Dzień 11
Nie spałem.
Otworzyłem oczy o 03:17, choć i tak nie byłem pewien, czy je wcześniej zamknąłem. Cała noc spędzona z latarką w ręce, radiem ustawionym na głównej częstotliwości. Słowo „Oliver” wciąż brzmiało mi w głowie. Słyszałem je dziesiątki razy. W myślach, w szumie urządzenia, nawet w podmuchach wiatru, które uderzały o blachę samochodu.
Nie mam wątpliwości, że to było moje imię. Nie przypadek. Nie zbieg okoliczności.
O 07:00 próbowałem odezwać się przez radio. Prosty przekaz:
„Tu Oliver. Odebrałem transmisję. Jeśli mnie słyszysz, odpowiedz. Proszę.”
Cisza.
Nadałem ponownie dwie godziny później. Bez zmian.
Opuściłem miejsce, gdzie widziałem go ostatnio. Przez większość dnia poruszałem się powoli, prowadząc pojazd ostrożnie, bez zbędnych dźwięków. Nie jechałem więcej niż 30 km/h. Silnik nie nagrzewał się, nie hałasował. Chciałem być niewidoczny. I niesłyszalny.
Zatrzymałem się przy zrujnowanym kompleksie przemysłowym — wyglądało na dawną stację przeładunkową. Wysokie ściany, dobre punkty obserwacyjne. Po raz pierwszy od kilku dni postanowiłem zaryzykować i wejść głębiej. Zostawiłem pojazd w ukryciu.
W środku panowała cisza, ale też coś jeszcze — zapach. Wilgotna rdza, gnijące drewno, ale też coś słodkiego, mdłego. Kojarzyło mi się z rozkładem biologicznym. To nie był dobry znak.
Na drugim piętrze znalazłem stary notatnik. Ktoś pisał. Nie wyglądało to na wojskowy zapis. Bardziej jak pamiętnik, podobny do mojego. Przejrzałem kilka stron. Pisał to ktoś, kto wierzył, że „coś” przemieszcza się tylko, gdy nikt nie patrzy. Powtarzały się te same słowa: „kiedy zamykam oczy, ono się zbliża”.
Nie wiem, czy to sugestia, ale czuję to samo. Wiem, kiedy ono patrzy.
Wróciłem do pojazdu tuż przed zmrokiem. I wtedy zauważyłem go znowu. Stał na dachu jednego z hal — nieruchomy. Silna sylwetka, nieporuszająca się nawet pod wpływem wiatru. Obserwował mnie. Nawet z tej odległości miałem wrażenie, że nasze spojrzenia się spotkały.
Nie uciekłem. Tym razem postanowiłem go nagrać. Włączyłem rejestrator w podczerwieni i skierowałem obiektyw dokładnie na jego sylwetkę.
I w tym momencie on zniknął. Nie ruszył się. Nie zeskoczył. Po prostu... nie było go.
Sprawdziłem nagranie. Na materiale wideo — nic. Pusty dach. Zero sylwetki. Zero ruchu.
Ale ja widziałem. Przysięgam.
---
Zbliża się noc. Czuję, że jutro coś się zmieni. Czuję to pod skórą. W mrowieniu karku, w ciśnieniu w czaszce. Coś się zbliża.
Cokolwiek to jest, nie chce być nagrane. Nie chce
być nazwane. Ale chce być widziane.
---
Nie spałem.
Otworzyłem oczy o 03:17, choć i tak nie byłem pewien, czy je wcześniej zamknąłem. Cała noc spędzona z latarką w ręce, radiem ustawionym na głównej częstotliwości. Słowo „Oliver” wciąż brzmiało mi w głowie. Słyszałem je dziesiątki razy. W myślach, w szumie urządzenia, nawet w podmuchach wiatru, które uderzały o blachę samochodu.
Nie mam wątpliwości, że to było moje imię. Nie przypadek. Nie zbieg okoliczności.
O 07:00 próbowałem odezwać się przez radio. Prosty przekaz:
„Tu Oliver. Odebrałem transmisję. Jeśli mnie słyszysz, odpowiedz. Proszę.”
