Siema, chciałbym wam przedstawić historię która napisałem pół roku temu, nie jest to kolejna Creepypasta tylko (mam nadzieję) dobrze napisana historia opisująca zmagania człowieka w walce z naturą który stara się przeżyć jeszcze tylko jeden dzień dłużej, czekam na ocenę historii i czy chcecie ją czytać, jeśli nie znajdę coś innego, pozdrawiam i wypierdalam.
Ps. Wielu z was prosiło o dłuższe pasty więc wstawiam zgodnie z oczekiwaniami
Ps. Wielu z was prosiło o dłuższe pasty więc wstawiam zgodnie z oczekiwaniami
Dzień 1, 1 października 2025, późny wieczór
Siedzę na piasku, oparty o kawał drewna, które morze wyrzuciło na brzeg. Jest ciemno, księżyc rzuca bladą poświatę na fale, a ja ledwo widzę, co piszę. Ręce mi się trzęsą, ołówek ślizga się w palcach. Mam przed sobą datownik – mały, skórzany notes, który nosiłem w kieszeni kurtki. To jedyna rzecz, która mi została z dawnego życia. Zawsze zapisywałem w nim godziny wywiadów, nazwiska rozmówców, terminy. „Wtorek, 16:00, kucharz o menu. Środa, 10:00, kapitan o nawigacji.” Teraz piszę w nim to… to szaleństwo. Notes jest wilgotny, strony sklejają się od morskiej wody, ale ołówek wciąż działa. Piszę, bo muszę. Jeśli nie zapiszę, co się stało, zwariuję. Jeśli ktoś to kiedyś znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem.
Nie wiem, gdzie jestem. Budzę się na plaży, z solą w ustach, bólem w całym ciele i słońcem palącym skórę. Nie wiem, jak tu trafiłem, ale spróbuję przypomnieć sobie wszystko, co pamiętam. Może to pomoże mi zrozumieć. Może to da mi siłę, żeby nie oszaleć.
Zacznę od początku. Jestem Jan Wolski, mam 35 lat, mieszkam w Miami. Polak, który wyjechał do USA dziesięć lat temu, żeby „zrobić karierę”. Kariera to za dużo powiedziane. Pracuję jako reporter w lokalnej stacji telewizyjnej, robię materiały o festiwalach, problemach z parkowaniem, czasem o lokalnych politykach. Nic wielkiego, ale płaci rachunki. Marta, moja żona, zawsze mówiła, że powinienem celować wyżej, robić poważne reportaże, może wyjechać do Nowego Jorku. Ale ja wolałem spokój. Stabilność. Kuba, nasz sześcioletni syn, jest całym moim światem. Obiecałem mu, że z tego rejsu przywiozę mu model statku. Obiecałem, że wrócę.
Dostałem zlecenie na reportaż o wycieczkowcu „Perła Karaibów”. To miał być mój wielki moment – materiał o luksusowych rejsach, o życiu bogaczy na pokładzie. Statek był ogromny, lśniący, jak pływające miasto. Kabiny z balkonami, baseny, restauracje z krewetkami i kawiorem, wieczorne pokazy z tancerkami w cekinach. Płynęliśmy na Karaiby, z Miami na Bahamy, z kilkoma przystankami po drodze. Moim zadaniem było rozmawiać z pasażerami, załogą, może nawet z kapitanem. Zapisywałem wszystko w datowniku – godziny, nazwiska, pytania. „Wtorek, 14:00, pani Johnson, pasażerka, o wakacjach marzeń. Środa, 11:00, menedżer pokładu o organizacji.” Byłem w swoim żywiole – organizacja, planowanie, notatki. To umiałem.
Siedzę na piasku, oparty o kawał drewna, które morze wyrzuciło na brzeg. Jest ciemno, księżyc rzuca bladą poświatę na fale, a ja ledwo widzę, co piszę. Ręce mi się trzęsą, ołówek ślizga się w palcach. Mam przed sobą datownik – mały, skórzany notes, który nosiłem w kieszeni kurtki. To jedyna rzecz, która mi została z dawnego życia. Zawsze zapisywałem w nim godziny wywiadów, nazwiska rozmówców, terminy. „Wtorek, 16:00, kucharz o menu. Środa, 10:00, kapitan o nawigacji.” Teraz piszę w nim to… to szaleństwo. Notes jest wilgotny, strony sklejają się od morskiej wody, ale ołówek wciąż działa. Piszę, bo muszę. Jeśli nie zapiszę, co się stało, zwariuję. Jeśli ktoś to kiedyś znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem.
Nie wiem, gdzie jestem. Budzę się na plaży, z solą w ustach, bólem w całym ciele i słońcem palącym skórę. Nie wiem, jak tu trafiłem, ale spróbuję przypomnieć sobie wszystko, co pamiętam. Może to pomoże mi zrozumieć. Może to da mi siłę, żeby nie oszaleć.
Zacznę od początku. Jestem Jan Wolski, mam 35 lat, mieszkam w Miami. Polak, który wyjechał do USA dziesięć lat temu, żeby „zrobić karierę”. Kariera to za dużo powiedziane. Pracuję jako reporter w lokalnej stacji telewizyjnej, robię materiały o festiwalach, problemach z parkowaniem, czasem o lokalnych politykach. Nic wielkiego, ale płaci rachunki. Marta, moja żona, zawsze mówiła, że powinienem celować wyżej, robić poważne reportaże, może wyjechać do Nowego Jorku. Ale ja wolałem spokój. Stabilność. Kuba, nasz sześcioletni syn, jest całym moim światem. Obiecałem mu, że z tego rejsu przywiozę mu model statku. Obiecałem, że wrócę.
Dostałem zlecenie na reportaż o wycieczkowcu „Perła Karaibów”. To miał być mój wielki moment – materiał o luksusowych rejsach, o życiu bogaczy na pokładzie. Statek był ogromny, lśniący, jak pływające miasto. Kabiny z balkonami, baseny, restauracje z krewetkami i kawiorem, wieczorne pokazy z tancerkami w cekinach. Płynęliśmy na Karaiby, z Miami na Bahamy, z kilkoma przystankami po drodze. Moim zadaniem było rozmawiać z pasażerami, załogą, może nawet z kapitanem. Zapisywałem wszystko w datowniku – godziny, nazwiska, pytania. „Wtorek, 14:00, pani Johnson, pasażerka, o wakacjach marzeń. Środa, 11:00, menedżer pokładu o organizacji.” Byłem w swoim żywiole – organizacja, planowanie, notatki. To umiałem.
Ale na statku czułem się jak obcy. Pasażerowie – głównie bogaci Amerykanie, rodziny z dziećmi, emeryci w hawajskich koszulach – śmiali się, pili drinki z parasolkami, tańczyli na pokładzie. Ja siedziałem z boku, z kawą w ręku, przeglądając datownik. Nie pasowałem tam. Byłem za cichy, za szary. Jeden z pasażerów, starszy facet w słomkowym kapeluszu, zapytał mnie, dlaczego nie bawię się z innymi. „Jesteś za poważny jak na reportera,” powiedział. Uśmiechnąłem się, ale w głębi duszy wiedziałem, że ma rację. Zawsze byłem za poważny. Za ostrożny. Marta mówiła, że unikam ryzyka, że nigdy nie stawiam wszystkiego na jedną kartę. Może miała rację.
