3
Miałem kiedyś takiego kolegę, który był nieokiełznanym fanem Ozzy’ego Osbourne’a, wielbił go ponad wszelką miarę i duże palce u stóp to mu już wystawały poza granicę rozsądku, bo na przykład potrafił na pierwszą matmę przyjść z nosem uwalonym cukrem pudrem, że tam niby sobie dawał po zatokach wzorem swego idola i się jeszcze ostentacyjnie słaniał i gapił m*rtwo w herb nad tablicą, uwidaczniając swoją rzekomą emancypację stanu świadomości, to pani tylko zagwizdała i spytała, w której to budce przy dworcu wypiekają takie srogie gofry. Co ciekawe, można by się spodziewać, że wołaliśmy na niego Ozzy, ale nie, przylgnięty do jego osoby alias brzmiał Szkorbut, bo mu się uchował jeden mleczak i na tle nowopowstałej palisady stomatologicznej wyglądał jak Andrzej Chyra na izbie wytrzeźwień, czyli w sumie po prostu jak Andrzej Chyra. 
Typ miał absolutnego pi*rdolca na punkcie Księcia Ciemności, matka go ganiła ciągle, że po domu chodzi w lenonkach, jak wariat jakiś i dalej go tam, szpachlą śródręcza przez łeb, że jak mu tak coś niby po ślepiach nadaje w salonie, to niech wyd*pia do piwnicy, a on to sobie wziął do serca, ponieważ pomieszczenie gospodarcze poniżej poziomu gruntu wydawało się być miejscówką zasadniczo godną fana mrocznych brzmień, więc sobie tam umościł waniliowo-sat*nistyczny ołtarzyk z plakatami i innymi akcesoriami o przekłamanym pochodzeniu. Przykładowo, znajdował się tam pokaźny pukiel włosów zebrany rzekomo z głowicy frontmana Black Sabbath, zdemaskowany później jako część składowa futra zrzuconego na wiosnę przez psa Szkorbuta, a autograf na podejrzanie przyciętym świstku papieru okazał się być receptą na Augumentin, 14 tabletek powlekanych, do przyjmowania dwa razy dziennie. 
Raz siedzimy u niego na działce, 2009, środek nocy, koło 5 godzin po Papieskiej, wszyscy już mocno porobieni, tylko ja trzeźwy, jak woźny w hurtowni amoniaku, bo byłem na jakichś tam lekach, więc z bólem serca piastuję funkcję ostatniego typa z pełnym asortymentem zmysłów, podczas gdy niektórzy mieli ich już wartości ujemne, na przykład mój kolega Mrówa, który swoją świadomość już ze dwie godziny wcześniej spakował i wysłał priorytetem do Chin i moim zdaniem to nigdy jej do końca nie odzyskał, tylko ona tam została i kto wie, czy nie dała początku temu całemu Temu. Szkorbut właśnie raczył nas rozprawką na temat wyższości solowej twórczości Ozzy’ego nad spuścizną Black Sabbath, kiedy z chałupy wytoczył się ktoś tam i drze mordę, że SZKORBUT, SZKORBUT, K*RWA, to my go pytamy czego tak sr* żarem, a on prawie łzy w oczach i łka, że OZZY OSBOURNE NIE ŻYJE. 
Chciałbym móc powiedzieć, że świat się zatrzymał, jednak on raczej eksplodował, na domiar złego gardłowym wyciem mojego zranionego kolegi, zawodzącego, że KSIĄŻĘ WRÓCIŁ DO DOMU, a potem otarł łzy, siedliśmy i jakiś czas słuchaliśmy anegdot i przemyśleń dotyczących zm*rłego rockmana, więc wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale Szkorbut obalił jedną kolejkę za dużo, zerwał się z krzesła z mocą gromu i wydarł się, że EJ NIE, K*RWA, TRZEBA ZŁOŻYĆ HOŁD OZZY’EMU, to ja bym po pijaku z lękiem na to patrzył, a co dopiero na trzeźwo. Kolega wstał, przybrał na tyle dostojną pozę, na jaką pozwalały mu upojone Żubrówką kolana i mówi, że zbiera ekipę i że IDZIEMY, K*RWA, SZUKAĆ NIETOPERZA. 
To nawet nie trzeba jakoś specjalnie znać lore rock and rolla, żeby wiedzieć, jaki los on zamierzał temu biednemu zwierzęciu zgotować, to mu próbuję przemówić do rozsądku, że przecież jak Ozzy zębami nietoperza dekapitował na scenie, to on przecież był tak nakirany od tego wciągania, że mógłby własną d*pą sobie spodnie zassać, więc GDZIE TY, SZKORBUT, LEDWO PO PÓŁ LITRA TYM SWOIM MLECZAKIEM PARCHATYM BĘDZIESZ SIĘ W NIETOPERZA WGRYZAŁ i odgórnie poradziłem, żeby zarówno kolega, jak i nietoperz mieli jednak łeb na karku. Mrówa jakoś odżył wtedy i stanął po mojej stronie, z lękiem nadmieniając, że on obejrzał niegdyś na MTV taki wywiad z Ozzy’m, w którym legenda metalu przyznawała, że nietoperz smakuje sp*rmą, ale także ten argument nie był w stanie powstrzymać oszalałego z żalu fana, więc ten wydarł się tylko na nas, że CH*J WAM W D*PĘ, MISIE KOLOROWE i oznajmił, że on sam rusza w las na nietoperzową harendę. 
