Dzień 4, 4 października 2025, późny wieczór
Siedzę w szałasie, z datownikiem na kolanach, przy blasku ogniska, które udało mi się rozpalić po raz drugi dzisiaj. Deszcz przestał padać, ale piasek wokół jest wilgotny, a powietrze pachnie mokrą ziemią i dżunglą. Ręce mi się trzęsą – nie wiem, czy to ze zmęczenia, czy ze strachu. W nocy znów słyszałem to warczenie, niskie, jakby coś krążyło w ciemności, poza zasięgiem mojego płotu. Znów znalazłem ślady – duże, głębokie odciski w piasku, tuż przy obozie. Piszę, bo to jedyne, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Datownik to moja ostatnia nitka łącząca mnie z normalnym światem, choć strony zapełniają się coraz szybciej. Jeśli ktoś to znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że nie poddałem się. Że walczę, choć każda noc jest jak walka o życie.
Obudziłem się o świcie, wyczerpany po wczorajszej nocy. Nie spałem prawie wcale, nasłuchując odgłosów, ściskając nóż, modląc się, by to coś – cokolwiek to było – nie weszło do obozu. Kiedy wstałem, serce wciąż mi waliło, a oczy piekły od braku snu. Skóra na ramionach i twarzy była mniej czerwona, oparzenia słoneczne zaczynały się goić, ale stopy, poranione od wulkanicznych skał, bolały przy każdym kroku. Głód ściskał żołądek, choć wczorajsze banany i kokos trochę pomogły. Czułem się słaby, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię, ale wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać. Jeśli chcę przetrwać, muszę działać.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie obozu. Obszedłem płot, szukając śladów tego, co słyszałem w nocy. Znalazłem je – odciski łap, większe niż te z wczoraj, głęboko wbite w piasek, tuż za barierą z gałęzi. Były szerokie, z wyraźnymi śladami pazurów, jakby coś ciężkiego stało tam, obserwując mnie. Serce podskoczyło mi do gardła. To nie był ptak ani gryzoń. To coś dużego, drapieżnego. Może kot? Nie wiem, ale strach, który czułem wczoraj, wrócił ze zdwojoną siłą. Postanowiłem wzmocnić płot – to jedyne, co mogło mnie ochronić.
Siedzę w szałasie, z datownikiem na kolanach, przy blasku ogniska, które udało mi się rozpalić po raz drugi dzisiaj. Deszcz przestał padać, ale piasek wokół jest wilgotny, a powietrze pachnie mokrą ziemią i dżunglą. Ręce mi się trzęsą – nie wiem, czy to ze zmęczenia, czy ze strachu. W nocy znów słyszałem to warczenie, niskie, jakby coś krążyło w ciemności, poza zasięgiem mojego płotu. Znów znalazłem ślady – duże, głębokie odciski w piasku, tuż przy obozie. Piszę, bo to jedyne, co trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Datownik to moja ostatnia nitka łącząca mnie z normalnym światem, choć strony zapełniają się coraz szybciej. Jeśli ktoś to znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że nie poddałem się. Że walczę, choć każda noc jest jak walka o życie.
Obudziłem się o świcie, wyczerpany po wczorajszej nocy. Nie spałem prawie wcale, nasłuchując odgłosów, ściskając nóż, modląc się, by to coś – cokolwiek to było – nie weszło do obozu. Kiedy wstałem, serce wciąż mi waliło, a oczy piekły od braku snu. Skóra na ramionach i twarzy była mniej czerwona, oparzenia słoneczne zaczynały się goić, ale stopy, poranione od wulkanicznych skał, bolały przy każdym kroku. Głód ściskał żołądek, choć wczorajsze banany i kokos trochę pomogły. Czułem się słaby, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię, ale wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać. Jeśli chcę przetrwać, muszę działać.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było sprawdzenie obozu. Obszedłem płot, szukając śladów tego, co słyszałem w nocy. Znalazłem je – odciski łap, większe niż te z wczoraj, głęboko wbite w piasek, tuż za barierą z gałęzi. Były szerokie, z wyraźnymi śladami pazurów, jakby coś ciężkiego stało tam, obserwując mnie. Serce podskoczyło mi do gardła. To nie był ptak ani gryzoń. To coś dużego, drapieżnego. Może kot? Nie wiem, ale strach, który czułem wczoraj, wrócił ze zdwojoną siłą. Postanowiłem wzmocnić płot – to jedyne, co mogło mnie ochronić.
