DZIEŃ 21
Lokalizacja: Wschodnie pogranicze ruin Cairns, Australia
Godzina: 05:12
W nocy śniło mi się, że siedzę z ojcem przy kuchennym stole. Śniadanie. Chleb z pastą jajeczną. Pamiętam, że masło było za twarde i szarpało kromkę. Ojciec nic nie mówił. Przekładał jedzenie z jednej ręki do drugiej, jakby ważył życie. Światło za oknem było za białe. Nienaturalnie czyste. Wszystko pachniało dymem — nie dymem z grilla, ale tym ostrym, poprzemysłowym. Obudziłem się z paznokciem wbitym w przedramię. Do krwi.
Godzina: 09:47
Dziwna pogoda. Całe niebo jakby zaszło warstwą sadzy, ale nie czuć deszczu. Temperatura się nie zmienia. Czujniki ruchu milczą. Radio satelitarne bez odpowiedzi. Dziś znów spróbowałem nadać ten sam komunikat. Tym razem zmieniłem ton — mówiłem do nich jak do siebie.
„Jestem Oliver. Nie wiem, czy mnie słyszycie. Szukam was. Jestem na trasie A1, 60 kilometrów od Cairns. Zostawiam ślady. Jestem. Jeszcze jestem.”
Godzina: 13:22
Znalazłem dziennik.
Nie mój.
Leżał w opuszczonej stacji transformatorowej, schowany za agregatem. Jest stary, okładka napuchnięta od wilgoci. Zapiski wewnątrz… moje pismo. Ten sam charakter. Ten sam tusz, jakim pisałem w zeszycie dwa tygodnie temu. Tylko data się nie zgadza.
Strony opisują dni, których nie pamiętam. Spotkania z istotą, rozmowy, jakbyśmy się znali. Coś o rytmie, o powtarzalności. Podobno od 12 dni krążę po tym samym terytorium.
Zamknąłem dziennik. Zostawiłem go. Nie zabieram obcych śladów.
Godzina: 17:30
Zatrzymałem się dziś wcześniej niż zwykle. Przedziwne uczucie — jakby coś próbowało mnie zatrzymać tam, w tej stacji. Jakby się bało, że ruszę dalej. Coś próbowało odtworzyć mój świat, moją przeszłość. Ale to wszystko było… płaskie. Jakby grało emocje, których nie rozumiało.
Godzina: 21:44
Usłyszałem dziś własny głos przez radio. Tę samą wiadomość, jaką nagrałem rano — tylko że nieco zmienioną. W tle słychać było delikatne klikanie, jakby ktoś przestawiał instrumenty. A potem... słowa, których nie wypowiedziałem:
„Jestem Oliver. Czekam na was. Już wiem, gdzie jesteście.”
Nie nadawałem tego.
Godzina: 23:01
Obserwuję niebo. Gwiazdy nie są tam, gdzie powinny.
Albo ja jestem nie tam, gdzie powinienem być.
Zamykam oczy. Zostawiam radio włączone.
Może jutro usłyszę coś nowego. Albo… ktoś usłyszy mnie.
---
Lokalizacja: Wschodnie pogranicze ruin Cairns, Australia
Godzina: 05:12
W nocy śniło mi się, że siedzę z ojcem przy kuchennym stole. Śniadanie. Chleb z pastą jajeczną. Pamiętam, że masło było za twarde i szarpało kromkę. Ojciec nic nie mówił. Przekładał jedzenie z jednej ręki do drugiej, jakby ważył życie. Światło za oknem było za białe. Nienaturalnie czyste. Wszystko pachniało dymem — nie dymem z grilla, ale tym ostrym, poprzemysłowym. Obudziłem się z paznokciem wbitym w przedramię. Do krwi.
Godzina: 09:47
Dziwna pogoda. Całe niebo jakby zaszło warstwą sadzy, ale nie czuć deszczu. Temperatura się nie zmienia. Czujniki ruchu milczą. Radio satelitarne bez odpowiedzi. Dziś znów spróbowałem nadać ten sam komunikat. Tym razem zmieniłem ton — mówiłem do nich jak do siebie.