Cisza.
Nadałem ponownie dwie godziny później. Bez zmian.
Opuściłem miejsce, gdzie widziałem go ostatnio. Przez większość dnia poruszałem się powoli, prowadząc pojazd ostrożnie, bez zbędnych dźwięków. Nie jechałem więcej niż 30 km/h. Silnik nie nagrzewał się, nie hałasował. Chciałem być niewidoczny. I niesłyszalny.
Zatrzymałem się przy zrujnowanym kompleksie przemysłowym — wyglądało na dawną stację przeładunkową. Wysokie ściany, dobre punkty obserwacyjne. Po raz pierwszy od kilku dni postanowiłem zaryzykować i wejść głębiej. Zostawiłem pojazd w ukryciu.
W środku panowała cisza, ale też coś jeszcze — zapach. Wilgotna rdza, gnijące drewno, ale też coś słodkiego, mdłego. Kojarzyło mi się z rozkładem biologicznym. To nie był dobry znak.
Na drugim piętrze znalazłem stary notatnik. Ktoś pisał. Nie wyglądało to na wojskowy zapis. Bardziej jak pamiętnik, podobny do mojego. Przejrzałem kilka stron. Pisał to ktoś, kto wierzył, że „coś” przemieszcza się tylko, gdy nikt nie patrzy. Powtarzały się te same słowa: „kiedy zamykam oczy, ono się zbliża”.
Nie wiem, czy to sugestia, ale czuję to samo. Wiem, kiedy ono patrzy.
Wróciłem do pojazdu tuż przed zmrokiem. I wtedy zauważyłem go znowu. Stał na dachu jednego z hal — nieruchomy. Silna sylwetka, nieporuszająca się nawet pod wpływem wiatru. Obserwował mnie. Nawet z tej odległości miałem wrażenie, że nasze spojrzenia się spotkały.
Nie uciekłem. Tym razem postanowiłem go nagrać. Włączyłem rejestrator w podczerwieni i skierowałem obiektyw dokładnie na jego sylwetkę.
I w tym momencie on zniknął. Nie ruszył się. Nie zeskoczył. Po prostu... nie było go.
Sprawdziłem nagranie. Na materiale wideo — nic. Pusty dach. Zero sylwetki. Zero ruchu.
Ale ja widziałem. Przysięgam.
---
Zbliża się noc. Czuję, że jutro coś się zmieni. Czuję to pod skórą. W mrowieniu karku, w ciśnieniu w czaszce. Coś się zbliża.
Cokolwiek to jest, nie chce być nagrane. Nie chce
być nazwane. Ale chce być widziane.
---
Dzień 12
Obudziłem się zlany potem. Nie wiem, czy to był sen, czy coś więcej.
Śniło mi się, że leżę w ruinach starego domu. Nie mogłem się poruszyć, tylko patrzyłem w sufit. A nad sufitem, w miejscu, gdzie dawniej był żyrandol — to coś patrzyło na mnie. Nie miało twarzy. Tylko ciemność. I skrzeczenie.
O 05:30 rano zapisałem sen w notatniku. Wciąż miałem w głowie jego obraz. Ale bardziej niż obraz — uczucie. Uczucie bycia obserwowanym.
Po śniadaniu (puszka fasoli, woda z filtra) zająłem się urządzeniem radiowym. Przeprogramowałem jedną z wolnych częstotliwości, ustawiłem automatyczny komunikat. Powtarza się co 15 minut:
„Tu Oliver. Jeśli mnie słyszysz — odpowiadaj na częstotliwości 121.65. Szukam kontaktu. Nadal żyję.”
Zostawiłem nadajnik aktywny w pojeździe. Sam wyszedłem, by rozstawić czujniki.
Dzisiaj eksperymentalnie ustawiłem jeden mikrofon kierunkowy wyżej — na zniszczonej wieży sygnalizacyjnej. Liczyłem, że uda się nagrać odgłosy nocne z dalszego zasięgu. Dwa inne czujniki ustawiłem w odstępach co 20 metrów od obozu, każdy z termowizją i rejestratorem ruchu.
