3
Ta historia będzie miała nutę prawdy oraz zawierała prawdziwą postać dla pobudzenia wyobraźni, podwalinami do napisania jej była historia Yang Liweia pierwszego chińskiego astronauty misji Shenzhou 5 na statku kosmicznym Starliner, który przeżył na nim "paranormalne" przeżycie 
Pukanie | 1/2
Rozdział 1: Kurs na nieznane

Rok 2093. Droga Mleczna rozpościerała się przed oczami Krax, dowódcy ekspedycji kartograficznej, jak nieskończony gobelin utkany z gwiazd, pyłu i czarnych dziur. Jego statek, smukły, szarografitowy pojazd o obłych krawędziach, sunął przez kosmiczną pustkę z ledwie słyszalnym pomrukiem silników jonowych. W kabinie sterowniczej panowała cisza, przerywana jedynie cichym brzęczeniem konsol i rytmicznym tykaniem skanerów. Krax siedział w fotelu dowódcy, jego ciemne, migdałowe oczy wpatrzone w holograficzną mapę galaktyki. Jego wydłużone małżowiny uszne, charakterystyczne dla Krazonów, drgały lekko, wychwytując każdy szmer w kabinie. Był przywódcą analitycznym, ale nie chłodnym – jego decyzje wynikały z precyzyjnych kalkulacji, lecz zawsze brał pod uwagę dobro swoich towarzyszy.
Wigo, odpowiedzialny za analizę danych, pochylał się nad konsolą po lewej stronie. Jego palce, smukłe i szybkie, przesuwały się po interfejsie z niemal taneczną gracją. Był ciekawski, może nawet zbyt dociekliwy, a jego umysł zawsze szukał odpowiedzi na pytania, których inni woleli nie zadawać. Reto, siedzący po prawej, sprawdzał systemy napędowe. W przeciwieństwie do Wigo, Reto był ostrożny, wręcz nieufny wobec nieznanego. Jego ruchy były powolne, jakby każdy gest wymagał dodatkowej chwili namysłu.
— Wigo, raport z paliwa — rzucił Krax, nie odrywając wzroku od mapy. Układ Słoneczny, który właśnie mijali, był jednym z wielu systemów, które mieli zbadać w ramach misji mapowania galaktyki dla ich ojczystej planety, Krazar.
Wigo zerknął na ekran, a jego małżowiny uszne zadrgały, gdy analizował dane.
— Zbiorniki na poziomie 12 procent. Spadek jest szybszy, niż przewidywaliśmy. O 3 procent w ciągu ostatniej jednostki. — Jego głos był spokojny, ale w oczach błysnęła iskra ciekawości, jakby problem był zagadką, którą chciał rozwiązać.
Reto zmarszczył czoło, jego dłonie zacisnęły się na krawędzi fotela.
— To nie powinno się dziać. Silniki są sprawne, filtry czyste. Coś musiało uszkodzić zbiorniki. — W jego tonie czaiła się nuta niepokoju, jakby przeczuwał, że to nie zwykła usterka.
Krax obrócił się w fotelu, spoglądając na holograficzną projekcję Układu Słonecznego. Ich misja była prosta: stworzyć dokładną mapę Drogi Mlecznej, sektor po sektorze, dla Krazar. Ale teraz, z ubywającym paliwem, prostota tej misji zaczęła się rozpadać.
— Mijaliśmy pierścienie gazowego olbrzyma kilka jednostek temu — powiedział Krax, wskazując na planetę z pierścieniami, którą ich skanery oznaczyły jako Saturn. — Mikrometeoryty mogły naruszyć poszycie. Reto, sprawdź zewnętrzne czujniki. Wigo, znajdź nam miejsce do dokowania. Nie możemy lecieć dalej w takim stanie.
Wigo przewinął dane na swojej konsoli, a holograficzna mapa zamigotała, pokazując trzecią planetę układu, niebiesko-szarą kulę oznaczoną jako „Ziemia”. Obok niej, na niskiej orbicie, dryfował mały obiekt.
— Jest wrak. Opuszczony statek kosmiczny. Prymitywny, ale stabilny. Możemy tam zadokować i zaczekać na statek matkę — powiedział Wigo, a jego głos zdradzał fascynację. — Chętnie zobaczę, co tam jest.
Reto spojrzał na niego z dezaprobatą.
— Prymitywny? To brzmi jak pułapka. Nie wiemy, co tam znajdziemy.
— Nie mamy wyboru — uciął Krax, choć w głębi duszy podzielał niepokój Reto. — Statek matka wyśle mechanika, ale dotrze tu dopiero za dwa dni. Kurs na ten wrak. Reto, przygotuj protokoły dokowania. Wigo, zbierz dane o planecie i tym statku, zanim tam wejdziemy.