„Jestem Oliver. Nie wiem, czy mnie słyszycie. Szukam was. Jestem na trasie A1, 60 kilometrów od Cairns. Zostawiam ślady. Jestem. Jeszcze jestem.”
Godzina: 13:22
Znalazłem dziennik.
Nie mój.
Leżał w opuszczonej stacji transformatorowej, schowany za agregatem. Jest stary, okładka napuchnięta od wilgoci. Zapiski wewnątrz… moje pismo. Ten sam charakter. Ten sam tusz, jakim pisałem w zeszycie dwa tygodnie temu. Tylko data się nie zgadza.
Strony opisują dni, których nie pamiętam. Spotkania z istotą, rozmowy, jakbyśmy się znali. Coś o rytmie, o powtarzalności. Podobno od 12 dni krążę po tym samym terytorium.
Zamknąłem dziennik. Zostawiłem go. Nie zabieram obcych śladów.
Godzina: 17:30
Zatrzymałem się dziś wcześniej niż zwykle. Przedziwne uczucie — jakby coś próbowało mnie zatrzymać tam, w tej stacji. Jakby się bało, że ruszę dalej. Coś próbowało odtworzyć mój świat, moją przeszłość. Ale to wszystko było… płaskie. Jakby grało emocje, których nie rozumiało.
Godzina: 21:44
Usłyszałem dziś własny głos przez radio. Tę samą wiadomość, jaką nagrałem rano — tylko że nieco zmienioną. W tle słychać było delikatne klikanie, jakby ktoś przestawiał instrumenty. A potem... słowa, których nie wypowiedziałem:
„Jestem Oliver. Czekam na was. Już wiem, gdzie jesteście.”
Nie nadawałem tego.
Godzina: 23:01
Obserwuję niebo. Gwiazdy nie są tam, gdzie powinny.
Albo ja jestem nie tam, gdzie powinienem być.
Zamykam oczy. Zostawiam radio włączone.
Może jutro usłyszę coś nowego. Albo… ktoś usłyszy mnie.
---
DZIEŃ 22
Lokalizacja: 48 km na południowy wschód od ruin Cairns, Australia
Godzina: 04:12
Nie spałem. Nie potrafiłem. Głos z radia odtwarzał się raz po raz przez całą noc. Mój głos, ale bez mojej intencji. Coś jak zniekształcony echo — nie dźwięk odbity, ale myśl odbita. Przeinaczona. Zdeformowana.
Nad ranem spróbowałem nagrać wiadomość od nowa, powtarzając ją powoli. Po każdym słowie zostawiałem pauzę, jakby liczyłem, że to coś odpowie. Ale radio zamilkło.
Godzina: 08:26
Znalazłem nowy ślad.
Nie od istoty.
Od mnie.
Na piachu przy przystanku, gdzie nocowałem dzień wcześniej, ktoś (lub coś) odcisnęło moje własne buty — kierujące się w przeciwną stronę. Pojedyncze ślady, równo rozstawione. Jakbym odszedł, ale nie wrócił. Dookoła żadnych innych tropów. Ani jednej oznaki walki, paniki, ucieczki.
To nie mogłem być ja. Ale ślad się zgadza. Podeszwa. Rozmiar. Wzór przetarcia.
Zrobiłem zdjęcie. Choć i tak już wiem, że pamięć wystarczy.
Godzina: 12:03
Istota. Znów ją widziałem.
Nie uciekałem. Nie zbliżałem się.
Stała wśród resztek spalonego zagajnika. Znieruchomiała. Jakby była tylko konturem czegoś większego, co jeszcze nie przeszło całkowicie na tę stronę. Jej sylwetka pulsowała. Nie oddychała — ona migotała. Tak jak światło, które nie do końca wie, czy ma być światłem, czy cieniem.
