4
Rozdział 9: Brama do otchłani

Mariusz czołgał się przez tunel, czując, jak jego ciało odmawia posłuszeństwa. Skóra na łokciach i kolanach była zdarta do krwi, mięśnie drżały z wyczerpania, a każdy oddech smakował siarką i zgniłym mięsem. Latarka czołowa migotała, rzucając chaotyczne cienie na ściany, które zdawały się pulsować, jakby jaskinia była żywym organizmem. Czerwona poświata w oddali przyciągała go, hipnotyzowała, choć każdy instynkt krzyczał, by zawrócił. Ale zawrócenie nie było możliwe. Ryk za nim – kakofonia skowytów, warczenia i śmiechu – był tak blisko, że czuł gorący oddech na karku. To, co go ścigało, nie było człowiekiem. Nie było zwierzęciem. Było czymś, co nie powinno istnieć.
Tunel stawał się coraz gorętszy, jakby prowadził do wnętrza ziemi. Skała pod palcami Mariusza była parząca, a powietrze tak gęste, że oddychanie przypominało połykanie dymu. Jego płuca płonęły, każdy wdech był agonią. W głowie kołatała mu jedna myśl: „Dlaczego tu wszedłem?”. Jego pasja, jego obsesja wchodzenia w najniebezpieczniejsze jaskinie, teraz wydawała się szaleństwem. Hella Cave nie była wyzwaniem. Była pułapką. A on sam ją wybrał.
Ściany tunelu przeszły w coś, co wyglądało jak czarny obsydian, gładki i lśniący, jakby wyrzeźbiony przez istoty, a nie naturę. Malowidła, które widział wcześniej, stały się bardziej wyraźne – postacie z długimi kończynami, oczami jak płonące węgle, klęczały przed bramą pulsującą czerwonym światłem. Mariusz zatrzymał się na moment, dysząc, czując, jak serce wali mu w piersi. Te malowidła były stare, starsze niż jakakolwiek cywilizacja, którą znał. Setki tysięcy lat? Miliony? Nie miał pojęcia. Ale wiedział, że nie należały do świata żywych.
Czerwona poświata pochodziła ze szczeliny w skale, szerokiej na tyle, by mógł się przez nią przecisnąć. Pulsowała, jakby oddychała, a z jej wnętrza dobiegały szepty – nie w języku, który rozumiał, ale pełnym bólu, wściekłości i czegoś, co brzmiało jak głód. Mariusz chciał zawrócić, ale ryk za nim wstrząsnął ścianami, a kurz posypał się z sufitu. Nie miał wyboru. Przecisnął się przez szczelinę, czując, jak gorąco pali mu skórę, jakby przechodził przez płomienie. Gdy znalazł się po drugiej stronie, świat, który znał, przestał istnieć.
Rozdział 10: Jezioro lodu

Mariusz stanął na krawędzi ogromnej, czarnej równiny, rozciągającej się w nieskończoność. Powietrze było gorące, duszne, przesycone zapachem siarki, spalonego mięsa i czegoś, co przypominało rozkład. Czerwona poświata emanowała z ziemi, pulsując jak bijące serce. Przed nim rozciągało się jezioro lodu, nietopiące się mimo gorąca, w którym uwięzione były postacie – ich twarze wykrzywione w wiecznym bólu, oczy otwarte, patrzące w pustkę. To był dziewiąty krąg piekła, miejsce, gdzie karani byli najgorsi z ludzi – zdrajcy, ci, którzy złamali święte więzi zaufania. Mariusz nie wiedział, skąd to wie, ale czuł to w kościach. Hella Cave była bramą, a on przekroczył jej próg.
Ściany wokół równiny były czarne, pokryte malowidłami, które opowiadały historię. Pradawni ludzie, ubrani w skóry, składali ofiary – wrzucali ciała w czerwoną poświatę, błagając o litość istoty, które nazywali „Panami Głębin”. Ale ofiary nie wystarczyły. Malowidła pokazywały, jak brama się otwierała, jak cienie z płonącymi oczami wylewały się na świat, rozszarpując wszystko na swojej drodze. Mariusz poczuł, jak jego żołądek skręca się w supeł. To nie była jaskinia. To było piekło. A on, dotykając pierwszego symbolu, otworzył coś, co powinno zostać zamknięte.
W oddali słyszał wrzaski – nie ludzkie, ale jakby tysiące głosów błagało o litość. Czasem widział cienie w mroku, ruchy, które znikały, gdy kierował na nie latarkę. Jego umysł, wyczerpany głodem, dehydratacją i strachem, zaczynał płatać mu figle. Czy to naprawdę widział, czy to halucynacje? Ale zapach siarki, gorąco parzące skórę, lód, który nie topniał – to było prawdziwe. Mariusz szedł naprzód, potykając się o nierówną ziemię, czując, jak jego ciało trzęsie się z wyczerpania. Nie miał już wody, jedzenia, nadziei. Miał tylko nóż, linę i latarkę, której światło słabło z każdą chwilą.
Wtedy usłyszał głos. Nie z zewnątrz, ale w swojej głowie. Był ludzki, znajomy, ale pełen bólu. „Mariuszu” – szeptał. „Dlaczego to zrobiłeś?”. Głos należał do Tomka, jego przyjaciela z młodości. Mariusz znieruchomiał, czując, jak krew odpływa mu z twarzy. Tomek zginął podczas wspinaczki, lata temu. Mariusz powiedział wszystkim, że to wypadek, że lina pękła. Ale prawda była inna. Mariusz celowo nie zabezpieczył liny, bo chciał zdobyć dziewczynę Tomka. Zdrada. Najgorszy grzech. Głos Tomka śmiał się, pełen goryczy. „Myślisz, że zapomniałem?”.
Rozdział 11: Cienie zdrady