Statek Krazonów, z cichym szumem silników, skierował się ku Ziemi. W świetle odległego Słońca wrak błyszczał słabo, jak samotny pomnik dawno zapomnianej cywilizacji.
Rozdział 2: W cieniu Starlinera

Dokowanie było precyzyjne, niemal bezszelestne. Statek Krazonów połączył się z wrakiem poprzez śluzę, a systemy potwierdziły stabilność połączenia. Krax stał przed włazem, wpatrując się w zardzewiałe drzwi Starlinera. Wrak wyglądał, jakby czas i kosmos pożerały go powoli przez dekady. Poszycie było pokryte mikrouszkodzeniami, a miejscami wystawały odsłonięte kable i rury, jakby statek był rozpruty przez niewidzialne pazury. W świetle reflektorów ich statku Krax dostrzegł wyblakłe oznaczenia w nieznanym języku, ledwo widoczne pod warstwą kosmicznego pyłu.
— Gotowi? — zapytał, spoglądając na Wigo i Reto. Obaj mieli na sobie lekkie skafandry, choć skanery wskazywały, że atmosfera w Starlinerze jest zdatna do oddychania.
Wigo skinął głową, jego oczy błyszczały ciekawością. Reto, z latarką w dłoni, wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale ostatecznie tylko westchnął.
— Nie podoba mi się to miejsce — mruknął, ale ruszył za Krax.
Śluza otworzyła się z metalicznym zgrzytem, a oni weszli do wąskiego korytarza Starlinera. Powietrze było suche, z lekką nutą metalicznego zapachu, jakby rdza i stare maszyny zmieszały się w jedną, duszącą woń. Kurz unosił się w smugach przy każdym kroku, a słabe, migające światło awaryjnych lamp rzucało długie, zniekształcone cienie na ściany. Korytarz był ciasny, pełen porzuconych przedmiotów – kabli, kawałków plastiku, a nawet czegoś, co wyglądało jak rozbita szklanka, leżąca w rogu.
— To miejsce wygląda, jakby nikt tu nie był od wieków — powiedział Reto, oświetlając latarką ścianę. Zauważył ślad, jakby coś ostrego przeciągnęło po metalu, zostawiając głębokie rysy. — Co to za gatunek buduje coś tak... prowizorycznego?
— Nie oceniaj zbyt szybko — odparł Wigo, trzymając w dłoni skaner. — Ich technologia jest prymitywna, ale musieli być ambitni, skoro dotarli na orbitę. Spójrz na to. — Wskazał na panel sterowania, pokryty kurzem, ale wciąż migający słabym światłem.
Krax nie słuchał ich rozmowy. Jego uwagę przyciągnął centralny panel sterowania w głównej kabinie. Ekran był pęknięty, ale wciąż działał, wyświetlając chaotyczne linie kodu. Na stole obok leżały dyski danych, kilka kabli i urządzenie, które wyglądało jak prymitywny komunikator. Krax podłączył swoje urządzenie dekodujące, małe, prostokątne narzędzie, które zaczęło analizować język zapisany w raportach. Po chwili ekran rozbłysnął, a tekst w języku Krazonów pojawił się na wyświetlaczu. Nazwa statku: Starliner. Ostatni raport pochodził z października 2003 roku, podpisany przez Yang Liwei.
— Wigo, co masz o planecie? — zapytał Krax, nie odrywając wzroku od ekranu.
Wigo stał przy panoramicznym oknie, przez które widać było Ziemię – szarą, martwą kulę, pokrytą smugami chmur, które wyglądały jak blizny. Jego skaner przetwarzał dane z prędkością, która nawet dla Krazonów była imponująca.
— Planeta jest opustoszała. Brak oznak życia, brak emisji energii, brak sygnałów radiowych. Dominujący gatunek, nazywany „ludźmi”, wymarł około 90 lat temu, w 2003 roku. W ciągu tygodnia. — Wigo zmarszczył czoło, jego głos stał się cichszy. — Nie ma śladów wojny, katastrofy naturalnej ani promieniowania. Coś ich zmiotło. Coś... nienaturalnego.
Reto zadrżał, jego latarka zadrgała w dłoni, rzucając niespokojne cienie na ścianę.
— Tydzień? Cały gatunek w tydzień? To brzmi jak zaraza. Albo coś gorszego.