Zebrałem więcej gałęzi z plaży i skraju dżungli, uważając, by nie wchodzić za głęboko. Dżungla mnie przeraża – gęsta, pełna szelestów i cieni, jakby coś czekało, aż zrobię błąd. Wbiłem nowe patyki w piasek, przeplatając je lianą, którą znalazłem zwisającą z palmy. Dodałem też kamienie, które zebrałem na brzegu – ciężkie, wulkaniczne, ostre jak szkło. Płot był teraz wyższy, może metr, i solidniejszy, choć wciąż wiedziałem, że nie zatrzyma dużego zwierzęcia. Pracowałem w upale, z potem spływającym po twarzy, z nowymi zadrapaniami na rękach od ostrych gałęzi. Kiedy skończyłem, usiadłem na piasku, dysząc, ale czując, że zrobiłem coś ważnego. Może to nie forteca, ale to mój mur. Moja linia obrony.
Po płocie zająłem się szałasem. Chciałem, żeby był bardziej wytrzymały, zwłaszcza jeśli nadejdą deszcze. Poszedłem na plażę, szukając resztek z „Perły Karaibów”. Znalazłem więcej desek, kawał liny – grubszej niż ta, którą miałem wcześniej – i plastikową płachtę, która wyglądała jak fragment namiotu. Przeciągnąłem wszystko do obozu, czując ból w ramionach i plecach. Wzmocniłem ściany szałasu, dodając deski i przykrywając je płachtą, którą przymocowałem lianą. Dach zrobiłem grubszy, dokładając liście palmowe i mech, który zebrałem na skraju dżungli. Szałas wyglądał teraz jak prawdziwe schronienie – mały, ciasny, ale suchy i solidny. Usiadłem w środku, patrząc na swoje dzieło, i przez chwilę poczułem coś, czego nie czułem od dawna – dumę. Ja, Jan Wolski, który w Miami ledwo potrafił złożyć meble z Ikei, zbudowałem dom. Może nie na zawsze, ale na teraz.
Myśląc o domu, nie mogłem powstrzymać się od wspomnień. Kilka miesięcy temu pokłóciłem się z Martą. To była jedna z tych kłótni, które zaczynają się od drobiazgu, a kończą na wszystkim, co w nas siedzi. Zaczęło się od rachunków – zapomniałem zapłacić za prąd, bo byłem zajęty reportażem o festiwalu food trucków. Marta rzuciła, że zawsze zostawiam wszystko na jej głowie, że jestem nieodpowiedzialny. „Jan, ty nigdy nie bierzesz życia na poważnie,” powiedziała. „Masz talent, mógłbyś robić wielkie rzeczy, ale wolisz tkwić w tej swojej małej stacji, robiąc głupie materiały o hot dogach.” Wściekłem się, bo wiedziałem, że ma rację. Zawsze unikałem ryzyka – w pracy, w życiu. Odpowiedziałem, że robię, co mogę, że nie każdy może być gwiazdą. Ale w głębi duszy czułem, że ją zawodzę. Kubę też. Obiecałem sobie wtedy, że wezmę się w garść, że ten rejs na „Perle Karaibów” będzie początkiem czegoś nowego. A teraz? Teraz walczę o życie na bezludnej wyspie. Może to moja szansa, żeby pokazać Marcie, że mogę być kimś więcej.
Po płocie zająłem się szałasem. Chciałem, żeby był bardziej wytrzymały, zwłaszcza jeśli nadejdą deszcze. Poszedłem na plażę, szukając resztek z „Perły Karaibów”. Znalazłem więcej desek, kawał liny – grubszej niż ta, którą miałem wcześniej – i plastikową płachtę, która wyglądała jak fragment namiotu. Przeciągnąłem wszystko do obozu, czując ból w ramionach i plecach. Wzmocniłem ściany szałasu, dodając deski i przykrywając je płachtą, którą przymocowałem lianą. Dach zrobiłem grubszy, dokładając liście palmowe i mech, który zebrałem na skraju dżungli. Szałas wyglądał teraz jak prawdziwe schronienie – mały, ciasny, ale suchy i solidny. Usiadłem w środku, patrząc na swoje dzieło, i przez chwilę poczułem coś, czego nie czułem od dawna – dumę. Ja, Jan Wolski, który w Miami ledwo potrafił złożyć meble z Ikei, zbudowałem dom. Może nie na zawsze, ale na teraz.