Do południa nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Teren wokół był cichy, martwy. Las przeszedł w wypaloną równinę. Ziemia sucha, popękana, w powietrzu czuć stare spalenizny.
O 15:40 wracając z patrolu, znalazłem coś nowego.
Na masce samochodu — ślady. Nie brudne smugi, nie odciski dłoni. Ślady trzech podłużnych linii, jakby ktoś lub coś przesunęło po niej palcami. Głębokie, równe rysy, prowadzące od jednej krawędzi do drugiej. Jakby ktoś chciał mi coś napisać. Albo zostawić sygnał.
Nie słyszałem nic. Czujniki nie zarejestrowały żadnego ruchu.
Zrobiłem zdjęcia, zapisałem obserwację. Przetarłem maskę, ale ślady zostały — wyżłobienia w metalu, nie tylko brud. Nie mógł tego zrobić człowiek.
Zbliżał się zmrok. Zasiadłem przy odbiorniku i przez godzinę skanowałem wszystkie znane mi kanały. Martwa cisza.
Tuż po 20:00 usłyszałem to znowu. Skrzeczenie. Tym razem wyraźniejsze niż kiedykolwiek.
Dźwięk nie dochodził z radia. Przyszedł z zewnątrz.
Zamknąłem się w pojeździe. Wyłączyłem wszystkie światła. Mikrofony działały. Siedziałem z notatnikiem, nasłuchując. Skrzeczenie powtórzyło się trzykrotnie. Zawsze w odstępach około 9 minut.
Zacząłem to zapisywać. Rytm. Powtarzalność. Tak jakby… komunikacja?
O 22:48 usłyszałem odgłos kroków. Nie bieg. Kroki. Powolne, ostrożne. Tuż za pojazdem. Mikrofony nie zareagowały. Kamera termiczna pokazała tylko fluktuację temperatury, jakby przez sekundę powietrze zrobiło się „cieplejsze”, ale nic więcej.
Nie wyszedłem. Nie próbowałem konfrontacji.
W tej chwili (jest 00:11) siedzę w środku, w absolutnej ciszy. Istota się oddaliła. Ale wiem, że tu była.
Dziś dowiedziałem się dwóch rzeczy:
1. To coś mnie zna.
2. To coś uczy się.
Nie wiem jeszcze, co zrobię jutro. Ale wiem, że nie jestem już tylko obserwatorem.
Obudziłem się zlany potem. Nie wiem, czy to był sen, czy coś więcej.
Śniło mi się, że leżę w ruinach starego domu. Nie mogłem się poruszyć, tylko patrzyłem w sufit. A nad sufitem, w miejscu, gdzie dawniej był żyrandol — to coś patrzyło na mnie. Nie miało twarzy. Tylko ciemność. I skrzeczenie.
O 05:30 rano zapisałem sen w notatniku. Wciąż miałem w głowie jego obraz. Ale bardziej niż obraz — uczucie. Uczucie bycia obserwowanym.
Po śniadaniu (puszka fasoli, woda z filtra) zająłem się urządzeniem radiowym. Przeprogramowałem jedną z wolnych częstotliwości, ustawiłem automatyczny komunikat. Powtarza się co 15 minut:
„Tu Oliver. Jeśli mnie słyszysz — odpowiadaj na częstotliwości 121.65. Szukam kontaktu. Nadal żyję.”
Zostawiłem nadajnik aktywny w pojeździe. Sam wyszedłem, by rozstawić czujniki.
Dzisiaj eksperymentalnie ustawiłem jeden mikrofon kierunkowy wyżej — na zniszczonej wieży sygnalizacyjnej. Liczyłem, że uda się nagrać odgłosy nocne z dalszego zasięgu. Dwa inne czujniki ustawiłem w odstępach co 20 metrów od obozu, każdy z termowizją i rejestratorem ruchu.
