5
Każda rodzina ma jakąś swoją czarną owcę. U mnie to nie owca, to cały jebany wilk w dresie, znany lokalnie jako Wujek Wariat.

Nie, to nie ironiczny pseudonim nadany na rodzinnej imprezie przy sałatce jarzynowej.
To prawdziwy alias, ukuty z metalu, potu i policyjnych notatek.
Wariat – tak na niego mówią w półświatku.
Bo to nie był przestępca.
To był pojebany wizjoner.

Zamieszkał naprzeciwko, z moją ciotką, która od lat ma słabość do ludzi z pogranicza paragrafu i choroby dwubiegunowej.
Od pierwszego dnia było wiadomo, że gość ma w sobie coś między Nikodemem Dyzmą, Mad Maxem a Januszem z giełdy samochodowej.

Jeden z jego „klasyków” to tzw. Zestaw Trzech Kradzieży.
Działo się to tak:

– najpierw ukradł Audi z przyczepką,
– potem, jadąc tym zestawem, ukradł zagęszczarkę,
– a na koniec, jakby było mu mało, pojechał ukraść... zabytkowego Ursusa.

I to nie byle jak.
Po drodze umył Ursusa na myjni automatycznej.
Powiedział potem, że „szacunek do sprzętu to podstawa, a błoto to już przeszedł systemowo”.

Sprzedał traktor trzy województwa dalej, interes zamknięty, pieniądz w kieszeni.
Ale karma to suka.
W drodze powrotnej – dalej w kradzionym Audi – zatrzymała go drogówka. Prędkość za duża, tłumik za głośny, twarz zbyt znajoma. I tak się skończyła kariera tamtego dnia.

Ale co z tego. To był tylko poniedziałek.
Najlepsze dopiero miało nadejść.

Kilka tygodni później czekałam na paczkę z DPD.
Siedzę w domu, aż tu dzwoni telefon.
Odbieram, a tam znajomy głos, lekko zachrypnięty, jakby przejechał przez filtr od papierosa:

– Wyjdź przed bramę. Mam coś dla ciebie.

Wychodzę.
Patrzę.
Bus DPD. Za kierownicą – Wujek Wariat.

Siedzi jak u siebie, okno otwarte, paczka w ręku.
Rzuca mi ją bez słowa, po czym rusza w stronę zachodzącego słońca, grając klaksonem melodię z “Titanica”.

Okazało się, że był w mieście.
Pod sklepem zauważył busa DPD z kluczykami w stacyjce.
Kurier poszedł po drożdżówkę.

I to był moment przełomowy.

Wujek wsiadł i przez dwa dni rozwoził paczki jako fałszywy kurier.
Znał okolicę jak własne kieszenie, więc bez problemu ogarniał dostawy.
Dla ludzi był miły, grzeczny, nawet podpisy zbierał – tyle że w notesie od Biedronki.
Paczki doręczał prawdziwe.
Ale wieczorem wracał tym samym busem, objeżdżał posesje, gdzie był wcześniej, i kultywował swoją wersję nocnego Amazonu.

– To była redystrybucja lokalna – mówił później. – Jakbyś połączyła Janosika z kurierem GLS.

Dopiero po dwóch dniach firma DPD zauważyła, że coś się nie zgadza.
Paczki się zgadzają, ale kurier pachnie żubrem i ma tatuaż "ACAB" na karku.
A jedna starsza pani zgłosiła, że dostała czajnik, choć zamawiała koc, i że „kurier chyba miał pistolet”.

Wtedy pojawiła się policja.
Wujek nie uciekał.
Siedział u ciotki na werandzie, rozkręcał blender i mówił, że to wszystko i tak było eksperymentem społecznym.
0.24817109107971