Krax nie odpowiedział. Jego oczy przesuwały się po raporcie Yanga Liwei. Tekst był suchy, wojskowy, ale między linijkami czaił się strach. Yang pisał o dźwiękach pukania, które słyszał od pierwszych dni misji. „Jakby ktoś uderzał drewnianym młotkiem w kadłub” – opisywał. Informował o tym bazę na Ziemi, ale otrzymywał tylko standardowe wyjaśnienia: „To rozszerzanie się materiałów statku pod wpływem zmian temperatury”. Późniejsze raporty stawały się coraz bardziej desperackie. Yang opisywał, jak Ziemia zamilkła. Jak w ciągu jednego tygodnia sygnały z planety ustały, a generał, z którym miał kontakt, mówił o tajemniczej zarazie, która zabijała całe narody w ciągu godzin. „Nie ma lekarstwa. Nie ma nadziei” – pisał generał w ostatnim przekazie. Yang dodawał, że czuje się obserwowany, że coś puka w kadłub od wewnątrz, jakby chciało się dostać do środka. W ostatnim raporcie, datowanym na październik 2003, pisał:
„Nie mogę już tego znieść. Klaustrofobia mnie zabija. Słyszę to pukanie co noc. Czuję, że coś jest ze mną w statku, choć jestem sam. Otworzę śluzę na śmieci. To jedyne wyjście.”
Krax zamarł. Jego palce zacisnęły się na urządzeniu dekodującym. Coś w tych słowach sprawiło, że po plecach przeszedł mu dreszcz. Yang Liwei, ostatni człowiek, pisał o czymś, czego nie rozumiał, ale co go przeraziło. Krax spojrzał na Wigo i Reto, którzy wciąż byli zajęci swoimi zadaniami. Postanowił nie mówić im o raportach. Nie chciał wzbudzać paniki. Nie teraz.
— Znaleźliście coś? — zapytał, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie.
Wigo pokręcił głową, wciąż analizując dane o Ziemi. Reto, który wrócił z przeszukiwania sąsiedniego korytarza, wyglądał na jeszcze bardziej spiętego.
— Nic, tylko kurz i stare graty. Ale... czujesz to? Jakby ktoś nas obserwował. — Jego głos był cichy, niemal szept.
Krax spojrzał na niego ostro.
— To tylko wyobraźnia. Jesteśmy sami.
Ale w głębi duszy wiedział, że to nieprawda. Coś w tym statku, w tej ciszy, w tych raportach, sprawiało, że czuł się, jakby coś czaiło się w cieniu.
Rozdział 3: Cienie w korytarzach

Starliner, mimo swojego wieku, miał działający system podtrzymywania życia, co pozwoliło załodze zdjąć skafandry. Krax rozstawił tymczasowe obozowisko w głównej kabinie, gdzie było najwięcej miejsca. Panował tam półmrok, przerywany jedynie migającymi lampami awaryjnymi, które rzucały na ściany długie, zniekształcone cienie. Kabina była zagracona – porzucone narzędzia, fragmenty papieru, a nawet coś, co wyglądało jak osobiste notatki, leżały rozrzucone na podłodze. Ściany pokrywały plamy rdzy, a w niektórych miejscach Krax zauważył dziwne rysy, jakby coś przeciągnęło po metalu ostrym narzędziem. Nie chciał o tym myśleć.
Wigo usiadł przy konsoli z widokiem na Ziemię, analizując dane o planecie. Jego ciekawość była niemal namacalna – przewijał ekrany z prędkością, która zdradzała jego fascynację.
— Ta planeta była kiedyś pełna życia — powiedział, nie odrywając wzroku od ekranu. — Mieli miasta, maszyny, satelity. A potem... puff. Zniknęli. Jakby coś ich po prostu wymazało.
Reto, który sprawdzał systemy Starlinera, spojrzał na niego z irytacją.
— Może przestań się zachwycać i skup się na tym, jak stąd uciec? Ten statek daje mi dreszcze. Czujesz ten chłód? System grzewczy działa, a ja czuję, jakby ktoś otworzył okno na przestrzeń.
Krax spojrzał na Reto, próbując zachować spokój.
— To stary wrak. Systemy są niestabilne. Skup się na tym, co możemy wykorzystać. Sprawdź, czy jest tu coś, co da się podłączyć do naszego statku.
Reto westchnął, ale wrócił do pracy. Krax, choć starał się zachować pewność siebie, czuł, że coś jest nie tak. Wrócił do raportów Yanga, choć każdy kolejny wpis sprawiał, że jego niepokój rósł. W jednym z wcześniejszych raportów Yang pisał: „Pukanie znów się pojawiło. To nie jest statek. To coś innego. Powiedziałem o tym bazie, ale oni twierdzą, że to tylko materiały. Nie wierzę im. Czuję, że coś jest tam, na zewnątrz. Albo w środku.” W innym raporcie, bliżej końca, Yang opisywał, jak widział cienie w korytarzach, choć skanery nie wykrywały niczego. „To nie jest halucynacja. Czuję ich oczy na sobie. Nie wiem, co to jest, ale jest coraz bliżej.”