Do południa nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Teren wokół był cichy, martwy. Las przeszedł w wypaloną równinę. Ziemia sucha, popękana, w powietrzu czuć stare spalenizny.
O 15:40 wracając z patrolu, znalazłem coś nowego.
Na masce samochodu — ślady. Nie brudne smugi, nie odciski dłoni. Ślady trzech podłużnych linii, jakby ktoś lub coś przesunęło po niej palcami. Głębokie, równe rysy, prowadzące od jednej krawędzi do drugiej. Jakby ktoś chciał mi coś napisać. Albo zostawić sygnał.
Nie słyszałem nic. Czujniki nie zarejestrowały żadnego ruchu.
Zrobiłem zdjęcia, zapisałem obserwację. Przetarłem maskę, ale ślady zostały — wyżłobienia w metalu, nie tylko brud. Nie mógł tego zrobić człowiek.
Zbliżał się zmrok. Zasiadłem przy odbiorniku i przez godzinę skanowałem wszystkie znane mi kanały. Martwa cisza.
Tuż po 20:00 usłyszałem to znowu. Skrzeczenie. Tym razem wyraźniejsze niż kiedykolwiek.
Dźwięk nie dochodził z radia. Przyszedł z zewnątrz.
Zamknąłem się w pojeździe. Wyłączyłem wszystkie światła. Mikrofony działały. Siedziałem z notatnikiem, nasłuchując. Skrzeczenie powtórzyło się trzykrotnie. Zawsze w odstępach około 9 minut.
Zacząłem to zapisywać. Rytm. Powtarzalność. Tak jakby… komunikacja?
O 22:48 usłyszałem odgłos kroków. Nie bieg. Kroki. Powolne, ostrożne. Tuż za pojazdem. Mikrofony nie zareagowały. Kamera termiczna pokazała tylko fluktuację temperatury, jakby przez sekundę powietrze zrobiło się „cieplejsze”, ale nic więcej.
Nie wyszedłem. Nie próbowałem konfrontacji.
W tej chwili (jest 00:11) siedzę w środku, w absolutnej ciszy. Istota się oddaliła. Ale wiem, że tu była.
Dziś dowiedziałem się dwóch rzeczy:
1. To coś mnie zna.
2. To coś uczy się.
Nie wiem jeszcze, co zrobię jutro. Ale wiem, że nie jestem już tylko obserwatorem.
Dzień 13
Zanim słońce wstało, zrobiłem kawę z pozostałości kapsułek rozpuszczalnych. Nie mogłem zasnąć po wczoraj. Odtwarzałem zapisy audio z mikrofonów setki razy. Te dźwięki… to nie był przypadek. One miały strukturę. Przerwy między skrzeczeniami były niemal idealnie równe. Co 9 minut, 6 sekund. Trzy razy.
Zrobiłem notatki.
Wygląda to jak wzorzec. Rytm. Próba komunikacji?
Użyłem dziś z rana farby fluorescencyjnej, jednej z ostatnich puszek, by oznaczyć drzewa wokół pojazdu. Zaznaczyłem strzałki prowadzące do centrum, jakby kierując coś do „pułapki”. W samym środku, dokładnie 4 metry od mojego pojazdu, ustawiłem aktywowany mikrofon z czujnikiem ruchu i kamerą noktowizyjną.
Pod mikrofonem zostawiłem przedmiot — notatnik. Pusty. Czysty.
Napisałem na nim prosty napis: „Jeśli rozumiesz – zostaw znak.”
Po południu nic się nie wydarzyło. Spędziłem czas na przeglądzie map, notując potencjalne drogi ewakuacyjne. Jeśli istota stanie się agresywna — muszę być gotów.
Około 18:00 przyszedł pierwszy znak. Termiczny czujnik pokazał bardzo krótkie, bardzo intensywne zaburzenie — jakby coś przeszło przez pole czujnika z ogromną prędkością. Ale kamera nie zarejestrowała nic. Przewinąłem zapis klatka po klatce. W jednej z nich, przez ułamek sekundy, widać coś… smukłego. Czarnego. Zgiętego nienaturalnie. Jakby część ramienia? Lub kończyny?
