyłapać coś nienaturalnego. Nie głos — raczej zbiór sekwencji, coś jak dane przesyłane szyfrem. Po chwili jednak nastąpił zwrot. Dźwięk się uspokoił, ustąpił miejsca zniekształconemu głosowi. Ludzkiemu, choć sztucznie spowolnionemu.
> „Próba wyłonienia… trzecia… sektor północny… negatyw. Przemieścić. Nieodpowiedni.”
Trzy sekundy ciszy. Potem sygnał zanikł. Zegar wskazywał 07:42.
Zamroziłem się. Głos nie brzmiał jak przypadkowa transmisja. To nie był przypadek — ktoś monitorował… coś. Kogoś. Mnie?
Zrobiłem sobie szybki zapis nagrania, ale kiedy spróbowałem je odtworzyć, wszystko, co się nagrało, to biały szum i pisk, którego nie byłem w stanie znieść przez więcej niż kilka sekund.
Tak jakby transmisja istniała tylko w czasie rzeczywistym.
Postanowiłem wrócić do symboli. Zanotowałem wszystkie znaki, które dotąd widziałem w zeszycie technicznym. Dzisiejszego popołudnia przeszedłem się po okolicznych przecznicach, szukając nowych.
I faktycznie — jeden, świeży, widniał na murze za piekarnią przy ulicy Czerwonej.
Trójkąt. Ale nie pełny — otwarty od dołu. Wewnątrz: znak przypominający odwróconą literę „R”.
Obok, czarnym flamastrem ktoś dopisał:
> „STREFA NIEZGODNOŚCI — NIE PATRZ ZA SIEBIE.”
Zrobiłem zdjęcie i wtedy właśnie zauważyłem. W oddali, na końcu ulicy, stał porzucony samochód policyjny. Nie wyglądał na wrak, ale też nie wyglądał na czynny. Wszystko było na swoim miejscu… poza przednią szybą. Była popękana od środka, jakby coś się wydostało. Albo wdarło.
Na masce ktoś farbą napisał trzy słowa:
> „MIEJSCE KONTROLI: NEGATYWNY”
Zajrzałem do środka. Radio w aucie było rozerwane, przewody wyrwane z panelu jak przez wściekłego człowieka lub zwierzę.
Ale to nie to mnie zatrzymało. Na tylnym siedzeniu leżała kurtka. Na niej — znów ten sam symbol trójkąta z literą R.
Kurtka była dziecięca. I sucha. Mimo że w nocy padało.
Nie zabrałem niczego. Nie ruszyłem już niczego. Zrobiłem tylko jedno:
Zanim wróciłem do mieszkania, zostawiłem za sobą na ścianie kredą swój własny symbol — ten, który sam wymyśliłem. Kwadrat z trzema kropkami wewnątrz. Taki, który mówi:
„Ja jeszcze tu jestem.”
Kiedy wróciłem, radio było włączone.
Ale nikt nie mówił.
Tylko… słuchał.
Dzień 24
O świcie usłyszałem kroki.
Nie ulice, nie halucynacje w pustce, nie wiatr w kratkach wentylacyjnych. Kroki. Ludzkie. Jednostajne, ostrożne, ale zdecydowane. Dochodziły z klatki schodowej.
Zamarłem przy drzwiach. Przysięgam, przez szparę między futryną a podłogą zobaczyłem cień. Czyjś cień. Nie był zdeformowany, nie poruszał się nieludzko — po prostu stał. Jakby nasłuchiwał.
Jakby wiedział, że jestem po drugiej stronie.
Nie drgnąłem przez kilka minut. Potem cień się przesunął. Kroki oddaliły się w górę, na wyższe piętra. Nie otwierałem drzwi. Nie mogłem.
Zamiast tego uruchomiłem dynamo i zacząłem ładować baterię. Gdy tylko uzyskałem wystarczająco mocy, podłączyłem radio.
Kanały były głuche przez większość dnia, aż do wieczora.
I wtedy znowu — ten głos. Przesterowany, z zakłóceniami, jakby przebijał się przez metalową ścianę:
> „Obserwacja jednostki trwa… Kod: 047-PÓŁNOC… Prawdopodobne zachowanie adaptacyjne… Przetrwanie… niezalecane.”
Potem znów cisza.