Myśląc o domu, nie mogłem powstrzymać się od wspomnień. Kilka miesięcy temu pokłóciłem się z Martą. To była jedna z tych kłótni, które zaczynają się od drobiazgu, a kończą na wszystkim, co w nas siedzi. Zaczęło się od rachunków – zapomniałem zapłacić za prąd, bo byłem zajęty reportażem o festiwalu food trucków. Marta rzuciła, że zawsze zostawiam wszystko na jej głowie, że jestem nieodpowiedzialny. „Jan, ty nigdy nie bierzesz życia na poważnie,” powiedziała. „Masz talent, mógłbyś robić wielkie rzeczy, ale wolisz tkwić w tej swojej małej stacji, robiąc głupie materiały o hot dogach.” Wściekłem się, bo wiedziałem, że ma rację. Zawsze unikałem ryzyka – w pracy, w życiu. Odpowiedziałem, że robię, co mogę, że nie każdy może być gwiazdą. Ale w głębi duszy czułem, że ją zawodzę. Kubę też. Obiecałem sobie wtedy, że wezmę się w garść, że ten rejs na „Perle Karaibów” będzie początkiem czegoś nowego. A teraz? Teraz walczę o życie na bezludnej wyspie. Może to moja szansa, żeby pokazać Marcie, że mogę być kimś więcej.
Po szałasie postanowiłem spróbować znowu z pułapką na ryby. Wczorajsza porażka mnie zirytowała, ale nie poddałem się. Znalazłem spokojniejszą zatoczkę, gdzie woda była płytsza, a ryby śmigały między skałami. Użyłem nowej liny i patyków, tworząc coś w rodzaju kosza, który zablokowałem kamieniami. Czekałem, siedząc na brzegu, z nogami w wodzie, czując, jak sól szczypie w skaleczenia. Po godzinie zobaczyłem ruch – mała, srebrzysta ryba, może wielkości dłoni, zaplątała się w linę. Wyciągnąłem ją, trzęsąc się z ekscytacji. Była śliska, ale żywa, z dużymi, czarnymi oczami. Nie wiedziałem, jak ją przygotować, ale przypomniałem sobie, jak ojciec w Polsce piekł ryby nad ogniskiem. Rozciąłem ją nożem, czyszcząc wnętrzności – śmierdziały, ale nie było wyboru. Upiekłem ją nad ogniem, na patyku. Smakowała jak guma, ale była jadalna. Siedziałem, gryząc mięso, i czułem się jak zdobywca. To moja pierwsza ryba. Moje pierwsze prawdziwe jedzenie z morza.
Czułem się dobrze, niemal spokojny. Ale wtedy przyszła ulewa. Zaczęło się od kilku kropli, które zignorowałem, myśląc, że to przejdzie. Ale w ciągu minut niebo pociemniało, a deszcz lunął jak z cebra. Ogień zgasł, zamieniając się w dymiącą kupkę popiołu. Pobiegłem do szałasu, chowając datownik pod kurtką, ale byłem już przemoczony. Deszcz bębnił o liście palmowe, a wiatr szarpał płotem. Siedziałem skulony, patrząc, jak woda wsiąka w piasek. Ulewa trwała może godzinę, ale zostawiła wszystko mokre – drewno, liście, moje ubranie. Kiedy przestało padać, wyszedłem, drżąc z zimna. Ogień był martwy, a ja wiedziałem, że muszę go rozpalić, zanim zapadnie noc.
Zebrałem suche liście, które schowałem w szałasie, i użyłem mojego kawałka szkła, tego samego, co wczoraj. Słońce wyszło zza chmur, dając mi dość światła, by skupić promienie. Czekałem, dmuchając na liście, aż pojawił się dym, a potem płomień. Dodałem patyki, potem większe gałęzie, które wysuszyłem w szałasie. Ogień zapłonął znowu, a ja czułem, jakby to była moja osobista zemsta na tej wyspie. Ale wiedziałem, że nie mogę pozwolić, by deszcz znów go zgasił. Postanowiłem zbudować zadaszenie. Zebrałem długie gałęzie i liście palmowe, tworząc nad ogniskiem prowizoryczny dach, wsparty na czterech patykach wbitych w piasek. Przykryłem go płachtą z wraku, którą przymocowałem lianą. To nie arcydzieło, ale powinno chronić ogień, nawet jeśli znowu będzie padać. Siedziałem przy płomieniach, czując ich ciepło, i myślałem, że może jednak dam radę. Może jestem silniejszy, niż myślałem.