Nie jestem pewien.
Czekałem do zmroku.
O 21:17 usłyszałem skrzeczenie. Jedno. Tylko jedno. Blisko.
Zamknąłem się w pojeździe i patrzyłem przez wizjer noktowizyjny. Przez chwilę nic. Potem — znikome poruszenie w miejscu pułapki. Kamera nie zarejestrowała ruchu. Mikrofon milczał. Ale notatnik… zniknął.
Wyszedłem ostrożnie dopiero o 00:38, uzbrojony w światło UV. Notatnik leżał 5 metrów dalej — odwrócony. Strona otwarta.
Był na niej znak. Nie litera. Nie rysunek. Tylko jedno pociągnięcie – spiralna kreska, jakby obracająca się do środka. Symbol. Ręcznie narysowany, nieregularny, ale świadomy.
To coś zrozumiało?
Nie wiem jeszcze, jak to interpretować. Ale dziś wydarzyło się coś nowego: kontakt symboliczny. Pierwsza odpowiedź.
Kończę wpis z napięciem w kręgosłupie. Nie wiem, czy to postęp. Czy to początek.
Ale wiem jedno:
Jest coraz bliżej. I coraz bardziej świadome.
---
Zanim słońce wstało, zrobiłem kawę z pozostałości kapsułek rozpuszczalnych. Nie mogłem zasnąć po wczoraj. Odtwarzałem zapisy audio z mikrofonów setki razy. Te dźwięki… to nie był przypadek. One miały strukturę. Przerwy między skrzeczeniami były niemal idealnie równe. Co 9 minut, 6 sekund. Trzy razy.
Zrobiłem notatki.
Wygląda to jak wzorzec. Rytm. Próba komunikacji?
Użyłem dziś z rana farby fluorescencyjnej, jednej z ostatnich puszek, by oznaczyć drzewa wokół pojazdu. Zaznaczyłem strzałki prowadzące do centrum, jakby kierując coś do „pułapki”. W samym środku, dokładnie 4 metry od mojego pojazdu, ustawiłem aktywowany mikrofon z czujnikiem ruchu i kamerą noktowizyjną.
Pod mikrofonem zostawiłem przedmiot — notatnik. Pusty. Czysty.
Napisałem na nim prosty napis: „Jeśli rozumiesz – zostaw znak.”
Po południu nic się nie wydarzyło. Spędziłem czas na przeglądzie map, notując potencjalne drogi ewakuacyjne. Jeśli istota stanie się agresywna — muszę być gotów.
Około 18:00 przyszedł pierwszy znak. Termiczny czujnik pokazał bardzo krótkie, bardzo intensywne zaburzenie — jakby coś przeszło przez pole czujnika z ogromną prędkością. Ale kamera nie zarejestrowała nic. Przewinąłem zapis klatka po klatce. W jednej z nich, przez ułamek sekundy, widać coś… smukłego. Czarnego. Zgiętego nienaturalnie. Jakby część ramienia? Lub kończyny?
Nie jestem pewien.
Czekałem do zmroku.
O 21:17 usłyszałem skrzeczenie. Jedno. Tylko jedno. Blisko.
Zamknąłem się w pojeździe i patrzyłem przez wizjer noktowizyjny. Przez chwilę nic. Potem — znikome poruszenie w miejscu pułapki. Kamera nie zarejestrowała ruchu. Mikrofon milczał. Ale notatnik… zniknął.
Wyszedłem ostrożnie dopiero o 00:38, uzbrojony w światło UV. Notatnik leżał 5 metrów dalej — odwrócony. Strona otwarta.
Był na niej znak. Nie litera. Nie rysunek. Tylko jedno pociągnięcie – spiralna kreska, jakby obracająca się do środka. Symbol. Ręcznie narysowany, nieregularny, ale świadomy.
To coś zrozumiało?
Nie wiem jeszcze, jak to interpretować. Ale dziś wydarzyło się coś nowego: kontakt symboliczny. Pierwsza odpowiedź.