Miałem notatnik, spisałem wszystko, co zaobserwowałem:
Istota porusza się falami, nie krokami.
Przez chwilę wyglądała jak człowiek — może kobieta — ale zbyt długo. Twarz zbyt spokojna. Oczy nie miały punktu skupienia.
Gdy spojrzałem przez filtr UV, nie było jej.
Godzina: 17:15
Opuściłem zagajnik i znalazłem starą szkołę. Przeszukiwałem zrujnowane sale, kiedy znalazłem kolejną notatkę — wetkniętą za tablicę korkową. Zapisana na pożółkłej kartce:
> „Nie ufaj własnym wspomnieniom. Czas nie działa tutaj liniowo. Jeśli ją zobaczysz — zapisz, nie rozmawiaj.”
— podpis: O.
To mój podpis. Ten sam, którego używam w notatkach terenowych. Litera identyczna. Drżenie ręki to samo.
Ale ja tego nie napisałem. Jeszcze.
Godzina: 22:33
W nocy znowu się odezwała.
Nie radio.
Nie istota.
Ja.
Z głośnika dobył się mój głos. Tym razem spokojny. Nienaturalnie wyciszony. Zniekształcony.
Słowa:
> „Dobrze ci idzie. Jesteś blisko. Nie pytaj jak wiem. Pamiętaj tylko, że koniec nie będzie końcem, a początek nie był początkiem.”
Nie jestem pewien, czy to ostrzeżenie, czy zac
hęta.
Zostawiłem radio włączone. Czekam na dalszy kontakt.
---
Lokalizacja: 48 km na południowy wschód od ruin Cairns, Australia
Godzina: 04:12
Nie spałem. Nie potrafiłem. Głos z radia odtwarzał się raz po raz przez całą noc. Mój głos, ale bez mojej intencji. Coś jak zniekształcony echo — nie dźwięk odbity, ale myśl odbita. Przeinaczona. Zdeformowana.
Nad ranem spróbowałem nagrać wiadomość od nowa, powtarzając ją powoli. Po każdym słowie zostawiałem pauzę, jakby liczyłem, że to coś odpowie. Ale radio zamilkło.
Godzina: 08:26
Znalazłem nowy ślad.
Nie od istoty.
Od mnie.
Na piachu przy przystanku, gdzie nocowałem dzień wcześniej, ktoś (lub coś) odcisnęło moje własne buty — kierujące się w przeciwną stronę. Pojedyncze ślady, równo rozstawione. Jakbym odszedł, ale nie wrócił. Dookoła żadnych innych tropów. Ani jednej oznaki walki, paniki, ucieczki.
To nie mogłem być ja. Ale ślad się zgadza. Podeszwa. Rozmiar. Wzór przetarcia.
Zrobiłem zdjęcie. Choć i tak już wiem, że pamięć wystarczy.
Godzina: 12:03
Istota. Znów ją widziałem.
Nie uciekałem. Nie zbliżałem się.
Stała wśród resztek spalonego zagajnika. Znieruchomiała. Jakby była tylko konturem czegoś większego, co jeszcze nie przeszło całkowicie na tę stronę. Jej sylwetka pulsowała. Nie oddychała — ona migotała. Tak jak światło, które nie do końca wie, czy ma być światłem, czy cieniem.
Miałem notatnik, spisałem wszystko, co zaobserwowałem:
Istota porusza się falami, nie krokami.
Przez chwilę wyglądała jak człowiek — może kobieta — ale zbyt długo. Twarz zbyt spokojna. Oczy nie miały punktu skupienia.
Gdy spojrzałem przez filtr UV, nie było jej.
Godzina: 17:15
Opuściłem zagajnik i znalazłem starą szkołę. Przeszukiwałem zrujnowane sale, kiedy znalazłem kolejną notatkę — wetkniętą za tablicę korkową. Zapisana na pożółkłej kartce:
> „Nie ufaj własnym wspomnieniom. Czas nie działa tutaj liniowo. Jeśli ją zobaczysz — zapisz, nie rozmawiaj.”