Wieczór przyniósł nowe obawy. Kiedy słońce zaszło, dżungla znów ożyła – szelesty, trzaski, odgłosy ptaków. Ale wśród nich było coś innego – to samo warczenie, które słyszałem wczoraj. Niskie, głębokie, jakby coś stało w cieniu, poza zasięgiem ognia. Nie widziałem nic, tylko cienie rzucane przez płomienie, ale czułem, że to coś jest blisko. Siedziałem w szałasie, ściskając nóż, nasłuchując. Warczenie ucichło, ale strach został. Piszę teraz, z sercem wciąż walącym, z potem na czole. Muszę być gotowy. Muszę wzmocnić obóz, znaleźć więcej jedzenia, może zrobić broń. Nie wiem, co to za zwierzę, ale wiem, że nie odpuści.
Datownik to moja ucieczka. Patrzę na moje stare notatki – „Środa, 11:00, menedżer pokładu” – i czuję, jakby to było z innego życia. Ale te zapiski przypominają mi, kim jestem. Nie jestem tylko rozbitkiem. Jestem Janem Wolskim, ojcem, mężem, człowiekiem, który obiecał wrócić. Marta, Kuba, przepraszam za wszystko, co zrobiłem źle. Obiecuję, że wrócę. Boże, daj mi siłę na jutro.
Czułem się dobrze, niemal spokojny. Ale wtedy przyszła ulewa. Zaczęło się od kilku kropli, które zignorowałem, myśląc, że to przejdzie. Ale w ciągu minut niebo pociemniało, a deszcz lunął jak z cebra. Ogień zgasł, zamieniając się w dymiącą kupkę popiołu. Pobiegłem do szałasu, chowając datownik pod kurtką, ale byłem już przemoczony. Deszcz bębnił o liście palmowe, a wiatr szarpał płotem. Siedziałem skulony, patrząc, jak woda wsiąka w piasek. Ulewa trwała może godzinę, ale zostawiła wszystko mokre – drewno, liście, moje ubranie. Kiedy przestało padać, wyszedłem, drżąc z zimna. Ogień był martwy, a ja wiedziałem, że muszę go rozpalić, zanim zapadnie noc.
Zebrałem suche liście, które schowałem w szałasie, i użyłem mojego kawałka szkła, tego samego, co wczoraj. Słońce wyszło zza chmur, dając mi dość światła, by skupić promienie. Czekałem, dmuchając na liście, aż pojawił się dym, a potem płomień. Dodałem patyki, potem większe gałęzie, które wysuszyłem w szałasie. Ogień zapłonął znowu, a ja czułem, jakby to była moja osobista zemsta na tej wyspie. Ale wiedziałem, że nie mogę pozwolić, by deszcz znów go zgasił. Postanowiłem zbudować zadaszenie. Zebrałem długie gałęzie i liście palmowe, tworząc nad ogniskiem prowizoryczny dach, wsparty na czterech patykach wbitych w piasek. Przykryłem go płachtą z wraku, którą przymocowałem lianą. To nie arcydzieło, ale powinno chronić ogień, nawet jeśli znowu będzie padać. Siedziałem przy płomieniach, czując ich ciepło, i myślałem, że może jednak dam radę. Może jestem silniejszy, niż myślałem.
Wieczór przyniósł nowe obawy. Kiedy słońce zaszło, dżungla znów ożyła – szelesty, trzaski, odgłosy ptaków. Ale wśród nich było coś innego – to samo warczenie, które słyszałem wczoraj. Niskie, głębokie, jakby coś stało w cieniu, poza zasięgiem ognia. Nie widziałem nic, tylko cienie rzucane przez płomienie, ale czułem, że to coś jest blisko. Siedziałem w szałasie, ściskając nóż, nasłuchując. Warczenie ucichło, ale strach został. Piszę teraz, z sercem wciąż walącym, z potem na czole. Muszę być gotowy. Muszę wzmocnić obóz, znaleźć więcej jedzenia, może zrobić broń. Nie wiem, co to za zwierzę, ale wiem, że nie odpuści.
Datownik to moja ucieczka. Patrzę na moje stare notatki – „Środa, 11:00, menedżer pokładu” – i czuję, jakby to było z innego życia. Ale te zapiski przypominają mi, kim jestem. Nie jestem tylko rozbitkiem. Jestem Janem Wolskim, ojcem, mężem, człowiekiem, który obiecał wrócić. Marta, Kuba, przepraszam za wszystko, co zrobiłem źle. Obiecuję, że wrócę. Boże, daj mi siłę na jutro.
