2
Lato w pełni, ciepłe popołudnie otulało las, gdy stary, zdezelowany passat Krzyśka toczył się po błotnistej drodze. Michał siedział na przednim fotelu, spoglądając na mapę w telefonie, która co chwilę traciła sygnał. Z tyłu Paweł rozwalił się na siedzeniu, podśpiewując pod nos какую-то głupią piosenkę z radia, a Marta, jego dziewczyna, wyglądała przez okno, nerwowo skubiąc rękaw bluzy. Krzysiek, z dumną miną, prowadził, jakby ten las należał do niego.
– No i co, Krzysiu, daleko jeszcze? – rzucił Paweł, przeciągając słowa. – Bo czuję, że ten grat zaraz się rozpadnie.
– Cierpliwości, klaunie – odparł Krzysiek, zerkając w lusterko. – Wujek zawsze mówił, że domek jest w głębi lasu. Jakieś osiem kilosów od głównej drogi. Ciesz się, że w ogóle mamy gdzie jechać.
Michał westchnął, chowając telefon. – Sygnał padł. Mam nadzieję, że wiesz, gdzie jedziesz, bo ja już nie ogarniam.
– Spokojnie, Michał. Znam ten las jak własną kieszeń. – Krzysiek uśmiechnął się szeroko, ale w jego oczach mignęła nutka niepewności. – Byłem tu z wujkiem, jak byłem mały. Będzie fajnie, obiecuję.
Droga stawała się coraz bardziej wyboista, aż w końcu passat utknął w głębokim błocie. Koła zabuksowały, a Krzysiek zaklął pod nosem. Po krótkiej naradzie postanowili zostawić auto na poboczu. Wyciągnęli plecaki z bagażnika – ciężkie od konserw, ciuchów, apteczki i butelek wódki – i ruszyli pieszo. Słońce stało jeszcze wysoko, rzucając ciepłe promienie między gęste korony sosen. Las pachniał wilgotną ziemią i igliwiem, a jedynym dźwiękiem było skrzypienie butów na ścieżce i okazjonalne żarty Pawła, które wywoływały cichy śmiech Marty.
Po ponad dwóch godzinach, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, dotarli do domku. Stał na niewielkiej polanie, otoczony wysokimi sosnami, które rzucały długie cienie na zaniedbaną fasadę. Deski były spłowiałe, miejscami pokryte mchem, a okna zakurzone, jakby nikt nie zaglądał tu od lat. Weranda skrzypiała pod stopami, a zardzewiała klamka drzwi wejściowych stawiała opór. Krzysiek otworzył je z trudem, a z wnętrza buchnął zapach stęchlizny i starego drewna.
– No, witajcie w pałacu wujka Staszka – rzucił Krzysiek, próbując rozładować atmosferę.
– Serio? – Paweł uniósł brew, rozglądając się po zagraconym wnętrzu. – To wygląda, jakby zaraz miał tu wejść Leatherface.
– Przestań, Paweł – mruknęła Marta, ściskając ramiączka plecaka. – Trochę sprzątania i będzie okej.
Michał postawił plecak na podłodze, która zaskrzypiała pod jego ciężarem. – Dobra, dzielimy się robotą. Marta, ogarniesz w środku? My zajmiemy się drewnem i ogródkiem.
Marta skinęła głową, choć jej oczy zdradzały niepokój. Zawsze była trochę wycofana, a w tym domku czuła się jak intruz. Zaczęła ścierać kurz z mebli – starej, poplamionej kanapy, drewnianego stołu i regału pełnego pożółkłych książek. Chłopaki tymczasem ruszyli na zewnątrz. Michał i Krzysiek rąbali drewno, a Paweł, jak zwykle, więcej żartował, niż pomagał.
– Ej, Krzysiek, twój wujek nie miał tu jakichś duchów? – rzucił, podrzucając patyk w powietrze. – Bo ten las wygląda, jakby coś się w nim czaiło.
– Daj spokój, Paweł – zaśmiał się Krzysiek. – Jedyny duch to ten w butelce wódki, którą zaraz otworzymy.
Do godziny 21:00 domek wyglądał nieco lepiej. Kurz zniknął, w kominku trzaskał ogień, a na stole leżała rozłożona planszówka. Grupa siedziała przy stole, popijając wódkę z plastikowych kubków i śmiejąc się z żartów Pawła. Marta powoli się rozluźniała, choć co chwilę zerkała na ciemne okna, za którymi las tonął w mroku.
– Dobra, twoja kolej, Michał – rzuciła, przesuwając pionek po planszy. – I nie oszukuj tym razem.
– Ja? Oszukiwać? – Michał udał oburzenie, a reszta wybuchła śmiechem.
Rozmowy płynęły swobodnie, przerywane salwami śmiechu i brzękiem kubków. Czas mijał, a ciepła atmosfera domku sprawiała, że zapomnieli o błotnistej drodze i zaniedbanym otoczeniu. Było już po pierwszej w nocy, gdy nagle usłyszeli dźwięk. Ciężki, rytmiczny odgłos, jakby coś dużego chodziło po dachu. Tup. Tup. Tup. Drewniane belki zaskrzypiały, a kurz posypał się z sufitu.