— podpis: O.
To mój podpis. Ten sam, którego używam w notatkach terenowych. Litera identyczna. Drżenie ręki to samo.
Ale ja tego nie napisałem. Jeszcze.
Godzina: 22:33
W nocy znowu się odezwała.
Nie radio.
Nie istota.
Ja.
Z głośnika dobył się mój głos. Tym razem spokojny. Nienaturalnie wyciszony. Zniekształcony.
Słowa:
> „Dobrze ci idzie. Jesteś blisko. Nie pytaj jak wiem. Pamiętaj tylko, że koniec nie będzie końcem, a początek nie był początkiem.”
Nie jestem pewien, czy to ostrzeżenie, czy zac
hęta.
Zostawiłem radio włączone. Czekam na dalszy kontakt.
---
DZIEŃ 23
Lokalizacja: nieznana
Godzina: 00:00
Nie wiem, gdzie jestem. To nie jest Australia. To nie jest świat, który znałem. Jeśli to wciąż świat, to jego cień. Echo. Przestrzeń między jedną myślą a drugą. Zasnąłem tylko na chwilę. Tak mi się wydaje. Ale gdy się obudziłem, słońca nie było.
Nie, nie noc. Nie zachód.
Niebo zniknęło.
Cały horyzont stał się martwy, jak wygaszony ekran. Światła? Są, ale nie mają źródła. Przedmioty? Mają kształty, ale nie cienie. Kolory przestały odpowiadać temu, co widzę. Zielony jest teraz zimny. Czerwony brzmi jak głos.
Wszystko jest... na odwrót.
---
Godzina: 02:17
Znalazłem siebie.
Stoję naprzeciwko. 10 metrów ode mnie.
Jestem ubrany tak samo jak dziś rano. Ten sam plecak. Ten sam notatnik. Ale jego — moje — oczy są puste. Nie martwe. Po prostu... czekające.
Nie mówi.
Nie rusza się.
Patrzy.
Zrobiłem krok do przodu. On też. Z opóźnieniem. Jakby reagował, ale tylko wtedy, gdy go obserwuję. Gdy zamknąłem oczy na trzy sekundy — on zmienił pozycję. Teraz był tylko pięć metrów dalej.
Zrozumiałem.
To nie jest lustrzane odbicie.
To nie jestem ja.
To ktoś, kto mnie obserwuje, udając mnie, czekając aż ja popełnię błąd.
---
Godzina: 05:40
Próbowałem uciekać.
Nie można uciec, jeśli droga zmienia się z każdym mrugnięciem. Drzewa stają się budynkami, potem gruzem, potem znów pustynią. Czas nie biegnie. Czas się rozsuwa.
Zostawiłem notatnik. Potem znalazłem go kilometr dalej. Leżał otwarty na stronie, której nigdy nie zapisałem. Treść:
> „Nie jesteś Oliverem. Ale on będzie tobą. Jeśli nie zapamiętasz tych słów — obudzisz się jako on. Jeśli je zapamiętasz — będziesz ostatni.”
Nie wiem, czy to zagadka. Może ostrzeżenie.
Może wyrok.
---
Godzina: 10:00
Dźwięk.
Wysoka częstotliwość, jak pisk starego radia, ale niesłyszalna dla uszu — czułem ją zębami. Sygnał nie był przypadkowy. To nie był szum.
To była mowa.
Ktoś — coś — komunikowało się ze mną bez pośrednictwa dźwięku. Jakby język został zapomniany i zastąpiony przez czucie obecności. I wtedy zrozumiałem...
Cały świat, który znałem, nie był prawdziwy.
Nie był nawet światem.
Był symulacją przejścia.
Testem obecności.
Poczekalnią.
I właśnie teraz, dzień 23, kończy się czekanie.