Dzień 5, 5 października 2025
Siedzę w szałasie, z datownikiem na kolanach, w ciemności, która wydaje się gęstsza niż kiedykolwiek. Nie ma ognia – po raz pierwszy od trzech dni. Drewno, które miałem, spaliło się wczoraj, a to, co zebrałem, jest wciąż mokre po ulewie. Bez płomieni czuję się nagi, bezbronny, jakby wyspa tylko czekała, by mnie połknąć. Rano znalazłem kolejne ślady – głębokie odciski łap, tuż za płotem, jakby to coś stało tam w nocy, patrząc na mnie. Nie słyszałem żadnego warczenia, żadnego szelestu, co jest jeszcze gorsze. To coś jest ciche, sprytne, a ja nie wiem, jak długo mogę się przed nim ukrywać. Piszę w datowniku, ściskając ołówek, z nożem u boku. Strony notesu są już w połowie zapełnione, a ja czuję, że każda zapisana kartka to mały akt buntu przeciwko tej wyspie. Jeśli ktoś to znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem. Że nie poddałem się, choć strach zżera mnie od środka.
Obudziłem się o świcie, zesztywniały, z bólem w całym ciele. Bez snu, bo każda noc to teraz walka z własnymi myślami. Skóra na ramionach i twarzy goi się powoli, ale wciąż piecze, jakby słońce zostawiło na mnie swój ślad. Stopy, poranione od wulkanicznych skał, bolą przy każdym kroku, a nowe zadrapania na rękach – od wczorajszej pracy przy płocie – szczypią, gdy dotykam ich słoną wodą. Głód nie jest już tak ostry jak pierwszego dnia, dzięki kokosom i rybie, ale czuję, jak ciało słabnie. Każdy ruch wymaga wysiłku, jakby ktoś przywiązał mi kamienie do nóg. Ale najgorsze nie jest zmęczenie ani ból. Najgorsze jest uczucie, że coś mnie obserwuje, że każdy mój krok jest śledzony przez coś, czego nie widzę.
Wstałem, próbując skupić się na zadaniach. Sprawdziłem obóz, jak co rano, licząc, że płot wciąż stoi. Stał, ale za nim, w piasku, zobaczyłem ślady. Głębokie, szerokie, z wyraźnymi pazurami. Były świeże, jakby zostawione w nocy. Stałem tam, z sercem walącym w piersi, wpatrując się w odciski. To nie ptak, nie gryzoń. To coś dużego, coś, co przyszło w nocy, cicho, bez żadnego dźwięku. Wczoraj słyszałem warczenie, szelesty, kroki. Dziś – nic. To mnie przeraziło najbardziej. To coś nauczyło się być cichym. Patrzyłem na te ślady i czułem, jak strach ściska mi żołądek. Co to jest? Jakiś kot? Tygrys? Nie wiem, ale wiem, że muszę być gotowy. Muszę być sprytniejszy, silniejszy.
Postanowiłem wzmocnić płot. Wziąłem nóż i poszedłem na skraj dżungli, zbierając gałęzie i liany. Każdy krok w głąb lasu sprawiał, że włosy stawały mi dęba. Dżungla jest jak labirynt – gęste pnącza, wilgotne powietrze, odgłosy ptaków i owadów, które nigdy nie cichną. Czułem się, jakby wyspa oddychała, jakby czekała, aż zrobię błąd. Zebrałem kilka solidnych patyków i wróciłem na plażę, gdzie wbiłem je w piasek, przeplatając lianą. Dodałem też zaostrzone patyki, które obciąłem nożem, tworząc coś w rodzaju kolców. Nie wiem, czy to zatrzyma to coś, co zostawia ślady, ale muszę wierzyć, że tak. Pracowałem w upale, z potem spływającym po twarzy, z rękami pełnymi nowych zadrapań. Kiedy skończyłem, płot wyglądał groźniej, jak mała forteca. Usiadłem na piasku, dysząc, i przez chwilę czułem, że mogę stawić czoła wyspie. Ale potem spojrzałem na te ślady i pewność zniknęła.