Wszyscy zamarli. Kubki znieruchomiały w dłoniach, a uśmiechy zniknęły z twarzy. Marta ścisnęła ramię Pawła, jej oddech przyspieszył. Michał spojrzał na Krzyśka, który marszczył brwi, nasłuchując.
– Co to, do cholery, było? – szepnęła Marta, jej głos drżał.
– Pewnie gałąź – odparł Krzysiek, choć jego ton nie brzmiał przekonująco. – Albo wiatr.
– Wiatr? – Paweł uniósł brew. – To brzmiało, jakby słoń skakał po dachu.
– Cicho – syknął Michał, wstając powoli. Dźwięk powtórzył się, głośniejszy, bardziej celowy. Tup. Skrzyp. Coś ciężkiego przesuwało się nad ich głowami.
Krzysiek wstał, próbując zachować spokój. – Dobra, pójdę sprawdzić. Pewnie jakieś zwierzę.
– Krzysiek, nie! – Marta złapała go za rękaw. – A jeśli to… coś większego?
– Marta, spokojnie. – Uśmiechnął się, choć jego oczy zdradzały niepokój. – To tylko domek w lesie, nie horror.
Otworzył drzwi na werandę, a chłodne, nocne powietrze wdarło się do środka. Stał chwilę, wpatrując się w ciemność. Las był cichy, zbyt cichy. Żadnych świerszczy, żadnego szumu wiatru. Tylko głęboka, lepka cisza. Reszta grupy patrzyła na niego z progu, wstrzymując oddech.
Nagle coś się wydarzyło. Z dachu, z prędkością błyskawicy, wysunęły się długie, kościste ręce. Były chude, pokryte popielatą skórą, pod którą pulsowały grube, ciemne żyły. Palce zakończone były ostrymi, czarnymi szponami. Złapały Krzyśka za ramiona i wciągnęły w górę z taką siłą, że jego stopy oderwały się od werandy. Krzyknął, szarpiąc się, ale ręce trzymały go jak w imadle. Grupa widziała tylko jego nogi, miotające się w powietrzu, a potem… rozległ się dźwięk. Głośny, mechaniczny, jakby ktoś włączył pilarkę tarczową. Wrrrrrr. Krew trysnęła na werandę, rozmazując się na deskach w gęstej, czerwonej mgle.
Krzysiek zniknął. Została tylko cisza i plamy krwi
Marta wrzasnęła, chowając twarz w ramionach Pawła. Ten stał jak sparaliżowany, z otwartymi ustami, niezdolny do wydania dźwięku. Michał, z sercem walącym jak młot, rzucił się do drzwi. Zatrzasnął je z hukiem, przekręcił zardzewiały rygiel i zgasił wszystkie światła. – Zasłońcie okna! – warknął, chwytając koc z kanapy i zarzucając go na najbliższe okno.
Grupa skuliła się w kącie, w ciemności rozświetlanej tylko dogasającym ogniem w kominku. Z dachu dobiegały odgłosy – powolne, ciężkie kroki i drapanie, jakby szpony szarpały drewno. Marta szlochała cicho, wtulona w Pawła, który obejmował ją drżącymi rękami. Michał siedział z plecami przy ścianie, ściskając nóż kuchenny, który chwycił ze stołu. Jego oddech był szybki, a w głowie kotłowały się myśli: Co to było? Co to, do cholery, było?
– On… on nie żyje, prawda? – szepnęła Marta, jej głos ledwo słyszalny. – Krzysiek…
– Cicho – syknął Michał, choć jego własne serce dudniło tak głośno, że bał się, że to coś je usłyszy. – Nie ruszajcie się.
Drapanie trwało godzinami, czasem cichło, czasem przybierało na sile. Nikt nie spał. Nikt nie mówił. Siedzieli w ciemności, nasłuchując, z oczami wbitymi w sufit. Tuż przed świtem, gdy pierwsze blade promienie słońca zaczęły przenikać przez szpary w zasłonach, dźwięki ustały. Jakby coś, co czaiło się na dachu, rozpłynęło się w powietrzu.
Michał ostrożnie wstał, wciąż ściskając nóż. Otworzył drzwi, a zimne poranne powietrze owiało jego twarz. Weranda była pokryta krwią – gęstą, lepką, rozmazaną w smugach, jakby coś ją lizało. Krzyśka nie było. Żadnego ciała, żadnych śladów. Tylko krew i cisza.
– Musimy iść – powiedział Michał, jego głos brzmiał głucho. – Zanim to wróci.
Paweł i Marta, wciąż w szoku, zaczęli pakować plecaki. Ręce im drżały, a oczy co chwilę zerkały na las, który w świetle dnia wydawał się jeszcze bardziej obcy. Wyszli na zewnątrz, gotowi ruszyć w stronę samochodu. I wtedy dotarło do nich. Stali na polanie, otoczeni gęstymi drzewami, bez ścieżki, bez znaków, bez orientacji. Jedyną osobą, która znała ten las, był Krzysiek. A jego krew wciąż lśniła na deskach werandy, mieszając się z poranną rosą.
Jak co weekend rozpoczynamy maraton, dajcie znać jak podobała wam się pierwsza część nowej i świeżej opowieści 
0.25453805923462