Dni na statku mijały szybko. Robiłem notatki, nagrywałem wywiady na telefon, chodziłem po pokładzie z kamerzystą, Tomem, który narzekał na upał. Rozmawiałem z kelnerami, z tancerzami, z kobietą, która wygrała rejs w konkursie. Wszystko szło dobrze, dopóki nie przyszła ta noc. Nie wiem, która była godzina, chyba druga nad ranem. Obudził mnie hałas – wiatr wył, statek trzeszczał, jakby miał się rozpaść. Wstałem z łóżka, chwyciłem kurtkę, w której miałem datownik i nóż – mały, składany nóż, który kupiłem na targu w Miami, myśląc, że przyda się do otwierania paczek. Wyszedłem na korytarz, gdzie ludzie już biegali, krzyczeli, potykali się o własne walizki.
Dotarłem na pokład, trzymając się poręczy, bo statek przechylał się jak huśtawka. Deszcz lał się strumieniami, fale zalewały pokład, a wiatr wyrywał wszystko, co nie było przykręcone. Załoga próbowała spuścić łodzie ratunkowe, ale panika była wszechobecna. Kobieta w szlafroku krzyczała, że zgubiła dziecko. Mężczyzna w garniturze klął na załogę, jakby to oni wywołali burzę. Słyszałem, jak ktoś mówi, że uderzyliśmy w rafę. Kapitan coś krzyczał przez megafon, ale wiatr zagłuszał jego słowa. „Zachowajcie spokój!” – to jedyne, co zrozumiałem. Spokój? Jak miałem być spokojny, kiedy świat wokół się rozpadał?
Stałem tam, sparaliżowany. Nigdy nie byłem bohaterem. W szkole unikałem bójek, w pracy unikałem trudnych tematów, w domu unikałem kłótni z Martą. A teraz? Teraz morze chciało mnie połknąć, a ja nie miałem pojęcia, co robić. Ktoś popchnął mnie w stronę łodzi ratunkowej, ale zanim zdążyłem do niej wejść, fala zmyła mnie za burtę. Woda była zimna, choć to przecież Karaiby. Chwyciłem się deski – chyba kawałka pokładu – i trzymałem się z całych sił. Fale rzucały mną jak szmacianą lalką, sól szczypała w oczy, płuca paliły od wody, którą się zachłysnąłem. Krzyczałem, ale nikt nie odpowiadał. W głowie miałem tylko jedną myśl: „Marta, Kuba, przepraszam.” Potem wszystko zgasło.
Obudziłem się na plaży. Nie wiem, jak długo byłem nieprzytomny. Słońce stało wysoko, musiało być południe. Piasek parzył, a ja leżałem twarzą w dół, z solą w ustach i bólem w całym ciele. Próbowałem się podnieść, ale zawroty głowy powaliły mnie z powrotem na ziemię. Czułem, jakby ktoś bił mnie młotkiem – ramiona obite, nogi jak z waty, skóra na twarzy i rękach czerwona od słońca. W ustach miałem sucho, gardło piekło, jakby ktoś wlał mi tam piasek. Po chwili zorientowałem się, że wciąż mam kurtkę. W kieszeni znalazłem datownik, nóż i kawałek liny – może dwa metry, cała w wodorostach. Datownik był mokry, strony sklejone, ale ołówek w okładce działał. Otworzyłem go i zobaczyłem moje notatki: „Wtorek, 16:00, kucharz.” To było jak cios. Jeszcze wczoraj planowałem wywiady, a teraz jestem… gdzie? Na bezludnej wyspie?
Dni na statku mijały szybko. Robiłem notatki, nagrywałem wywiady na telefon, chodziłem po pokładzie z kamerzystą, Tomem, który narzekał na upał. Rozmawiałem z kelnerami, z tancerzami, z kobietą, która wygrała rejs w konkursie. Wszystko szło dobrze, dopóki nie przyszła ta noc. Nie wiem, która była godzina, chyba druga nad ranem. Obudził mnie hałas – wiatr wył, statek trzeszczał, jakby miał się rozpaść. Wstałem z łóżka, chwyciłem kurtkę, w której miałem datownik i nóż – mały, składany nóż, który kupiłem na targu w Miami, myśląc, że przyda się do otwierania paczek. Wyszedłem na korytarz, gdzie ludzie już biegali, krzyczeli, potykali się o własne walizki.
Dotarłem na pokład, trzymając się poręczy, bo statek przechylał się jak huśtawka. Deszcz lał się strumieniami, fale zalewały pokład, a wiatr wyrywał wszystko, co nie było przykręcone. Załoga próbowała spuścić łodzie ratunkowe, ale panika była wszechobecna. Kobieta w szlafroku krzyczała, że zgubiła dziecko. Mężczyzna w garniturze klął na załogę, jakby to oni wywołali burzę. Słyszałem, jak ktoś mówi, że uderzyliśmy w rafę. Kapitan coś krzyczał przez megafon, ale wiatr zagłuszał jego słowa. „Zachowajcie spokój!” – to jedyne, co zrozumiałem. Spokój? Jak miałem być spokojny, kiedy świat wokół się rozpadał?
Stałem tam, sparaliżowany. Nigdy nie byłem bohaterem. W szkole unikałem bójek, w pracy unikałem trudnych tematów, w domu unikałem kłótni z Martą. A teraz? Teraz morze chciało mnie połknąć, a ja nie miałem pojęcia, co robić. Ktoś popchnął mnie w stronę łodzi ratunkowej, ale zanim zdążyłem do niej wejść, fala zmyła mnie za burtę. Woda była zimna, choć to przecież Karaiby. Chwyciłem się deski – chyba kawałka pokładu – i trzymałem się z całych sił. Fale rzucały mną jak szmacianą lalką, sól szczypała w oczy, płuca paliły od wody, którą się zachłysnąłem. Krzyczałem, ale nikt nie odpowiadał. W głowie miałem tylko jedną myśl: „Marta, Kuba, przepraszam.” Potem wszystko zgasło.
Obudziłem się na plaży. Nie wiem, jak długo byłem nieprzytomny. Słońce stało wysoko, musiało być południe. Piasek parzył, a ja leżałem twarzą w dół, z solą w ustach i bólem w całym ciele. Próbowałem się podnieść, ale zawroty głowy powaliły mnie z powrotem na ziemię. Czułem, jakby ktoś bił mnie młotkiem – ramiona obite, nogi jak z waty, skóra na twarzy i rękach czerwona od słońca. W ustach miałem sucho, gardło piekło, jakby ktoś wlał mi tam piasek. Po chwili zorientowałem się, że wciąż mam kurtkę. W kieszeni znalazłem datownik, nóż i kawałek liny – może dwa metry, cała w wodorostach. Datownik był mokry, strony sklejone, ale ołówek w okładce działał. Otworzyłem go i zobaczyłem moje notatki: „Wtorek, 16:00, kucharz.” To było jak cios. Jeszcze wczoraj planowałem wywiady, a teraz jestem… gdzie? Na bezludnej wyspie?
