5
Poranne słońce ledwo przebijało się przez gęste korony sosen, rzucając blade smugi światła na polanę. Weranda domku lśniła od krwi Krzyśka, rozlanej w kałużach, z poszarpanymi smugami, jakby coś szarpało wilgotne deski. Michał stał na progu, ściskając ramiączka plecaka tak mocno, że knykcie mu pobielały. Jego oczy, podkrążone po nieprzespanej nocy, wpatrywały się w las, który wydawał się zbyt cichy, zbyt nieruchomy. Marta tuliła się do Pawła, jej oddech był urywany, a ręce drżały, gdy poprawiała kaptur bluzy. Paweł, zwykle pełen żartów, wyglądał jak cień samego siebie – jego twarz była blada, a uśmiech wymuszony.
– Musimy iść – powiedział Michał, jego głos brzmiał szorstko, jakby walczył z paniką. – To coś wraca w nocy. Nie możemy tu zostać.
– Gdzie, Michał? – Marta podniosła wzrok, jej oczy były czerwone od łez. – Nie mamy pojęcia, gdzie jest samochód. Krzysiek… – Jej głos załamał się, a imię przyjaciela zawisło w powietrzu.
– Krzysiek nie żyje – wtrącił Paweł, ale jego ton był pusty, jakby słowa nie chciały przejść przez gardło. – Jeśli tu zostaniemy, pójdziemy za nim.
Michał zacisnął zęby. W głowie miał chaos, ale wiedział, że musi trzymać grupę w ryzach. – Spróbujemy wrócić po śladach. Musi być jakaś ścieżka. Chodźcie.
Ruszyli w las, zostawiając domek za sobą. Ścieżka, którą szli poprzedniego dnia, była ledwo widoczna – błoto zaschło, a mchy zdawały się pochłaniać ich ślady. Sosny stały gęsto, ich igły szeleściły pod butami, a zapach wilgotnej ziemi mieszał się z czymś cięższym, jakby zgnilizną. Marta szła blisko Pawła, co chwilę oglądając się za siebie. Jej oddech był płytki, a każdy szelest sprawiał, że podskakiwała. Paweł próbował rozładować napięcie.
– Ej, może to tylko niedźwiedź z długimi rękami? – rzucił, siląc się na żart. – W Ameryce mają Wielką Stopę, to my mamy… Wielką Łapę.
– Zamknij się, Paweł – syknęła Marta, jej głos drżał. – To nie jest śmieszne.
Michał szedł przodem, próbując wypatrzyć znajome punkty – może kamień, może charakterystyczne drzewo – ale las wyglądał inaczej. Ścieżki wiły się i znikały, jakby las zmieniał kształt. Po godzinie błądzenia dotarli na polanę, która wyglądała podejrzanie znajomo. Domek stał przed nimi, jakby nigdy go nie opuścili.
– Co jest, do cholery? – warknął Paweł, rzucając plecak na ziemię. – Kręcimy się w kółko!
– To niemożliwe – mruknął Michał, choć w jego głowie pojawiła się nieprzyjemna myśl, że las ich nie puszcza. – Musieliśmy skręcić nie tam, gdzie trzeba.
Marta usiadła na pniu, chowając twarz w dłoniach. – Nie dam rady… Nie chcę tu być… To miejsce jest przeklęte.
– Marta, weź się w garść – powiedział Michał, choć sam czuł, jak strach ściska mu klatkę piersiową. – Wrócimy do domku. Może coś przeoczyliśmy.
W domku panowała ta sama stęchła cisza. Michał rozglądał się po zagraconym wnętrzu, szukając czegokolwiek, co mogłoby im pomóc. Marta, wciąż roztrzęsiona, usiadła na kanapie, gdy nagle zauważyła coś pod spodem – zardzewiałą klapę w podłodze, ledwo widoczną pod warstwą kurzu.
– Co to jest? – szepnęła, cofając się instynktownie.
– Piwniczka – powiedział Michał, klękając przy klapie. – Może tam jest coś przydatnego.
– Nie wchodzę tam – rzuciła Marta, jej głos był ostry. – To wygląda jak początek horroru.
– Marta, przestań – warknął Michał, choć sam czuł dreszcz na plecach. – Nie mamy wyboru.
Paweł pomógł odsunąć kanapę, żartując nerwowo: – Jeśli tam są pająki wielkości psa, to ja pasuję.
Schody do piwniczki zaskrzypiały pod ich ciężarem. W środku było ciasno, wilgotno, a powietrze śmierdziało pleśnią i zgnilizną. Na półkach stały stare słoiki z przetworami, pokryte kurzem, i zardzewiałe narzędzia. Michał zauważył skórzany notatnik, leżący obok przewróconej latarni. Otworzył go, a jego serce zabiło szybciej. Notatki należały do wujka Staszka.