Pierwszy problem był taki, że tam obok nie było żadnego lasu, o czym go poinformowaliśmy, jednak chłop się zaparł nieodwołalnie i mówi, że na pewno gdzieś tu mają jakieś gniazdo. To ja do niego z mordą, że SZKORBUT, D*BILU, że JAKIE, K*RWA, GNIAZDO i że nietoperze się nie moszczą po drzewach jak jakieś wróble j*bane, a on do mnie, żebym zamknął mordę, to ja mu to samo, a on zakończył tę ostrą wymianę zdań twierdzeniem, że on mordę chętnie zamknie, kiedy jego zęby znajdą się w pozycji równoległej do nietoperzowego karku. No i tu musicie wiedzieć, że najbardziej przerażony tą sytuacją był Mrówa, bo obiło mu się kiedyś o uszy, że poszukiwane przez nas zwierzę przenosi wściekliznę, a odkąd obejrzał za dzieciaka “Old Yeller”, to miał o tej chorobie niejasno pogmatwane pojęcie i generalnie obawiał się, że po konsumpcji rękoskrzydłego ssaka, Szkorbut momentalnie się zarazi i przeobrazi w żądnego krwi zombiaka, więc na fali tej paniki podszedł do mnie i mówi, że DAWAJ, ZNAJDŹMY COŚ I MU DAJMY, ŻE TO NIBY JEST NIETOPERZ, ON I TAK JEST NAWALONY, JAK SZPADEL, TO SIĘ NIE SKAPNIE, WIESZ, BOGU ŚWIECZKĘ, A DIABŁU OGAREK. Ja już nawet nie miałem siły mu tłumaczyć, że tego przysłowia się kompletnie tak nie używa, ale doszedłem do wniosku, iż jest to plan warty realizacji i po raz kolejny dotarło do mnie, że mózg Mrówy działa dużo sprawniej po podtapianiu Żubrówką. No i zaczęła się rozkmina, czym by można takiego nietoperza zastąpić i pomysłodawca od razu zarzucił pomysłem, że szyszką, która będzie zgrabnie imitować pękający pod naporem zębów kręgosłup. Ja mruknąłem, że MHM i go pytam, gdzie on planuje tutaj znaleźć szyszkę, jak my jesteśmy dwie ulice od centrum miasta, to znów nastąpiło zasępienie i poważne dywagacje. 
Podjąłem wówczas decyzję, że ostatni raz poszedłem do kogoś na działkę z zakresem możliwości konsumpcyjnych względem płynów zawężonym do samej zapojki, ale wpadło mi coś do głowy i mówię Mrówie, że EJ, A MOŻE ŚLEDŹ, to on się najpierw podjarał, lecz w ułamku sekundy spochmurniał i zaczął się zastanawiać na głos, czy śledź aby na pewno smakuje, jak sp*rma. Uznałem za stosowne postawienie sprawy jasno, że nie będziemy tego sprawdzać i rzuciliśmy się do lodówki szukać ryby będącej popularnym obkładem chleba w Cieszynie. Śledzia nie było, natomiast natknęliśmy się na paczkę suszonych szprotek, to ja zaproponowałem jedną nieco nawilżyć pod kranem, coby się Szkorbut nie doj*bał, że mu ogarnęliśmy jakiegoś zmumifikowanego nietoperza, a Mrówa znowu, że może skoro już nawilżamy, to może jednak sp*rmą, dla spokojności. Sprzedałem mu liścia paczką szprotek, żeby się ogarnął, zmoczyłem trochę tę szprotę i biegniemy łapać tego m*toła, zanim dostanie wścieklizny, albo chociaż C*VIDu o dziesięć lat za wcześnie.
Jest, stoi pod topolą i robi CIIP CIIP CIIP. Rozpromienił się, jak nas zobaczył i się pyta, czy wiemy może, jak się woła na nietoperze, toteż wyczułem dobry moment na wdrożenie planu w życie i mówię, że wiem, że YYH YYH YYH i właśnie mu jednego złapaliśmy i żeby wcinał śmiało ku chwale nieboszczyka Ozzy’ego. On tak nieufnie patrzy na tę szprotkę i pyta wreszcie, że A GDZIE ON MA SKRZYDŁA, to Mrówa zapodał wymówką zgrabną wyłącznie w stanie alkoholowego delirium, że ODLECIAŁY, a Szkorbut pokiwał głową i sapnął, że AHA. Wziął do ręki, podnosi z wolna na wysokość twarzy, ale wówczas pociągnął nosem i dalej drąży, że A CO TEN NIETOPERZ TAK RYBĄ K*RWI i ja chciałem powiedzieć coś, nie wiem, że pływał, wkręcać mu jakieś androny o podgatunkach wodnych i te sprawy, ale Mrówa znów mnie uprzedził i strasznie z siebie dumny ryknął, że A BO TO SAMICA. Ja aż zamknąłem oczy z zażenowania i otworzyłem je dopiero na mlaskające dźwięki towarzyszące konsumpcji niedoszłego nietoperza wodnego. Szkorbut z pełnymi ustami zapłakał, że TO DLA CIEBIE, OZZY, przełknął, pokiwał głową, dygnął w geście zaskoczenia i mówi, że TY, RZECZYWIŚCIE SMAKUJE, JAK SP*RMA. 
Nas nieco zamurowało na to wyznanie, ale na szczeście sytuację rozładował ten typ, co przyniósł wcześniej te tragiczne wiadomości o zgonie Ozzy'ego i oznajmił, że sorry, ale mu się poj*bało, Ozzy żyje, jemu chodziło o Michaela Jacksona i całe szczęście, że nie mieliśmy w swoim kręgu żadnych megafanów tego artysty, bo aż strach pomyśleć, jakby się ta noc mogła jeszcze potoczyć.
Książę ciemności
Tekst autorstwa Dantejskie Sceny Podcast 
0.25668096542358