Rozejrzałem się. Plaża ciągnie się w obie strony, ograniczona czarnymi, ostrymi skałami, które wyglądają, jakby wyrosły z morza. Są szorstkie, porowate, jak zastygła lawa. Za mną jest dżungla – gęsta, zielona, pełna odgłosów, których nie znam. Ptaki krzyczą, coś szeleszczy w krzakach, czasem słychać trzask gałęzi. Morze jest spokojne, jakby nigdy nie było sztormu. Na brzegu leżą resztki wraku – deski, kawałek płótna, jakieś plastikowe śmieci. Próbowałem krzyczeć, wołać o pomoc, ale odpowiedział mi tylko wiatr. Obszedłem kawałek plaży, może kilometr w jedną stronę, potem w drugą. Nigdzie nie ma śladów ludzi. Żadnych łodzi, żadnych budynków, tylko piasek, skały i ta przeklęta dżungla.
Cały dzień spędziłem, próbując zrozumieć, co się stało. Szedłem wzdłuż brzegu, szukając czegokolwiek – jedzenia, wody, znaku, że ktoś mnie szuka. Znalazłem kokosa, który spadł z palmy. Próbowałem go otworzyć nożem, ale tylko porysowałem skorupę. W końcu rzuciłem nim o skałę, ale pękł tak, że sok się rozlał. Piłem, co zostało, prosto z piasku. Smakowało jak błoto, ale nie miałem wyboru. Głód już mi doskwiera, czuję skurcze w żołądku. Skóra na ramionach i twarzy piecze, jakby ktoś przyłożył mi pochodnię. Nie wiem, czy to oparzenia słoneczne, czy coś gorszego. Nogi bolą, stopy mam poranione od chodzenia po ostrych skałach. Nie mam butów – musiałem je zgubić w wodzie.
Siedzę teraz w ciemności, pisząc w datowniku. Nie mam schronienia, tylko ten kawał drewna, o który opieram plecy. Nie rozpalę ognia – nie wiem jak, a wszystko wokół jest wilgotne. Datownik leży na moich kolanach, ołówek jest coraz krótszy. Pisanie to jedyne, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Kiedy otworzyłem notes, zobaczyłem swoje stare notatki – godziny, nazwiska, pytania do wywiadów. To jak wspomnienie innego życia. Życia, w którym martwiłem się o terminy, a nie o to, czy przeżyję noc.
Słyszę odgłosy z dżungli. Coś chodzi w krzakach, coś dużego. Raz usłyszałem niski, gardłowy dźwięk, jakby warczenie. Serce mi wali, ręce trzęsą się tak, że ledwo piszę. Co to było? Nie wiem. Może dzik? Może coś gorszego? Boję się. Nigdy w życiu tak się nie bałem. Myślę o Marcie i Kubie. Obiecałem, że wrócę. Marta zawsze mówiła, że jestem za miękki, że nie radzę sobie z problemami. Może miała rację. Ale teraz nie mogę uciec. Muszę przetrwać. Dla nich. Dla siebie.
Nie wiem, co robić. Jutro spróbuję znaleźć wodę, zbudować szałas, może rozpalę ogień. Muszę coś wymyślić. Datownik to jedyny kawałek normalności, jaki mi został. Piszę, bo to daje mi poczucie, że jeszcze żyję. Że jeszcze jestem sobą. Jeśli ktoś to znajdzie, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem. Że się nie poddałem. Boże, daj mi siłę.
Cały dzień spędziłem, próbując zrozumieć, co się stało. Szedłem wzdłuż brzegu, szukając czegokolwiek – jedzenia, wody, znaku, że ktoś mnie szuka. Znalazłem kokosa, który spadł z palmy. Próbowałem go otworzyć nożem, ale tylko porysowałem skorupę. W końcu rzuciłem nim o skałę, ale pękł tak, że sok się rozlał. Piłem, co zostało, prosto z piasku. Smakowało jak błoto, ale nie miałem wyboru. Głód już mi doskwiera, czuję skurcze w żołądku. Skóra na ramionach i twarzy piecze, jakby ktoś przyłożył mi pochodnię. Nie wiem, czy to oparzenia słoneczne, czy coś gorszego. Nogi bolą, stopy mam poranione od chodzenia po ostrych skałach. Nie mam butów – musiałem je zgubić w wodzie.
Siedzę teraz w ciemności, pisząc w datowniku. Nie mam schronienia, tylko ten kawał drewna, o który opieram plecy. Nie rozpalę ognia – nie wiem jak, a wszystko wokół jest wilgotne. Datownik leży na moich kolanach, ołówek jest coraz krótszy. Pisanie to jedyne, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Kiedy otworzyłem notes, zobaczyłem swoje stare notatki – godziny, nazwiska, pytania do wywiadów. To jak wspomnienie innego życia. Życia, w którym martwiłem się o terminy, a nie o to, czy przeżyję noc.
Słyszę odgłosy z dżungli. Coś chodzi w krzakach, coś dużego. Raz usłyszałem niski, gardłowy dźwięk, jakby warczenie. Serce mi wali, ręce trzęsą się tak, że ledwo piszę. Co to było? Nie wiem. Może dzik? Może coś gorszego? Boję się. Nigdy w życiu tak się nie bałem. Myślę o Marcie i Kubie. Obiecałem, że wrócę. Marta zawsze mówiła, że jestem za miękki, że nie radzę sobie z problemami. Może miała rację. Ale teraz nie mogę uciec. Muszę przetrwać. Dla nich. Dla siebie.
Nie wiem, co robić. Jutro spróbuję znaleźć wodę, zbudować szałas, może rozpalę ogień. Muszę coś wymyślić. Datownik to jedyny kawałek normalności, jaki mi został. Piszę, bo to daje mi poczucie, że jeszcze żyję. Że jeszcze jestem sobą. Jeśli ktoś to znajdzie, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem. Że się nie poddałem. Boże, daj mi siłę.
Dzień 2, 2 października 2025, późny wieczór
Siedzę na piasku, w cieniu mojego prowizorycznego szałasu, z datownikiem na kolanach. Jest ciemno, księżyc ledwo prześwieca przez chmury, a ja piszę przy blasku małego ogniska, które – cudem – udało mi się rozpalić. Ręce wciąż mi się trzęsą, ale nie tak bardzo jak wczoraj. Datownik wysechł na słońcu, strony są znów sztywne, a pismo wyraźne. To głupie, ale widok tego notesu, z jego czystymi kartkami i starymi notatkami o wywiadach, daje mi poczucie, że jeszcze jestem sobą. Że nie wszystko straciłem. Piszę, bo to jedyne, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Jeśli ktoś to kiedyś znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że nie poddałem się. Że walczę.