Mariusz biegł, choć jego nogi ledwo go niosły. Jezioro lodu zostało za nim, a przed nim rozciągała się czarna pustynia popiołu, gdzie wiatr niósł szepty jego własnych wspomnień. Głos Tomka nie milkł, wdzierał się do jego umysłu, przypominając mu o zdradzie. „Patrzyłeś, jak spadam” – szeptał. „Mogłeś mnie uratować”. Mariusz zacisnął zęby, próbując zagłuszyć głos, ale wtedy dołączył inny. Zimny, spokojny, należący do Adama, grotołaza, którego Mariusz zabił pięć lat temu. Adam odkrył, że Mariusz kradł sprzęt i sprzedawał go na czarnym rynku. Mariusz otruł go, upozorowawszy samobójstwo. „Wiedziałem, że to ty” – szeptał głos Adama. „Twoje ręce są brudne od krwi”.
Głosy były telepatyczne, jakby demony, które go ścigały, sięgały prosto do jego duszy. Mariusz potknął się, padając na kolana w popiele. Jego dłonie zadrżały, gdy spojrzał na nie – w słabym świetle latarki wydawały się pokryte krwią, choć wiedział, że to tylko kurz. Albo nie? Jego umysł pękał, rozdarty między strachem a poczuciem winy. Zawsze uważał się za dobrego człowieka. Grotołaz, odkrywca, ktoś, kto żyje dla adrenaliny. Ale teraz prawda go dogoniła. Był zdrajcą. Mordercą. I piekło o tym wiedziało.
Wstał, chwiejąc się, i ruszył dalej. Pustynia przeszła w labirynt czarnych filarów, między którymi wiły się strumienie lawy. W cieniach widział ruchy – wysokie, wychudzone sylwetki, czarne jak smoła, z długimi, szponiastymi kończynami. Ich twarze były zasłonięte dymem, ale oczy płonęły czerwonym blaskiem, jak rozżarzone węgle. Poruszały się nienaturalnie szybko, czasem znikając, czasem pojawiając się tuż obok, jakby nie podlegały prawom fizyki. Mariusz nie widział ich wyraźnie, ale czuł ich obecność, jakby samo powietrze wokół nich było zatrute. „Mariuszu” – szeptały ich głosy, teraz zmieszane z głosami Tomka i Adama. „Nigdy nie uciekniesz”.
Malowidła na filarach opowiadały tę samą historię, co wcześniej. Ludzie składający ofiary, zdradzający swoich bliskich, wrzucani w otchłań. Jedno malowidło pokazywało postać, która wyglądała jak on sam – grotołaz w kombinezonie, stojący przed bramą. Mariusz poczuł, jak jego serce zamiera. Czy to możliwe? Czy Hella Cave wiedziała, że przyjdzie? Czy wybrała go, bo jego grzechy były kluczem do bramy?
Rozdział 12: Ołtarz ofiar