Krax wyłączył urządzenie. Jego dłonie drżały, choć nie chciał tego przyznać. Spojrzał na Wigo, który wciąż analizował dane o Ziemi, i na Reto, który nerwowo sprawdzał każdy kąt kabiny. Nie mógł im powiedzieć o raportach. Nie teraz. Musiał zachować kontrolę.
— Idźcie spać — powiedział, starając się brzmieć jak dowódca. — Mechanik ze statku matki będzie tu za dwa dni. Musimy być wypoczęci.
Wigo wzruszył ramionami, ale posłusznie zajął jedno z prowizorycznych legowisk, rozłożonych na podłodze. Reto, choć niechętnie, zrobił to samo, rzucając ostatnie, niepewne spojrzenie na ciemne korytarze. Krax zgasił większość świateł, zostawiając tylko słabą poświatę awaryjnych lamp. Ciemność wypełniła kabinę, a wraz z nią przyszło uczucie, którego nie potrafił nazwać. Jakby ktoś – lub coś – patrzyło na niego z ukrycia.
Rozdział 4: Pukanie w ciszy

Sen Krax był płytki, pełen niejasnych obrazów. Śniły mu się korytarze Starlinera, długie i kręte, z cieniem poruszającym się na granicy widoczności. W jednym z nich widział postać – ludzką, ale zdeformowaną, z oczami, które błyszczały w ciemności. Obudził się z uczuciem chłodu, choć system grzewczy działał bez zarzutu. Wigo i Reto spali, ich oddechy były jedynym dźwiękiem w kabinie. Krax spojrzał na sufit, gdzie zardzewiałe panele rzucały dziwne cienie w świetle lamp. Czuł, że coś jest nie tak, ale nie potrafił tego nazwać.
I wtedy to usłyszał.
Puk. Puk. Puk.
Dźwięk był cichy, ale wyraźny, jakby ktoś delikatnie uderzał w zewnętrzny kadłub. Dochodził z góry, od strony dachu kabiny. Krax zamarł, jego serce przyspieszyło. To samo pukanie, o którym pisał Yang. Spróbował się uspokoić. Może to mikrometeoryty? Może resztki systemów statku? Ale w głębi duszy wiedział, że to coś innego. Dźwięk był zbyt rytmiczny, zbyt... celowy.
Wigo poruszył się na legowisku, otwierając oczy.
— Słyszałeś to? — szepnął, jego głos drżał. Jego ciekawość ustąpiła miejsca niepewności.
Reto również się obudził, jego oczy były szeroko otwarte.
— Co to było? Krax, co to było? — Jego głos był pełen paniki, a latarka, którą chwycił, rzucała drżące światło na ściany.
Krax otworzył usta, by odpowiedzieć, ale nie zdążył. Ciszę przerwał potężny, ogłuszający huk. Statek zadrżał, jakby coś uderzyło w niego z ogromną siłą. Wigo krzyknął, Reto zerwał się na równe nogi, a Krax podbiegł do konsoli. W świetle latarki zobaczył coś, co sprawiło, że jego krew zamarzła w żyłach. Metalowy dach kabiny, solidny i gruby, był wygięty do środka, jakby coś o niewyobrażalnej sile próbowało dostać się do środka. Zarys wgniecenia przypominał ślad ogromnego młota, a w miejscu uderzenia metal pękał, odsłaniając cienkie szczeliny.
— Co to jest?! — krzyknął Reto, jego głos pełen paniki. — Coś jest tam, na zewnątrz!
Wigo, blady jak ściana, spojrzał na Krax.
— To nie mikrometeoryty. To coś... żywego.
Krax czuł, jak jego pewność siebie pęka. Słowa Yanga Liwei odbijały się echem w jego głowie: „Czuję, że coś jest ze mną w statku, choć jestem sam.” Spojrzał na swoich towarzyszy, na wygięty dach, na ciemność za oknem, gdzie Ziemia wisiała jak martwy pomnik. Nie miał odpowiedzi. Nie wiedział, co robić. Wiedział tylko, że coś jest tam, na zewnątrz – coś, co było na tyle silne, by wygiąć metal. I że nie mają dokąd uciec.

Koniec części pierwszej
0.31100511550903