Po tych słowach zrobiłem coś, czego wcześniej nie planowałem. Około 17:00 opuściłem budynek i ruszyłem w stronę centrum miasta. Dotarłem do placu targowego. Był zupełnie pusty. Stragany rozbite, skrzynki porozrzucane. I wtedy zamarłem.
Na jednej z betonowych kolumn, między porzuconym wózkiem sklepowym a zardzewiałym znakiem STOP, widniała nowa wiadomość.
Tym razem nie znak, ale napis.
> „SŁYSZĄ, KIEDY MÓWISZ O NICH.”
Ktoś to napisał niedawno. Farba była jeszcze lepka. Nie byłem sam. Ktoś inny przetrwał. I próbował ostrzec.
Wracając, zauważyłem coś jeszcze — w oddali, między drzewami parku, światło. Nie sztuczne. Raczej… organiczne. Pulsujące. Zielonkawe.
Zniknęło po chwili, jakby zgaszone jednym mrugnięciem.
Nie podszedłem. Nie dzisiaj.
Wieczorem usiadłem przy oknie. Napisałem to wszystko w zeszycie i tutaj, żeby nie zapomnieć. Bo już teraz wiem, że „oni” nas nie tylko słyszą.
Oni uczą się szybciej, niż my się uczymy ich.
Nie zapomnę dziś tych słów z radia:
„Przetrwanie… niezalecane.”
Nie wiem, kto je nagrał. Ale wiem, że ja zamierzam przetrwać.
O świcie usłyszałem kroki.
Nie ulice, nie halucynacje w pustce, nie wiatr w kratkach wentylacyjnych. Kroki. Ludzkie. Jednostajne, ostrożne, ale zdecydowane. Dochodziły z klatki schodowej.
Zamarłem przy drzwiach. Przysięgam, przez szparę między futryną a podłogą zobaczyłem cień. Czyjś cień. Nie był zdeformowany, nie poruszał się nieludzko — po prostu stał. Jakby nasłuchiwał.
Jakby wiedział, że jestem po drugiej stronie.
Nie drgnąłem przez kilka minut. Potem cień się przesunął. Kroki oddaliły się w górę, na wyższe piętra. Nie otwierałem drzwi. Nie mogłem.
Zamiast tego uruchomiłem dynamo i zacząłem ładować baterię. Gdy tylko uzyskałem wystarczająco mocy, podłączyłem radio.
Kanały były głuche przez większość dnia, aż do wieczora.
I wtedy znowu — ten głos. Przesterowany, z zakłóceniami, jakby przebijał się przez metalową ścianę:
> „Obserwacja jednostki trwa… Kod: 047-PÓŁNOC… Prawdopodobne zachowanie adaptacyjne… Przetrwanie… niezalecane.”
Potem znów cisza.
Po tych słowach zrobiłem coś, czego wcześniej nie planowałem. Około 17:00 opuściłem budynek i ruszyłem w stronę centrum miasta. Dotarłem do placu targowego. Był zupełnie pusty. Stragany rozbite, skrzynki porozrzucane. I wtedy zamarłem.
Na jednej z betonowych kolumn, między porzuconym wózkiem sklepowym a zardzewiałym znakiem STOP, widniała nowa wiadomość.
Tym razem nie znak, ale napis.
> „SŁYSZĄ, KIEDY MÓWISZ O NICH.”
Ktoś to napisał niedawno. Farba była jeszcze lepka. Nie byłem sam. Ktoś inny przetrwał. I próbował ostrzec.
Wracając, zauważyłem coś jeszcze — w oddali, między drzewami parku, światło. Nie sztuczne. Raczej… organiczne. Pulsujące. Zielonkawe.
Zniknęło po chwili, jakby zgaszone jednym mrugnięciem.
Nie podszedłem. Nie dzisiaj.
Wieczorem usiadłem przy oknie. Napisałem to wszystko w zeszycie i tutaj, żeby nie zapomnieć. Bo już teraz wiem, że „oni” nas nie tylko słyszą.
Oni uczą się szybciej, niż my się uczymy ich.
Nie zapomnę dziś tych słów z radia:
„Przetrwanie… niezalecane.”
Nie wiem, kto je nagrał. Ale wiem, że ja zamierzam przetrwać.
Dzień 25
Z rana wyciszyłem wszystko. Radio, dynamo, nawet własny oddech. Miałem wrażenie, że jestem... nasłuchiwany. Nie wiem, czy to skutek tych słów z dnia wczorajszego, czy może coś rzeczywiście się zmieniło, ale cisza już nie brzmi tak samo.