Obudziłem się o świcie, zesztywniały i obolały. Piasek przykleił się do mojej spalonej słońcem skóry, a w ustach miałem smak soli i błota. Głód ściskał żołądek, gardło było suche jak papier. Skóra na ramionach i twarzy piekła, jakby ktoś polał mnie wrzątkiem. Stopy, poranione od wczorajszych skał, bolały przy każdym kroku. Wstałem, opierając się o kawał drewna, który służył mi za prowizoryczne łóżko. Rozejrzałem się po plaży – czarne, wulkaniczne skały lśniły w porannym słońcu, morze szumiało spokojnie, a dżungla za mną wciąż wydawała te same, niepokojące odgłosy. Ptaki krzyczały, coś szeleszczyło w krzakach. Na moment pomyślałem, że to wszystko to sen, że zaraz obudzę się w kabinie na „Perle Karaibów”, z datownikiem pełnym notatek o wywiadach. Ale to nie sen. To piekło, w którym muszę przetrwać.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie datownika. Zostawiłem go wczoraj na słońcu, licząc, że wyschnie. Kiedy go otworzyłem, serce mi podskoczyło. Strony, które wczoraj były sklejone i wilgotne, teraz były suche, niemal jak nowe. Stare notatki – „Wtorek, 16:00, kucharz o menu” – wciąż były czytelne, choć atrament miejscami się rozmazał. Patrzyłem na te zapiski i czułem ukłucie w sercu. To było moje życie – terminy, rozmowy, plany. Teraz moim planem jest przeżyć kolejny dzień. Ale datownik to coś więcej niż notes. To moja kotwica. Pisanie w nim to sposób, by nie zapomnieć, kim jestem. By nie stać się dzikusem, którego pochłonie ta wyspa.
Postanowiłem, że dzisiaj zrobię coś konkretnego. Wczoraj błąkałem się po plaży, w szoku, bez celu. Dzisiaj musiałem działać. Potrzebowałem schronienia, wody, jedzenia. I ognia – coś, co trzymałoby zwierzęta z dala. W nocy znów słyszałem odgłosy – szelesty, trzaski gałęzi, a raz, tuż przed świtem, niski, gardłowy dźwięk, jakby warczenie. Nie wiem, co to było, ale serce waliło mi jak młot. Rano, kiedy obszedłem plażę, znalazłem ślady – małe, jakby od ptaka albo gryzonia, tuż przy miejscu, gdzie spałem. Ale w głębi duszy czułem, że coś większego kręci się w pobliżu. Coś, co obserwuje mnie z dżungli.
Siedzę na piasku, w cieniu mojego prowizorycznego szałasu, z datownikiem na kolanach. Jest ciemno, księżyc ledwo prześwieca przez chmury, a ja piszę przy blasku małego ogniska, które – cudem – udało mi się rozpalić. Ręce wciąż mi się trzęsą, ale nie tak bardzo jak wczoraj. Datownik wysechł na słońcu, strony są znów sztywne, a pismo wyraźne. To głupie, ale widok tego notesu, z jego czystymi kartkami i starymi notatkami o wywiadach, daje mi poczucie, że jeszcze jestem sobą. Że nie wszystko straciłem. Piszę, bo to jedyne, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Jeśli ktoś to kiedyś znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że nie poddałem się. Że walczę.
Obudziłem się o świcie, zesztywniały i obolały. Piasek przykleił się do mojej spalonej słońcem skóry, a w ustach miałem smak soli i błota. Głód ściskał żołądek, gardło było suche jak papier. Skóra na ramionach i twarzy piekła, jakby ktoś polał mnie wrzątkiem. Stopy, poranione od wczorajszych skał, bolały przy każdym kroku. Wstałem, opierając się o kawał drewna, który służył mi za prowizoryczne łóżko. Rozejrzałem się po plaży – czarne, wulkaniczne skały lśniły w porannym słońcu, morze szumiało spokojnie, a dżungla za mną wciąż wydawała te same, niepokojące odgłosy. Ptaki krzyczały, coś szeleszczyło w krzakach. Na moment pomyślałem, że to wszystko to sen, że zaraz obudzę się w kabinie na „Perle Karaibów”, z datownikiem pełnym notatek o wywiadach. Ale to nie sen. To piekło, w którym muszę przetrwać.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie datownika. Zostawiłem go wczoraj na słońcu, licząc, że wyschnie. Kiedy go otworzyłem, serce mi podskoczyło. Strony, które wczoraj były sklejone i wilgotne, teraz były suche, niemal jak nowe. Stare notatki – „Wtorek, 16:00, kucharz o menu” – wciąż były czytelne, choć atrament miejscami się rozmazał. Patrzyłem na te zapiski i czułem ukłucie w sercu. To było moje życie – terminy, rozmowy, plany. Teraz moim planem jest przeżyć kolejny dzień. Ale datownik to coś więcej niż notes. To moja kotwica. Pisanie w nim to sposób, by nie zapomnieć, kim jestem. By nie stać się dzikusem, którego pochłonie ta wyspa.
Postanowiłem, że dzisiaj zrobię coś konkretnego. Wczoraj błąkałem się po plaży, w szoku, bez celu. Dzisiaj musiałem działać. Potrzebowałem schronienia, wody, jedzenia. I ognia – coś, co trzymałoby zwierzęta z dala. W nocy znów słyszałem odgłosy – szelesty, trzaski gałęzi, a raz, tuż przed świtem, niski, gardłowy dźwięk, jakby warczenie. Nie wiem, co to było, ale serce waliło mi jak młot. Rano, kiedy obszedłem plażę, znalazłem ślady – małe, jakby od ptaka albo gryzonia, tuż przy miejscu, gdzie spałem. Ale w głębi duszy czułem, że coś większego kręci się w pobliżu. Coś, co obserwuje mnie z dżungli.
Zacząłem od szałasu. Wiedziałem, że nie mogę spać na piasku, bez ochrony. Słońce paliło, a w nocy mogło padać. Zebrałem wszystko, co znalazłem na plaży – deski z wraku, kawałki płótna, lianę, która zwisała z palmy. W dżungli znalazłem gałęzie i liście palmowe, choć każdy krok w głąb lasu sprawiał, że włosy stawały mi dęba. Czułem się, jakby coś patrzyło mi na plecy. Raz usłyszałem trzask gałęzi i zamarłem, ściskając nóż. Nic się nie pojawiło, ale strach został.
Budowa szałasu zajęła mi godziny. Najpierw wbiłem w piasek cztery solidne gałęzie, tworząc ramę. Potem ułożyłem na nich liście palmowe, przeplatając je lianą, żeby nie zwiał ich wiatr. Ściany zrobiłem z desek i mchu, który znalazłem w dżungli – wilgotny, ale miękki, jakby stworzony do izolacji. Dach przykryłem płótnem z wraku, które śmierdziało solą, ale było lepsze niż nic. Nie jestem budowlańcem, nigdy nie byłem. W Miami ledwo potrafiłem wymienić żarówkę, a Marta zawsze śmiała się, że mam dwie lewe ręce. Ale ten szałas… Może nie jest piękny, ale stoi. Ma może dwa metry kwadratowe, wystarczająco, by się schować.
Pomyślałem, że sam szałas to za mało. Te nocne odgłosy nie dawały mi spokoju. Postanowiłem zbudować prowizoryczny płot wokół obozowiska. Zebrałem więcej gałęzi i lian, tworząc niską barierę – może pół metra wysokości, ale wystarczającą, by poczuć się choć trochę bezpieczniej. Wbijałem patyki w piasek, przeplatając je lianą, aż powstał krąg wokół szałasu. Nie zatrzyma to dużego zwierzęcia, ale może spowolni mniejsze. Kiedy skończyłem, byłem zlany potem, z rękami pełnymi zadrapań od ostrych liści. Ale patrzyłem na ten płot i czułem coś nowego – dumę. Może to głupie, ale to był mój pierwszy sukces na tej wyspie.