Kończę wpis z napięciem w kręgosłupie. Nie wiem, czy to postęp. Czy to początek.
Ale wiem jedno:
Jest coraz bliżej. I coraz bardziej świadome.
---
Dzień 14
Obudziłem się przed świtem, z uczuciem, że coś mnie obserwuje. Przez chwilę siedziałem bez ruchu w środku pojazdu, próbując usłyszeć cokolwiek poza własnym oddechem. Cisza.
Dopiero później, kiedy kawa zaczęła parować w metalowym kubku, odważyłem się podejść do miejsca, gdzie wczoraj zostawiłem notatnik.
Spirala wciąż tam była. Nie zatarła się, choć padało lekko przez większą część nocy. Na rogu kartki — coś nowego.
Odciśnięte coś... jakby trzy cienkie ślady, każdy długi na kilkanaście centymetrów, jak szpony. Nie było w tym agresji. Zostały odciśnięte lekko, jakby celowo. Jakby z ostrożnością.
Zdecydowałem się odpowiedzieć.
Nie wiem, czy to mądre. Ale ignorowanie czegoś, co zaczyna odpowiadać, byłoby jak ignorowanie echa w pustce — odmawianie sobie dowodu, że ktoś tam jest.
Pod spiralą narysowałem okrąg. Zamknięty, czysty. Nie miał znaczenia — był tylko czymś, co sugeruje pełnię. Może równowagę. Albo zaproszenie.
Pod spodem napisałem:
„Rozumiem. Obserwuję. Nie jestem wrogiem.”
Zostawiłem kartkę w tym samym miejscu, przykrytą płaskim kamieniem, żeby nie odleciała.
Resztę dnia spędziłem przeglądając dane z kamer. Nagrania z nocy nie wykazały nic nowego poza jednym szczegółem: na nagraniu z 03:46 widać, że notatnik jest lekko przekrzywiony, choć wieczorem leżał prosto. Ktoś lub coś go dotknęło. Bez dźwięku, bez ruchu dookoła.
Jakby cień przesunął się przez miejsce obserwacji — i zniknął.
Zaczynam się przyzwyczajać do tego, że to coś jest, ale nie wiem, gdzie.
Zachowuje regularność, ale nie daje się złapać na żadne przewidywalne reguły. Zjawia się wtedy, gdy czuję się najbezpieczniej.
O 21:00 radio zapiszczało. Krótkie, pojedyncze zakłócenie. Nie było tam żadnego głosu. Ale przy wczorajszych ustawieniach radia zapisało się coś na linii 58.42 MHz.
Zanotowałem.
Dziś nic nie słyszę, ale czuję coś nowego: obecność z intencją.
Nie wiem jeszcze jaką.
Ale
wiem, że spiralę ktoś zrozumiał.
---
Obudziłem się przed świtem, z uczuciem, że coś mnie obserwuje. Przez chwilę siedziałem bez ruchu w środku pojazdu, próbując usłyszeć cokolwiek poza własnym oddechem. Cisza.
Dopiero później, kiedy kawa zaczęła parować w metalowym kubku, odważyłem się podejść do miejsca, gdzie wczoraj zostawiłem notatnik.
Spirala wciąż tam była. Nie zatarła się, choć padało lekko przez większą część nocy. Na rogu kartki — coś nowego.
Odciśnięte coś... jakby trzy cienkie ślady, każdy długi na kilkanaście centymetrów, jak szpony. Nie było w tym agresji. Zostały odciśnięte lekko, jakby celowo. Jakby z ostrożnością.
Zdecydowałem się odpowiedzieć.
Nie wiem, czy to mądre. Ale ignorowanie czegoś, co zaczyna odpowiadać, byłoby jak ignorowanie echa w pustce — odmawianie sobie dowodu, że ktoś tam jest.
Pod spiralą narysowałem okrąg. Zamknięty, czysty. Nie miał znaczenia — był tylko czymś, co sugeruje pełnię. Może równowagę. Albo zaproszenie.