Nie jest pusta. Jest pełna czegoś.
Tego dnia nie odpaliłem dynamo. Uznałem, że lepiej nie ryzykować hałasu. Zamiast tego zabrałem się za dokładną analizę mapy okolicy, jaką znalazłem w jednym ze starych schowków strażackich. Naniosłem na nią punkty, w których dotąd widziałem symbole — te wypalone, te narysowane, te świecące. Uświadomiłem sobie coś, co zbiło mnie z tropu: układają się w spiralę.
Nie przypadkowo. Spiralę z centrum mniej więcej w obrębie dużego zbiornika wodnego poza miastem.
Zalewu.
Zalew był kiedyś miejscem letnich pikników i zawodów kajakarskich. Teraz jest punktem, wokół którego wszystko się gęstnieje.
Zdecydowałem się: jutro tam pójdę.
Ale to nie wszystko.
Wczesnym wieczorem, kiedy próbowałem otworzyć jedną z puszek konserw, usłyszałem z zewnątrz metaliczny zgrzyt. Zimny, jakby coś przesunęło się po latarni. Potem trzask. Wybiegłem na korytarz, bo dźwięk dobiegał dosłownie kilka metrów od drzwi wejściowych do budynku.
Na końcu klatki, przy zgaszonej lampie wisiała kartka. Przyklejona… taśmą izolacyjną.
Ręczne pismo, drżące, ale wyraźne.
> „ZALATWIAJ WSZYSTKO PRZED DNIA 30. POTEM BĘDZIE ZA PÓŹNO.”
Brak podpisu. Brak jakichkolwiek wskazówek. Kto to zostawił? I dla kogo?
Odcięty od świata, w mroku bez końca, zaczynam rozumieć, że to wszystko prowadzi do jednego momentu. Jednej daty.
Dnia trzydziestego.
Nie wiem jeszcze, czym on będzie. Ale wiem jedno: mam tylko pięć dni, żeby się dowiedzieć — albo umrzeć nie wiedząc.
Z rana wyciszyłem wszystko. Radio, dynamo, nawet własny oddech. Miałem wrażenie, że jestem... nasłuchiwany. Nie wiem, czy to skutek tych słów z dnia wczorajszego, czy może coś rzeczywiście się zmieniło, ale cisza już nie brzmi tak samo.
Nie jest pusta. Jest pełna czegoś.
Tego dnia nie odpaliłem dynamo. Uznałem, że lepiej nie ryzykować hałasu. Zamiast tego zabrałem się za dokładną analizę mapy okolicy, jaką znalazłem w jednym ze starych schowków strażackich. Naniosłem na nią punkty, w których dotąd widziałem symbole — te wypalone, te narysowane, te świecące. Uświadomiłem sobie coś, co zbiło mnie z tropu: układają się w spiralę.
Nie przypadkowo. Spiralę z centrum mniej więcej w obrębie dużego zbiornika wodnego poza miastem.
Zalewu.
Zalew był kiedyś miejscem letnich pikników i zawodów kajakarskich. Teraz jest punktem, wokół którego wszystko się gęstnieje.
Zdecydowałem się: jutro tam pójdę.
Ale to nie wszystko.
Wczesnym wieczorem, kiedy próbowałem otworzyć jedną z puszek konserw, usłyszałem z zewnątrz metaliczny zgrzyt. Zimny, jakby coś przesunęło się po latarni. Potem trzask. Wybiegłem na korytarz, bo dźwięk dobiegał dosłownie kilka metrów od drzwi wejściowych do budynku.
Na końcu klatki, przy zgaszonej lampie wisiała kartka. Przyklejona… taśmą izolacyjną.
Ręczne pismo, drżące, ale wyraźne.
> „ZALATWIAJ WSZYSTKO PRZED DNIA 30. POTEM BĘDZIE ZA PÓŹNO.”
Brak podpisu. Brak jakichkolwiek wskazówek. Kto to zostawił? I dla kogo?
Odcięty od świata, w mroku bez końca, zaczynam rozumieć, że to wszystko prowadzi do jednego momentu. Jednej daty.
Dnia trzydziestego.
Nie wiem jeszcze, czym on będzie. Ale wiem jedno: mam tylko pięć dni, żeby się dowiedzieć — albo umrzeć nie wiedząc.