Kolejnym zadaniem było znalezienie wody. Wczorajszy kokos to za mało, a kałuże na plaży smakowały jak błoto. Poszedłem wzdłuż brzegu, szukając strumienia albo czegokolwiek, co nadawałoby się do picia. Szedłem powoli, bo stopy bolały od ostrych skał. W pewnym momencie omal nie stanąłem na kawałku szkła – błyszczał w piasku, jak pułapka. To była rozbita butelka, pewnie z wraku. Schyliłem się, ostrożnie ją podnosząc. Była gruba, zielona, z zaokrąglonym dnem – idealna, by skupić światło. Przypomniałem sobie coś z harcerstwa. Jako dzieciak, w Polsce, chodziłem na zbiórki harcerskie. Nie byłem w tym dobry, ale pamiętam, jak drużynowy pokazywał nam, jak rozpalić ogień za pomocą lupy. Pomyślałem, że to szkło może zadziałać jak lupa. Odłożyłem je na bok, czując, że to może być moja szansa.
W końcu znalazłem kokosa, który leżał pod palmą. Tym razem byłem ostrożniejszy. Usiadłem na piasku, ściskając nóż, i powoli nacinałem skorupę. Zajęło mi to chyba pół godziny – ręce mi się ślizgały, a nóż był za mały do takiej roboty. Ale w końcu się udało. Sok był ciepły, lekko słodki, ale smakował jak życie. Piłem powoli, czując, jak wilgoć nawilża moje spieczone gardło. Zjadłem też trochę miąższu – był miękki, tłusty, ale wypełnił żołądek. Siedziałem tam, z kokosem w rękach, i przez chwilę czułem się jak zwycięzca. To głupie, ale ten kokos był jak trofeum.
Budowa szałasu zajęła mi godziny. Najpierw wbiłem w piasek cztery solidne gałęzie, tworząc ramę. Potem ułożyłem na nich liście palmowe, przeplatając je lianą, żeby nie zwiał ich wiatr. Ściany zrobiłem z desek i mchu, który znalazłem w dżungli – wilgotny, ale miękki, jakby stworzony do izolacji. Dach przykryłem płótnem z wraku, które śmierdziało solą, ale było lepsze niż nic. Nie jestem budowlańcem, nigdy nie byłem. W Miami ledwo potrafiłem wymienić żarówkę, a Marta zawsze śmiała się, że mam dwie lewe ręce. Ale ten szałas… Może nie jest piękny, ale stoi. Ma może dwa metry kwadratowe, wystarczająco, by się schować.
Pomyślałem, że sam szałas to za mało. Te nocne odgłosy nie dawały mi spokoju. Postanowiłem zbudować prowizoryczny płot wokół obozowiska. Zebrałem więcej gałęzi i lian, tworząc niską barierę – może pół metra wysokości, ale wystarczającą, by poczuć się choć trochę bezpieczniej. Wbijałem patyki w piasek, przeplatając je lianą, aż powstał krąg wokół szałasu. Nie zatrzyma to dużego zwierzęcia, ale może spowolni mniejsze. Kiedy skończyłem, byłem zlany potem, z rękami pełnymi zadrapań od ostrych liści. Ale patrzyłem na ten płot i czułem coś nowego – dumę. Może to głupie, ale to był mój pierwszy sukces na tej wyspie.
Kolejnym zadaniem było znalezienie wody. Wczorajszy kokos to za mało, a kałuże na plaży smakowały jak błoto. Poszedłem wzdłuż brzegu, szukając strumienia albo czegokolwiek, co nadawałoby się do picia. Szedłem powoli, bo stopy bolały od ostrych skał. W pewnym momencie omal nie stanąłem na kawałku szkła – błyszczał w piasku, jak pułapka. To była rozbita butelka, pewnie z wraku. Schyliłem się, ostrożnie ją podnosząc. Była gruba, zielona, z zaokrąglonym dnem – idealna, by skupić światło. Przypomniałem sobie coś z harcerstwa. Jako dzieciak, w Polsce, chodziłem na zbiórki harcerskie. Nie byłem w tym dobry, ale pamiętam, jak drużynowy pokazywał nam, jak rozpalić ogień za pomocą lupy. Pomyślałem, że to szkło może zadziałać jak lupa. Odłożyłem je na bok, czując, że to może być moja szansa.
W końcu znalazłem kokosa, który leżał pod palmą. Tym razem byłem ostrożniejszy. Usiadłem na piasku, ściskając nóż, i powoli nacinałem skorupę. Zajęło mi to chyba pół godziny – ręce mi się ślizgały, a nóż był za mały do takiej roboty. Ale w końcu się udało. Sok był ciepły, lekko słodki, ale smakował jak życie. Piłem powoli, czując, jak wilgoć nawilża moje spieczone gardło. Zjadłem też trochę miąższu – był miękki, tłusty, ale wypełnił żołądek. Siedziałem tam, z kokosem w rękach, i przez chwilę czułem się jak zwycięzca. To głupie, ale ten kokos był jak trofeum.
Po wodzie przyszedł czas na ogień. Wróciłem do obozowiska z tym kawałkiem szkła. Zebrałem suche liście, drobne patyki i trochę mchu, który wysuszyłem na słońcu. Usiadłem w cieniu szałasu, ustawiając szkło tak, by skupiało promienie słońca na liściach. Czekałem, ręce mi drżały z nerwów. Minuty mijały, a ja modliłem się, żeby to zadziałało. W końcu zobaczyłem dym – cienką strużkę, jakby oddech. Dmuchałem delikatnie, a dym zamienił się w mały płomień. Dodałem patyki, potem większe gałęzie, które zebrałem na plaży. Ogień zapłonął – mały, ale prawdziwy. Patrzyłem na niego, nie wierząc własnym oczom. Ja, Jan Wolski, który nigdy nie rozbił namiotu, rozpaliłem ogień. Chciałem krzyczeć z radości, ale bałem się, że coś usłyszy.
Siedząc przy ogniu, pomyślałem o Kubie. Kiedyś, może rok temu, pytał mnie, czy jestem odważny. Siedzieliśmy na kanapie, oglądając film o piratach. „Tato, jakbyś był na wyspie, walczyłbyś ze smokiem?” zaśmiał się. Odpowiedziałem, że smoki nie istnieją, ale w głębi duszy wiedziałem, że unikałem odpowiedzi. Nie byłem odważny. W pracy brałem bezpieczne tematy, w domu unikałem trudnych rozmów z Martą. Ale teraz, na tej wyspie, nie mogę uciekać. Muszę być odważny – dla Kuby, dla Marty, dla siebie. Ten ogień, ten szałas, ten płot – to moje pierwsze kroki. Może nie jestem jeszcze bohaterem, ale próbuję.
Dzień minął szybko, ale wieczór przyniósł nowe obawy. Kiedy słońce zaszło, odgłosy dżungli stały się głośniejsze. Szelesty, trzaski, a raz – może godzinę temu – znów usłyszałem to warczenie. Niskie, głębokie, jakby coś kręciło się w cieniu. Ogień płonie, rzucając migotliwe cienie na płot, ale nie czuję się bezpiecznie. Siedzę w szałasie, ściskając nóż, z datownikiem na kolanach. Ręce mi się pocą, serce bije jak oszalałe. Coś jest tam, w dżungli. Coś dużego. Modlę się, żeby nie podeszło bliżej.