Strony były zapisane drobnym, niewyraźnym pismem. Wujek opisywał nocne dźwięki w lesie – ciężkie kroki, drapanie pazurów, coś, co „poluje w ciemności”. Jedna linijka przykuła uwagę Michała: „Unika światła. Atakuje tylko w nocy.” Między kartkami znalazł ręcznie rysowaną mapę – starą, ale czytelną, z zaznaczoną drogą do głównej szosy. Była nadzieja.
– On wiedział – szepnęła Marta, zaglądając przez ramię Michała. – Wiedział, że coś tu jest, i nic nam nie powiedział…
– Krzysiek pewnie nie miał pojęcia – odparł Michał, choć jego głos drżał. – Bierzemy mapę i ruszamy. Teraz.
Wyruszyli ponownie, tym razem kierując się mapą. Las wydawał się mniej chaotyczny, ale wciąż nieprzyjazny. Po drodze natknęli się na ślady: głębokie rysy na korze sosen, jakby zrobione szponami, i plamy zaschniętej krwi, rozmazane w nierównych kałużach, z poszarpanymi strzępami materiału. Marta zatrzymała się, jej oddech stał się urywany.
– To jego krew, prawda? – szepnęła, patrząc na plamy. – Krzyśka…
– Nie patrz – powiedział Michał, ciągnąc ją za ramię. – Idziemy dalej.
Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie między drzewami. Mapa prowadziła ich przez strumień i starą ścieżkę, ale czas uciekał. Gdy dotarli do zrujnowanej szopy, zaznaczonej na mapie, niebo przybrało pomarańczową barwę. Szopa była w opłakanym stanie – dach się zapadał, a ściany były podziurawione. Ale drzwi wyglądały na solidne.
– Zostajemy tu na noc – zdecydował Michał, rozglądając się nerwowo. – Nie zdążymy do szosy przed zmrokiem.
– Tu?! – Marta niemal krzyknęła. – To pudło nas nie ochroni!
– Nie mamy wyboru – warknął Michał. – To coś nie chodzi w dzień. Barykadujemy się i czekamy do rana.
W środku szopy było ciasno, śmierdząco, a przez szpary w ścianach wpadało zimne powietrze. Barykadowali drzwi starymi deskami, a Michał znalazł zardzewiały toporek, który ścisnął w dłoniach. Siedzieli w milczeniu, nasłuchując. Gdy zapadł zmrok, usłyszeli to znowu – ciężkie kroki, powolne, jakby coś krążyło wokół szopy. Tup. Tup. Drapanie rozległo się przy oknie, a przez szparę Michał zobaczył fragment czegoś – długą, kościstą rękę z popielatą skórą i czarnymi szponami, przesuwającą się powoli po drewnie.
Marta zaczęła szlochać, chowając twarz w kolanach. – To nas zabije… To nas zabije…
– Cicho, Marta – syknął Michał, choć jego własne serce dudniło jak młot. – Trzymajcie się razem.
Paweł próbował żartować, ale jego głos drżał. – Może to tylko yeti z kompleksami? Dajmy mu wódkę, to się uspokoi.
Nagle coś uderzyło w drzwi, aż deski zatrzeszczały. Marta wrzasnęła, zrywając się na nogi. – Nie mogę tu zostać! – krzyknęła, rzucając się do tylnego wyjścia, które prowadziło w las.
– Marta, nie! – zawołał Paweł, biegnąc za nią.
Michał próbował ich zatrzymać, ale było za późno. Usłyszał ich kroki w ciemności, a potem krzyk Marty – wysoki, pełen paniki. Coś zaszeleściło w lesie, a potem rozległ się ten dźwięk – mechaniczne, przerażające wrrrrrr, jakby piła tarczowa cięły drewno. Krzyk Marty urwał się gwałtownie, a po nim nastała cisza. Paweł krzyknął coś niezrozumiałego, ale jego głos też zamilkł.
Michał siedział w szopie, sam, ściskając toporek tak mocno, że czuł ból w dłoniach. Jego oddech był szybki, a oczy wpatrywały się w ciemność za szparami. Drapanie ustało, ale cisza była gorsza. Nie wiedział, czy Marta i Paweł żyją, choć w głębi duszy czuł, że ich los był taki sam jak Krzyśka.
Gdy pierwsze promienie słońca wślizgnęły się do szopy, Michał ostrożnie wyszedł na zewnątrz. Las był cichy, ale na ziemi zobaczył krew – świeżą, rozlaną w nierównych plamach, z fragmentami podartego materiału. Ścisnął mapę wujka Staszka, która wciąż była jego jedyną nadzieją. Ruszył przed siebie, czując, jak słońce wznosi się powoli. Musiał dotrzeć do głównej szosy, zanim zapadnie kolejna noc.
0.27446007728577