Mariusz dotarł do centrum dziewiątego kręgu. Była to ogromna komora, której sufit ginął w mroku. Ściany pokrywały malowidła, ale teraz były niemal żywe – postacie zdawały się poruszać w świetle latarki, ich oczy śledziły każdy jego krok. W środku stał ołtarz, większy niż wszystkie poprzednie, wykuty z czarnego kamienia, pulsujący czerwoną poświatą. Na nim leżała czaszka, ludzka, z wygrawerowanym symbolem oka. Obok – dziennik, zniszczony, ale czytelny. Mariusz podniósł go, drżącymi rękami otwierając pożółkłe strony. Należał do grotołaza, który wszedł do Hella Cave dekady temu. Słowa były chaotyczne, pisane w panice: „To brama. Zdrada ich przyciąga. Nie wchodź. Oni wiedzą. Zawsze wiedzieli”.
Mariusz rzucił dziennik na ziemię, czując, jak resztki nadziei go opuszczają. Głosy w jego głowie stały się kakofonią – Tomek, Adam, demony, wszyscy naraz. „Zdradziłeś” – szeptały. „Zabiłeś”. „Jesteś nasz”. Komora wypełniła się rykiem, jakby samo piekło się obudziło. Mariusz spojrzał na ołtarz, czując, jak czerwona poświata przyciąga go, jakby chciała go połknąć. Wiedział, że to koniec. Nie było ucieczki. Hella Cave była jego grobem, a demony były jego katami.
Odwrócił się, widząc cienie, które zbliżały się z wszystkich stron. Były teraz wyraźniejsze – wysokie, wychudzone, ich czarne ciała lśniły jak smoła. Ich szpony były długie, zakrzywione, a oczy płonęły jak piece. Nie miały ust, ale ich głosy wdzierały się do jego umysłu, przypominając mu o każdym grzechu. „Tomek ufał ci” – szeptały. „Adam błagał o litość”. Mariusz chwycił nóż, choć wiedział, że to bez sensu. Machnął nim w powietrze, czując, jak ostrze przecina tylko dym. Demony zaśmiały się – niskim, wibrującym śmiechem, który wstrząsnął jego kośćmi.
Rozdział 13: Gdy spoglądasz w mrok

Mariusz stał przed ołtarzem, otoczony przez demony. Czerwona poświata pulsowała, jakby bijące serce piekła. Głosy w jego głowie były teraz wszędzie, wypełniały każdy zakamarek jego umysłu. „Dlaczego tu wszedłeś?” – szeptały. „Twoje grzechy otworzyły bramę”. Mariusz zrozumiał. Hella Cave nie była przypadkowa. Wybrała go, bo jego zdrada, jego morderstwo, były kluczem. Każdy, kto wszedł do tej jaskini, był naznaczony. Piekło wzywało zdrajców.
Próbował walczyć. Uniósł nóż, rzucając się na najbliższy cień. Ale jego ostrze przeszło przez demona, jakby był dymem. Pazur rozorał mu ramię, a ból był tak intensywny, że Mariusz krzyknął, padając na kolana. Krew spływała po jego skórze, gorąca, mieszając się z popiołem na ziemi. Drugi cios trafił w plecy, rozrywając kombinezon i ciało. Mariusz wrzasnął, ale jego głos utonął w ryku demonów. Były wszędzie, ich płonące oczy otaczały go kręgiem, ich szpony szarpały powietrze.
„Zdradziłeś” – szeptały głosy Tomka i Adama. „Zabiłeś”. Mariusz próbował wstać, ale kolejny pazur rozciął mu bok, a ból odebrał mu oddech. Upadł na ołtarz, czując, jak czerwona poświata pochłania jego wzrok. Demony zamknęły się wokół niego, ich czarne sylwetki zlewały się w jedną, pulsującą masę. Ostatni głos, który usłyszał, należał do demona – głęboki, nieludzki, ale brzmiący jak jego własny. „Byłeś nasz od początku”.
Pazury rozszarpały jego ciało. Jego krzyk urwał się w ciemnościach, a czerwona poświata zgasła. Hella Cave zapadła w ciszę, jakby nigdy nie istniał.
Epilog:

Trzy dni później na forum grotołazów pojawił się post. Użytkownik o pseudonimie „Kuba_Climber” napisał: „Mariusz zaginął. Trzy dni temu powiedział, że idzie do Hella Cave. Nie wrócił, nie odbiera telefonu. Jadę tam jutro, żeby go znaleźć. Jeśli ktoś zna tę jaskinię, dajcie znać, co o niej wiecie. Nie wierzę w te bzdury o klątwach, ale… coś jest nie tak. Trzymajcie kciuki”.
Kuba siedział w swoim samochodzie, zaparkowanym u podnóża skalistego zbocza. Ciemność spowijała okolicę, a wiatr huczał, jakby chciał go ostrzec. Przed nim wznosiło się wejście do Hella Cave, czarne jak paszcza bestii. Sprawdził linę, latarkę, nóż. „Znajdę cię, Mariusz” – mruknął pod nosem, ignorując ucisk w żołądku. Jaskinia czekała.
Dajcie znać jak się wam podobało opowiadanie, wydaje mi się że jesteście już trochę przejedzeni moimi historiami bo widzę to po ilości odbiorców więc żeby was nie wypalić za szybko proponuję żebym od przyszłego poniedziałku wrzucał 1 Maraton tygodniowo albo krótsze pasty co 2 dni, który motyw wam się bardziej podoba?
0.25505399703979