Piszę, bo to jedyne, co mogę zrobić. Datownik to mój przyjaciel, mój spowiednik. Stare notatki – „Środa, 11:00, menedżer pokładu” – przypominają mi o życiu, które zostawiłem. Bolą, ale też dają siłę. Muszę wrócić do Marty i Kuby. Muszę im pokazać, że nie jestem tym samym Janem, który bał się wszystkiego. Jutro spróbuję znaleźć strumień, zebrać więcej jedzenia, ulepszyć szałas. Może znajdę więcej części wraku – coś, co pomoże mi przetrwać. Muszę być sprytniejszy, silniejszy. Muszę.
Ogień trzaska, dżungla szepcze, a ja zamykam datownik. Boże, daj mi siłę na jutro.
Siedząc przy ogniu, pomyślałem o Kubie. Kiedyś, może rok temu, pytał mnie, czy jestem odważny. Siedzieliśmy na kanapie, oglądając film o piratach. „Tato, jakbyś był na wyspie, walczyłbyś ze smokiem?” zaśmiał się. Odpowiedziałem, że smoki nie istnieją, ale w głębi duszy wiedziałem, że unikałem odpowiedzi. Nie byłem odważny. W pracy brałem bezpieczne tematy, w domu unikałem trudnych rozmów z Martą. Ale teraz, na tej wyspie, nie mogę uciekać. Muszę być odważny – dla Kuby, dla Marty, dla siebie. Ten ogień, ten szałas, ten płot – to moje pierwsze kroki. Może nie jestem jeszcze bohaterem, ale próbuję.
Dzień minął szybko, ale wieczór przyniósł nowe obawy. Kiedy słońce zaszło, odgłosy dżungli stały się głośniejsze. Szelesty, trzaski, a raz – może godzinę temu – znów usłyszałem to warczenie. Niskie, głębokie, jakby coś kręciło się w cieniu. Ogień płonie, rzucając migotliwe cienie na płot, ale nie czuję się bezpiecznie. Siedzę w szałasie, ściskając nóż, z datownikiem na kolanach. Ręce mi się pocą, serce bije jak oszalałe. Coś jest tam, w dżungli. Coś dużego. Modlę się, żeby nie podeszło bliżej.
Piszę, bo to jedyne, co mogę zrobić. Datownik to mój przyjaciel, mój spowiednik. Stare notatki – „Środa, 11:00, menedżer pokładu” – przypominają mi o życiu, które zostawiłem. Bolą, ale też dają siłę. Muszę wrócić do Marty i Kuby. Muszę im pokazać, że nie jestem tym samym Janem, który bał się wszystkiego. Jutro spróbuję znaleźć strumień, zebrać więcej jedzenia, ulepszyć szałas. Może znajdę więcej części wraku – coś, co pomoże mi przetrwać. Muszę być sprytniejszy, silniejszy. Muszę.
Ogień trzaska, dżungla szepcze, a ja zamykam datownik. Boże, daj mi siłę na jutro.
Dzień 3, 3 października 2025, późny wieczór
Siedzę w szałasie, z datownikiem na kolanach, ściskając nóż tak mocno, że aż boli mnie ręka. Ogień na zewnątrz trzaska, ale jego blask ledwo dociera do środka. Jest ciemno, a dżungla żyje – szelesty, trzaski, odgłosy, których nie znam. Ale to, co usłyszałem przed chwilą… Boże, nie wiem, jak to opisać. Coś jest tam, na zewnątrz. Coś dużego. Warczy, chodzi, kręci się wokół mojego obozu. Czuję, jak serce wali mi w piersi, jakby miało wyskoczyć. Piszę, bo to jedyne, co mogę zrobić, żeby nie zwariować. Jeśli to moja ostatnia noc, jeśli to coś mnie dopadnie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że próbowałem. Że walczyłem do końca.
Zacznę od początku, bo muszę uporządkować myśli. Obudziłem się o świcie, zesztywniały, ale z jakimś nowym uczuciem w środku. Wczoraj udało mi się zbudować szałas, rozpalić ogień, otworzyć kokosa. To drobiazgi, ale dla mnie to jak zdobycie medalu. Po raz pierwszy odkąd tu trafiłem, poczułem, że mogę przetrwać. Że mogę wrócić do Marty i Kuby. Wstałem, przeciągając obolałe mięśnie. Skóra na ramionach wciąż piekła od oparzeń słonecznych, ale jakby mniej niż wczoraj. Stopy, poranione od chodzenia po wulkanicznych skałach, bolały przy każdym kroku, ale zacisnąłem zęby. Głód ściskał żołądek, a w gardle miałem sucho, choć wczorajszy kokos trochę pomógł. Spojrzałem na mój szałas – chwiejny, ale stojący – i na płot z gałęzi i lian. To moje królestwo. Moje miejsce na tej przeklętej wyspie.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie datownika. Strony zapełniają się szybko, co mnie martwi. Nie wiem, ile jeszcze będę tu tkwił, a ten mały notes to jedyny sposób, by nie stracić rozumu. Wczorajsze pisanie pomogło mi zasnąć, choć noc była pełna odgłosów – szelestów, trzasków, czegoś, co brzmiało jak odległe warczenie. Rano obszedłem obóz, szukając śladów. Znalazłem tylko małe odciski, jakby od ptaka albo gryzonia, ale to nie uspokoiło moich nerwów. Dżungla wydaje się żywa, jakby coś czaiło się w cieniu. Ale dzisiaj postanowiłem nie myśleć o strachu. Musiałem działać.
Zacząłem od jedzenia. Kokos z wczoraj dał mi siłę, ale wiedziałem, że potrzebuję więcej. Poszedłem wzdłuż plaży, szukając palm z owocami. Upał był nieznośny, słońce paliło mi kark, a piasek parzył stopy. Znalazłem dwie palmy, z których spadły kokosy. Jeden otworzyłem nożem – tym razem poszło mi szybciej, choć wciąż czułem się jak amator. Sok był ciepły, słodkawy, a miąższ wypełnił żołądek. Drugi kokos zostawiłem w szałasie, czując się jak ktoś, kto robi zapasy. Na plaży znalazłem też coś, co wyglądało jak banany – małe, zielone, ale miękkie w środku. Zjadłem jeden, ostrożnie, bo pamiętałem, że w dżungli są trujące rośliny. Smakował gorzko, ale nie zaszkodził mi, więc zjadłem jeszcze dwa. Siedziałem na piasku, z sokiem spływającym po brodzie, i przez chwilę czułem się jak król.
Siedzę w szałasie, z datownikiem na kolanach, ściskając nóż tak mocno, że aż boli mnie ręka. Ogień na zewnątrz trzaska, ale jego blask ledwo dociera do środka. Jest ciemno, a dżungla żyje – szelesty, trzaski, odgłosy, których nie znam. Ale to, co usłyszałem przed chwilą… Boże, nie wiem, jak to opisać. Coś jest tam, na zewnątrz. Coś dużego. Warczy, chodzi, kręci się wokół mojego obozu. Czuję, jak serce wali mi w piersi, jakby miało wyskoczyć. Piszę, bo to jedyne, co mogę zrobić, żeby nie zwariować. Jeśli to moja ostatnia noc, jeśli to coś mnie dopadnie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że próbowałem. Że walczyłem do końca.