Pod spodem napisałem:
„Rozumiem. Obserwuję. Nie jestem wrogiem.”
Zostawiłem kartkę w tym samym miejscu, przykrytą płaskim kamieniem, żeby nie odleciała.
Resztę dnia spędziłem przeglądając dane z kamer. Nagrania z nocy nie wykazały nic nowego poza jednym szczegółem: na nagraniu z 03:46 widać, że notatnik jest lekko przekrzywiony, choć wieczorem leżał prosto. Ktoś lub coś go dotknęło. Bez dźwięku, bez ruchu dookoła.
Jakby cień przesunął się przez miejsce obserwacji — i zniknął.
Zaczynam się przyzwyczajać do tego, że to coś jest, ale nie wiem, gdzie.
Zachowuje regularność, ale nie daje się złapać na żadne przewidywalne reguły. Zjawia się wtedy, gdy czuję się najbezpieczniej.
O 21:00 radio zapiszczało. Krótkie, pojedyncze zakłócenie. Nie było tam żadnego głosu. Ale przy wczorajszych ustawieniach radia zapisało się coś na linii 58.42 MHz.
Zanotowałem.
Dziś nic nie słyszę, ale czuję coś nowego: obecność z intencją.
Nie wiem jeszcze jaką.
Ale
wiem, że spiralę ktoś zrozumiał.
---
Dzień 15
Dziś nie zrobiłem niczego innego niż zwykle. Sprawdziłem czujniki. Pamiętnik wciąż leżał na swoim miejscu — okrąg pozostał nietknięty. Ale coś było nie tak.
Wszystko działo się tak, jakby... za cicho.
Las był nienaturalnie martwy. Żadnych ptaków, żadnych odgłosów owadów, żadnych pękających gałązek w oddali. Tylko wiatr. Tylko ten cholerny wiatr, który nie pasował do pogody.
Zbliżał się zmierzch, kiedy ustawiłem radio i postanowiłem nadać pierwszy pełny komunikat głosowy. Przez 17 sekund mówiłem prostym, monotonnym tonem:
„Tu Oliver Thorne. Przetrwałem. Jestem tu. Nie mam wrogich zamiarów. Jeżeli mnie słyszysz — daj znak. Cokolwiek. Dźwięk. Ruch. Obserwuję. Nie jestem wrogiem.”
Puściłem nagranie w pętli na częstotliwości 58.42 MHz.
O 22:07 zaczęło się.
Radio — to samo, które nadawało — nagle zaczęło odbierać.
Ten sam głos.
Mój głos.
Ale... zniekształcony. Jakby mówił przez wodę. Jakby mówił... pod spodem czegoś. W słowach było coś niepokojącego, niepasującego. Na początku brzmiały tak samo jak nagranie. Ale potem... coś się zmieniło.
Głos powiedział:
„...nie jestem wrogiem... nie jestem tobą... nie jesteś sam...”
Wtedy nagranie się urwało.
Zrobiłem kilka kroków w stronę samochodu, kiedy kątem oka zobaczyłem ruch po lewej stronie. Coś błysnęło za drzewami. Oko? Metal? Nie zdążyłem się przyjrzeć, bo radio znowu się odezwało — tym razem szumem. Ale w szumie... był jęk. Cichy, pulsujący.
Nie zdążyłem go rozpoznać.
Bo wtedy, o 22:11, cała okolica eksplodowała dźwiękiem.
Nie radiowym.
Nie z mojej technologii.
Z powietrza.
Jakby samo niebo się rozdarło, jakby między koronami drzew rozrywano cienką warstwę rzeczywistości. Niski, modulowany dźwięk o częstotliwości, która przebijała się przez szpik kostny. Czułem go w czaszce, w gałkach ocznych, w języku.
Na 6 sekund... nie słyszałem nic innego.
A potem radio wyszeptało:
„Spójrz za siebie.”
Zamarłem.
Ale zrobiłem to.
Za mną, tuż za samochodem, w odległości nie większej niż 10 metrów, coś stało.
