11
Rybka
Samogłów wygląda jak dowód na klęskę ewolucji. Jaskrawy przejaw tego, że Bóg ma nas tam, gdzie mu aureola nie sięga. Nie ma na świecie ryby z głupszym wyrazem twarzy. W dodatku sierota nie może jej zamknąć, bo ma na stałe zrośnięte zęby – jakby jej ktoś wziernik ginekologiczny wcisnął do ryja.

Biedny drań wygląda, jakby Bóg zaczął robić normalną rybę, ale w połowie się znudził i poszedł na pustynię straszyć Żydów. W dodatku jest totalnym bydlakiem, bo potrafi ważyć ponad dwie tony przy trzech metrach wzrostu. Gdzieś tam, w Oceanie Atlantyckim, Spokojnym albo Indyjskim, pływa sobie rybi łeb rozmiarów furgonetki.

Samogłów jest najcięższą rybą kostnoszkieletową, ale nie rodzi się wcale taki wielki. Zaczyna jako jedno z 300 milionów jaj. To nie błąd – jak już pani samogłów bierze się za przedłużenie gatunku, to wypluwa z siebie jednorazowo populację Stanów Zjednoczonych. Nie ma bata, żeby któryś z maluchów nie dożył dorosłości. Poza tym planktonojady rosną szybciej niż zadłużenie szpitala w Polsce.

Jak już zrobią się duże, okrągłe i brzydkie jak pogoda za oknem, to drapieżniki tracą nimi zainteresowanie. Może chodzi o to, że ich skóra jest gruba na 7 centymetrów i w dotyku przypomina papier ścierny. Badacze, którzy się przypadkiem otrą o samogłowa, kończą jak miłośnicy figli na dywanie.

Poza tym samogłów to w zasadzie robaczywy worek z glutami. Jego mięso jest galaretowate i dzięki temu radzi sobie bez pęcherza pławnego. Trudno go ugryźć, zawartość jest mało pożywna, a ciało ma pokryte tysiącami pasożytów. Jest ich tak wiele, że samogłów wynurza się na powierzchnię burtą do góry, żeby go ptaki obżarły z pasażerów na gapę. Wygląda wtedy, jakby się opalał – i stąd angielska nazwa sunfish. Polacy byli bardziej bezpośredni.

Chociaż nie wygląda, to samogłów potrafi całkiem sprawnie pływać. Używa do tego płetwy, którą macha jak sflaczałym wiosłem. Od czasu do czasu rozpędzony samogłów wyskakuje nawet nad powierzchnię. Niby po to, żeby zrzucić z siebie pasożyty – ale przynajmniej raz udało mu się spaść na typa w łódce. Łowicie sobie spokojnie ryby albo śpiewacie o gołych babach – czy co tam robią marynarze – i nagle ląduje na was morski odpowiednik fortepianu, jak na biednym Kojocie z bajki o tym Strusiu Psychopacie.

Mogłoby się wydawać, że samogłów to worek treningowy matki natury i już za chwilę, już za momencik, weźmie i całkiem wyginie. Tymczasem skubany robi sobie jaja z ewolucji i dobrego gustu już od około 50 milionów lat. To właśnie dlatego tak głupio wygląda – zszedł z deski kreślarskiej, kiedy stwórca dopiero uczył się rysować. Jest odpowiednikiem obrazka, który dumni rodzice wieszają na lodówce, a potem – 20 lat później – wyciągają, żeby wam pocisnąć po rajtach, jacy byliście uroczy. Tylko samogłów wtranżala jeszcze meduzy – poza tym zero różnicy.
Rybka
0.061524868011475