Zacznę od początku, bo muszę uporządkować myśli. Obudziłem się o świcie, zesztywniały, ale z jakimś nowym uczuciem w środku. Wczoraj udało mi się zbudować szałas, rozpalić ogień, otworzyć kokosa. To drobiazgi, ale dla mnie to jak zdobycie medalu. Po raz pierwszy odkąd tu trafiłem, poczułem, że mogę przetrwać. Że mogę wrócić do Marty i Kuby. Wstałem, przeciągając obolałe mięśnie. Skóra na ramionach wciąż piekła od oparzeń słonecznych, ale jakby mniej niż wczoraj. Stopy, poranione od chodzenia po wulkanicznych skałach, bolały przy każdym kroku, ale zacisnąłem zęby. Głód ściskał żołądek, a w gardle miałem sucho, choć wczorajszy kokos trochę pomógł. Spojrzałem na mój szałas – chwiejny, ale stojący – i na płot z gałęzi i lian. To moje królestwo. Moje miejsce na tej przeklętej wyspie.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie datownika. Strony zapełniają się szybko, co mnie martwi. Nie wiem, ile jeszcze będę tu tkwił, a ten mały notes to jedyny sposób, by nie stracić rozumu. Wczorajsze pisanie pomogło mi zasnąć, choć noc była pełna odgłosów – szelestów, trzasków, czegoś, co brzmiało jak odległe warczenie. Rano obszedłem obóz, szukając śladów. Znalazłem tylko małe odciski, jakby od ptaka albo gryzonia, ale to nie uspokoiło moich nerwów. Dżungla wydaje się żywa, jakby coś czaiło się w cieniu. Ale dzisiaj postanowiłem nie myśleć o strachu. Musiałem działać.
Zacząłem od jedzenia. Kokos z wczoraj dał mi siłę, ale wiedziałem, że potrzebuję więcej. Poszedłem wzdłuż plaży, szukając palm z owocami. Upał był nieznośny, słońce paliło mi kark, a piasek parzył stopy. Znalazłem dwie palmy, z których spadły kokosy. Jeden otworzyłem nożem – tym razem poszło mi szybciej, choć wciąż czułem się jak amator. Sok był ciepły, słodkawy, a miąższ wypełnił żołądek. Drugi kokos zostawiłem w szałasie, czując się jak ktoś, kto robi zapasy. Na plaży znalazłem też coś, co wyglądało jak banany – małe, zielone, ale miękkie w środku. Zjadłem jeden, ostrożnie, bo pamiętałem, że w dżungli są trujące rośliny. Smakował gorzko, ale nie zaszkodził mi, więc zjadłem jeszcze dwa. Siedziałem na piasku, z sokiem spływającym po brodzie, i przez chwilę czułem się jak król.
Po jedzeniu postanowiłem ulepszyć szałas. Wczorajsza konstrukcja była dobra, ale chciałem, żeby była solidniejsza. Obszedłem plażę, szukając resztek z wraku „Perły Karaibów”. Znalazłem więcej desek, kawał płótna i coś nowego – zardzewiałą blachę, może fragment kadłuba. Była ciężka, ale pomyślałem, że może posłużyć jako osłona albo narzędzie. Przeciągnąłem ją do obozu, czując ból w ramionach. Wzmocniłem szałas, dodając deski do ścian i więcej liści palmowych na dach. Płot też ulepszyłem – wbiłem więcej gałęzi, przeplatając je lianą, aż bariera wyglądała na solidniejszą. Nie zatrzyma dużego zwierzęcia, ale daje mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy skończyłem, byłem zlany potem, z nowymi zadrapaniami na rękach od ostrych liści. Ale patrzyłem na swoje dzieło i czułem dumę. Ja, Jan Wolski, który w Miami ledwo potrafił złożyć półkę, zbudowałem coś, co może mnie ochronić.
Kolejnym zadaniem było znalezienie wody. Kokosy pomagały, ale potrzebowałem strumienia albo źródła. Postanowiłem wejść w dżunglę – nie za głęboko, bo wciąż czułem się tam nieswojo. Wziąłem nóż i kawałek liny, licząc, że znajdę coś szybko. Dżungla była gęsta, pełna pnączy, które plątały się pod nogami. Powietrze było wilgotne, pachniało ziemią i gnijącymi liśćmi. Ptaki krzyczały, owady bzyczały, a każdy trzask gałęzi sprawiał, że podskakiwałem. Szedłem powoli, rozglądając się za wodą. Znalazłem błotnistą kałużę, ale śmierdziała i roiła się od komarów. Poszedłem dalej, aż dotarłem do małej polany. Tam znalazłem coś dziwnego – zaostrzony kamień, leżący pod drzewem. Wyglądał jak narzędzie, jakby ktoś go ukształtował. Podniosłem go, czując dreszcz. Czy ktoś kiedyś tu żył? Może tubylcy? Odłożyłem kamień, ale ciekawość została.
Dżungla zaczęła mnie przytłaczać. Gałęzie wydawały się zamykać nade mną, a odgłosy stawały się głośniejsze. Zgubiłem się na chwilę, co wywołało panikę. Serce waliło mi w piersi, ale znalazłem drogę powrotną, kierując się szumem morza. Wróciłem na plażę z ulgą, przysięgając sobie, że następnym razem będę ostrożniejszy. Strumienia nie znalazłem, ale wiedziałem, że muszę szukać dalej.
Po powrocie postanowiłem spróbować czegoś nowego – pułapki na ryby. Widziałem ryby w płytkiej wodzie blisko brzegu, małe, srebrzyste, które śmigały między skałami. Pomyślałem, że mogę je złapać, używając liny i patyków. Zrobiłem prowizoryczną siatkę, przeplatając linę między gałęziami, i ustawiłem ją w wodzie, blokując kamieniem. Czekałem godzinę, ale nic nie wpadło. Woda była za szybka, a moja pułapka za słaba. W końcu fala przewróciła konstrukcję, zostawiając mnie z mokrymi nogami i frustracją. Usiadłem na brzegu, klnąc pod nosem. Jestem reporterem, nie rybakiem. Ale nie poddam się. Jutro spróbuję znowu.
Kolejnym zadaniem było znalezienie wody. Kokosy pomagały, ale potrzebowałem strumienia albo źródła. Postanowiłem wejść w dżunglę – nie za głęboko, bo wciąż czułem się tam nieswojo. Wziąłem nóż i kawałek liny, licząc, że znajdę coś szybko. Dżungla była gęsta, pełna pnączy, które plątały się pod nogami. Powietrze było wilgotne, pachniało ziemią i gnijącymi liśćmi. Ptaki krzyczały, owady bzyczały, a każdy trzask gałęzi sprawiał, że podskakiwałem. Szedłem powoli, rozglądając się za wodą. Znalazłem błotnistą kałużę, ale śmierdziała i roiła się od komarów. Poszedłem dalej, aż dotarłem do małej polany. Tam znalazłem coś dziwnego – zaostrzony kamień, leżący pod drzewem. Wyglądał jak narzędzie, jakby ktoś go ukształtował. Podniosłem go, czując dreszcz. Czy ktoś kiedyś tu żył? Może tubylcy? Odłożyłem kamień, ale ciekawość została.