Wysokie. Niemożliwie szczupłe. Półprzezroczyste jak zniekształcony cień.
Z blizną światła przecinającą miejsce, gdzie powinny być oczy.
Stało nieruchomo.
Patrzyło.
Wtedy zgasło całe oświetlenie.
Nie wiem, jak długo siedziałem z włączonym nożem w dłoni, z plecami przyklejonymi do chłodnego metalu pojazdu. Kiedy z powrotem zapaliło się światło awaryjne, istoty już nie było.
Ale na karoserii, tuż nad tylnym nadkolem, ktoś wyrył znak.
Spiralę.
Ale tym razem... spiralę zamkniętą ostrzem w środku.
---
Dziś nie zrobiłem niczego innego niż zwykle. Sprawdziłem czujniki. Pamiętnik wciąż leżał na swoim miejscu — okrąg pozostał nietknięty. Ale coś było nie tak.
Wszystko działo się tak, jakby... za cicho.
Las był nienaturalnie martwy. Żadnych ptaków, żadnych odgłosów owadów, żadnych pękających gałązek w oddali. Tylko wiatr. Tylko ten cholerny wiatr, który nie pasował do pogody.
Zbliżał się zmierzch, kiedy ustawiłem radio i postanowiłem nadać pierwszy pełny komunikat głosowy. Przez 17 sekund mówiłem prostym, monotonnym tonem:
„Tu Oliver Thorne. Przetrwałem. Jestem tu. Nie mam wrogich zamiarów. Jeżeli mnie słyszysz — daj znak. Cokolwiek. Dźwięk. Ruch. Obserwuję. Nie jestem wrogiem.”
Puściłem nagranie w pętli na częstotliwości 58.42 MHz.
O 22:07 zaczęło się.
Radio — to samo, które nadawało — nagle zaczęło odbierać.
Ten sam głos.
Mój głos.
Ale... zniekształcony. Jakby mówił przez wodę. Jakby mówił... pod spodem czegoś. W słowach było coś niepokojącego, niepasującego. Na początku brzmiały tak samo jak nagranie. Ale potem... coś się zmieniło.
Głos powiedział:
„...nie jestem wrogiem... nie jestem tobą... nie jesteś sam...”
Wtedy nagranie się urwało.
Zrobiłem kilka kroków w stronę samochodu, kiedy kątem oka zobaczyłem ruch po lewej stronie. Coś błysnęło za drzewami. Oko? Metal? Nie zdążyłem się przyjrzeć, bo radio znowu się odezwało — tym razem szumem. Ale w szumie... był jęk. Cichy, pulsujący.
Nie zdążyłem go rozpoznać.
Bo wtedy, o 22:11, cała okolica eksplodowała dźwiękiem.
Nie radiowym.
Nie z mojej technologii.
Z powietrza.
Jakby samo niebo się rozdarło, jakby między koronami drzew rozrywano cienką warstwę rzeczywistości. Niski, modulowany dźwięk o częstotliwości, która przebijała się przez szpik kostny. Czułem go w czaszce, w gałkach ocznych, w języku.
Na 6 sekund... nie słyszałem nic innego.
A potem radio wyszeptało:
„Spójrz za siebie.”
Zamarłem.
Ale zrobiłem to.
Za mną, tuż za samochodem, w odległości nie większej niż 10 metrów, coś stało.
Wysokie. Niemożliwie szczupłe. Półprzezroczyste jak zniekształcony cień.
Z blizną światła przecinającą miejsce, gdzie powinny być oczy.
Stało nieruchomo.
Patrzyło.
Wtedy zgasło całe oświetlenie.
Nie wiem, jak długo siedziałem z włączonym nożem w dłoni, z plecami przyklejonymi do chłodnego metalu pojazdu. Kiedy z powrotem zapaliło się światło awaryjne, istoty już nie było.
Ale na karoserii, tuż nad tylnym nadkolem, ktoś wyrył znak.
Spiralę.
Ale tym razem... spiralę zamkniętą ostrzem w środku.
---
Czekam z niecierpliwością na feedback :)