---
Godzina: 23:59
Czas się zatrzymał.
Nie metaforycznie. Zegarek przestał działać. Słońce nie istnieje. Niebo zapadło się jak pusta powieka. A przede mną... Drzwi. Bez ściany. Bez ramy. Po prostu stojące, samotne w przestrzeni, która przypomina pokój snu.
Nie wiem, co za nimi.
Ale coś
na mnie czeka.
I wiem jedno: to ja je muszę otworzyć.
To zawsze byłem ja.
---
Lokalizacja: nieznana
Godzina: 00:00
Nie wiem, gdzie jestem. To nie jest Australia. To nie jest świat, który znałem. Jeśli to wciąż świat, to jego cień. Echo. Przestrzeń między jedną myślą a drugą. Zasnąłem tylko na chwilę. Tak mi się wydaje. Ale gdy się obudziłem, słońca nie było.
Nie, nie noc. Nie zachód.
Niebo zniknęło.
Cały horyzont stał się martwy, jak wygaszony ekran. Światła? Są, ale nie mają źródła. Przedmioty? Mają kształty, ale nie cienie. Kolory przestały odpowiadać temu, co widzę. Zielony jest teraz zimny. Czerwony brzmi jak głos.
Wszystko jest... na odwrót.
---
Godzina: 02:17
Znalazłem siebie.
Stoję naprzeciwko. 10 metrów ode mnie.
Jestem ubrany tak samo jak dziś rano. Ten sam plecak. Ten sam notatnik. Ale jego — moje — oczy są puste. Nie martwe. Po prostu... czekające.
Nie mówi.
Nie rusza się.
Patrzy.
Zrobiłem krok do przodu. On też. Z opóźnieniem. Jakby reagował, ale tylko wtedy, gdy go obserwuję. Gdy zamknąłem oczy na trzy sekundy — on zmienił pozycję. Teraz był tylko pięć metrów dalej.
Zrozumiałem.
To nie jest lustrzane odbicie.
To nie jestem ja.
To ktoś, kto mnie obserwuje, udając mnie, czekając aż ja popełnię błąd.
---
Godzina: 05:40
Próbowałem uciekać.
Nie można uciec, jeśli droga zmienia się z każdym mrugnięciem. Drzewa stają się budynkami, potem gruzem, potem znów pustynią. Czas nie biegnie. Czas się rozsuwa.
Zostawiłem notatnik. Potem znalazłem go kilometr dalej. Leżał otwarty na stronie, której nigdy nie zapisałem. Treść:
> „Nie jesteś Oliverem. Ale on będzie tobą. Jeśli nie zapamiętasz tych słów — obudzisz się jako on. Jeśli je zapamiętasz — będziesz ostatni.”
Nie wiem, czy to zagadka. Może ostrzeżenie.
Może wyrok.
---
Godzina: 10:00
Dźwięk.
Wysoka częstotliwość, jak pisk starego radia, ale niesłyszalna dla uszu — czułem ją zębami. Sygnał nie był przypadkowy. To nie był szum.
To była mowa.
Ktoś — coś — komunikowało się ze mną bez pośrednictwa dźwięku. Jakby język został zapomniany i zastąpiony przez czucie obecności. I wtedy zrozumiałem...
Cały świat, który znałem, nie był prawdziwy.
Nie był nawet światem.
Był symulacją przejścia.
Testem obecności.
Poczekalnią.
I właśnie teraz, dzień 23, kończy się czekanie.
---
Godzina: 23:59
Czas się zatrzymał.
Nie metaforycznie. Zegarek przestał działać. Słońce nie istnieje. Niebo zapadło się jak pusta powieka. A przede mną... Drzwi. Bez ściany. Bez ramy. Po prostu stojące, samotne w przestrzeni, która przypomina pokój snu.
Nie wiem, co za nimi.
Ale coś
na mnie czeka.
I wiem jedno: to ja je muszę otworzyć.
To zawsze byłem ja.
---