Dżungla zaczęła mnie przytłaczać. Gałęzie wydawały się zamykać nade mną, a odgłosy stawały się głośniejsze. Zgubiłem się na chwilę, co wywołało panikę. Serce waliło mi w piersi, ale znalazłem drogę powrotną, kierując się szumem morza. Wróciłem na plażę z ulgą, przysięgając sobie, że następnym razem będę ostrożniejszy. Strumienia nie znalazłem, ale wiedziałem, że muszę szukać dalej.
Po powrocie postanowiłem spróbować czegoś nowego – pułapki na ryby. Widziałem ryby w płytkiej wodzie blisko brzegu, małe, srebrzyste, które śmigały między skałami. Pomyślałem, że mogę je złapać, używając liny i patyków. Zrobiłem prowizoryczną siatkę, przeplatając linę między gałęziami, i ustawiłem ją w wodzie, blokując kamieniem. Czekałem godzinę, ale nic nie wpadło. Woda była za szybka, a moja pułapka za słaba. W końcu fala przewróciła konstrukcję, zostawiając mnie z mokrymi nogami i frustracją. Usiadłem na brzegu, klnąc pod nosem. Jestem reporterem, nie rybakiem. Ale nie poddam się. Jutro spróbuję znowu.
Wieczór spędziłem przy ogniu, który rozpalłem tym samym kawałkiem szkła. Zebrałem więcej suchych liści i patyków, dbając, by płomień nie zgasł. Siedziałem na piasku, jedząc resztki banana i popijając sok z kokosa. Patrzyłem na szałas, płot, ogień i myślałem o Kubie. Rok temu, kiedy oglądaliśmy film o piratach, zapytał mnie, czy jestem odważny. „Tato, jakbyś był na wyspie, walczyłbyś z potworem?” zaśmiał się. Powiedziałem, że potwory nie istnieją, ale w głębi duszy wiedziałem, że unikam odpowiedzi. Nie byłem odważny. W pracy brałem łatwe tematy, w domu unikałem kłótni z Martą. Ale teraz, na tej wyspie, nie mogę uciekać. Ten szałas, ten ogień – to dowód, że próbuję. Chcę, żeby Kuba był ze mnie dumny. Chcę, żeby Marta zobaczyła, że mogę być silniejszy.
Czułem się dobrze, niemal spokojny. Myślałem o jutrze – o znalezieniu strumienia, ulepszeniu pułapki, może nawet o wspięciu się na skały, by zobaczyć wyspę z góry. Pisanie w datowniku stało się moim rytuałem. Otworzyłem notes, patrząc na zapełniające się strony. Martwi mnie, że wkrótce może zabraknąć miejsca, ale na razie piszę. To moje świadectwo, moja walka. Chciałem zapisać wszystko – każdy szczegół, każdy sukces, każdy strach. Byłem w połowie zdania, kiedy to usłyszałem.
Najpierw był szelest, jakby coś poruszyło się w krzakach. Zamarłem, ściskając ołówek. Potem kroki – ciężkie, powolne, jakby coś krążyło wokół płotu. Ogień trzasnął, rzucając cienie na piasek, ale nie widziałem nic poza ciemnością. Wtedy usłyszałem warczenie – niskie, głębokie, jak silnik na jałowym biegu. Serce stanęło mi w gardle. To nie był ptak ani gryzoń. To było coś dużego. Coś żywego. Coś, co wiedziało, że tu jestem.
Rzuciłem się do szałasu, zamykając prowizoryczne drzwi z liści. Ściskałem nóż, modląc się, żeby to coś nie weszło. Usłyszałem kolejny szelest, jakby gałęzie ugięły się pod ciężarem. Warczenie powtórzyło się, bliżej. Czułem, jak pot spływa mi po plecach, jak oddech łapie się w gardle. „Boże, nie daj mi umrzeć,” szeptałem, choć nie modliłem się od lat. Myślałem o Marcie, o Kubie, o tym, że nie mogę ich zostawić. Siedziałem skulony, wpatrując się w ciemność, czekając na atak. Ale nic nie przyszło. Tylko kroki, warczenie, szelest. Nie wiem, ile to trwało – może minuty, może godziny. W końcu odgłosy ucichły, ale strach został.
Piszę teraz, z rękami drżącymi, z sercem wciąż walącym. Nie wiem, co to było, ale wiem, że to nie ptak. To coś poluje. Coś, co może wrócić. Muszę być gotowy. Muszę wzmocnić płot, znaleźć broń, coś, co mnie ochroni. Nie mogę się poddać. Dla Marty. Dla Kuby. Boże, daj mi siłę.
Czułem się dobrze, niemal spokojny. Myślałem o jutrze – o znalezieniu strumienia, ulepszeniu pułapki, może nawet o wspięciu się na skały, by zobaczyć wyspę z góry. Pisanie w datowniku stało się moim rytuałem. Otworzyłem notes, patrząc na zapełniające się strony. Martwi mnie, że wkrótce może zabraknąć miejsca, ale na razie piszę. To moje świadectwo, moja walka. Chciałem zapisać wszystko – każdy szczegół, każdy sukces, każdy strach. Byłem w połowie zdania, kiedy to usłyszałem.
Najpierw był szelest, jakby coś poruszyło się w krzakach. Zamarłem, ściskając ołówek. Potem kroki – ciężkie, powolne, jakby coś krążyło wokół płotu. Ogień trzasnął, rzucając cienie na piasek, ale nie widziałem nic poza ciemnością. Wtedy usłyszałem warczenie – niskie, głębokie, jak silnik na jałowym biegu. Serce stanęło mi w gardle. To nie był ptak ani gryzoń. To było coś dużego. Coś żywego. Coś, co wiedziało, że tu jestem.
Rzuciłem się do szałasu, zamykając prowizoryczne drzwi z liści. Ściskałem nóż, modląc się, żeby to coś nie weszło. Usłyszałem kolejny szelest, jakby gałęzie ugięły się pod ciężarem. Warczenie powtórzyło się, bliżej. Czułem, jak pot spływa mi po plecach, jak oddech łapie się w gardle. „Boże, nie daj mi umrzeć,” szeptałem, choć nie modliłem się od lat. Myślałem o Marcie, o Kubie, o tym, że nie mogę ich zostawić. Siedziałem skulony, wpatrując się w ciemność, czekając na atak. Ale nic nie przyszło. Tylko kroki, warczenie, szelest. Nie wiem, ile to trwało – może minuty, może godziny. W końcu odgłosy ucichły, ale strach został.
Piszę teraz, z rękami drżącymi, z sercem wciąż walącym. Nie wiem, co to było, ale wiem, że to nie ptak. To coś poluje. Coś, co może wrócić. Muszę być gotowy. Muszę wzmocnić płot, znaleźć broń, coś, co mnie ochroni. Nie mogę się poddać. Dla Marty. Dla Kuby. Boże, daj mi siłę.