Siedzę w szałasie, z datownikiem na kolanach, w ciemności, która wydaje się gęstsza niż kiedykolwiek. Nie ma ognia – po raz pierwszy od trzech dni. Drewno, które miałem, spaliło się wczoraj, a to, co zebrałem, jest wciąż mokre po ulewie. Bez płomieni czuję się nagi, bezbronny, jakby wyspa tylko czekała, by mnie połknąć. Rano znalazłem kolejne ślady – głębokie odciski łap, tuż za płotem, jakby to coś stało tam w nocy, patrząc na mnie. Nie słyszałem żadnego warczenia, żadnego szelestu, co jest jeszcze gorsze. To coś jest ciche, sprytne, a ja nie wiem, jak długo mogę się przed nim ukrywać. Piszę w datowniku, ściskając ołówek, z nożem u boku. Strony notesu są już w połowie zapełnione, a ja czuję, że każda zapisana kartka to mały akt buntu przeciwko tej wyspie. Jeśli ktoś to znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem. Że nie poddałem się, choć strach zżera mnie od środka.
Obudziłem się o świcie, zesztywniały, z bólem w całym ciele. Bez snu, bo każda noc to teraz walka z własnymi myślami. Skóra na ramionach i twarzy goi się powoli, ale wciąż piecze, jakby słońce zostawiło na mnie swój ślad. Stopy, poranione od wulkanicznych skał, bolą przy każdym kroku, a nowe zadrapania na rękach – od wczorajszej pracy przy płocie – szczypią, gdy dotykam ich słoną wodą. Głód nie jest już tak ostry jak pierwszego dnia, dzięki kokosom i rybie, ale czuję, jak ciało słabnie. Każdy ruch wymaga wysiłku, jakby ktoś przywiązał mi kamienie do nóg. Ale najgorsze nie jest zmęczenie ani ból. Najgorsze jest uczucie, że coś mnie obserwuje, że każdy mój krok jest śledzony przez coś, czego nie widzę.
Wstałem, próbując skupić się na zadaniach. Sprawdziłem obóz, jak co rano, licząc, że płot wciąż stoi. Stał, ale za nim, w piasku, zobaczyłem ślady. Głębokie, szerokie, z wyraźnymi pazurami. Były świeże, jakby zostawione w nocy. Stałem tam, z sercem walącym w piersi, wpatrując się w odciski. To nie ptak, nie gryzoń. To coś dużego, coś, co przyszło w nocy, cicho, bez żadnego dźwięku. Wczoraj słyszałem warczenie, szelesty, kroki. Dziś – nic. To mnie przeraziło najbardziej. To coś nauczyło się być cichym. Patrzyłem na te ślady i czułem, jak strach ściska mi żołądek. Co to jest? Jakiś kot? Tygrys? Nie wiem, ale wiem, że muszę być gotowy. Muszę być sprytniejszy, silniejszy.
Postanowiłem wzmocnić płot. Wziąłem nóż i poszedłem na skraj dżungli, zbierając gałęzie i liany. Każdy krok w głąb lasu sprawiał, że włosy stawały mi dęba. Dżungla jest jak labirynt – gęste pnącza, wilgotne powietrze, odgłosy ptaków i owadów, które nigdy nie cichną. Czułem się, jakby wyspa oddychała, jakby czekała, aż zrobię błąd. Zebrałem kilka solidnych patyków i wróciłem na plażę, gdzie wbiłem je w piasek, przeplatając lianą. Dodałem też zaostrzone patyki, które obciąłem nożem, tworząc coś w rodzaju kolców. Nie wiem, czy to zatrzyma to coś, co zostawia ślady, ale muszę wierzyć, że tak. Pracowałem w upale, z potem spływającym po twarzy, z rękami pełnymi nowych zadrapań. Kiedy skończyłem, płot wyglądał groźniej, jak mała forteca. Usiadłem na piasku, dysząc, i przez chwilę czułem, że mogę stawić czoła wyspie. Ale potem spojrzałem na te ślady i pewność zniknęła.
Kolejnym zadaniem było znalezienie wody. Kokosy pomagały, ale wiedziałem, że potrzebuję czegoś więcej. Wczorajsza ulewa przypomniała mi, że deszcz nie wystarczy – potrzebuję strumienia, czegoś stałego. Postanowiłem pójść głębiej w dżunglę, choć sama myśl o tym sprawiała, że serce biło mi szybciej. Wziąłem nóż, plastikową butelkę z wraku i linę, licząc, że znajdę coś szybko. Szedłem wzdłuż linii drzew, gdzie piasek przechodził w błoto. Po kilkunastu minutach usłyszałem szmer – cichy, ale wyraźny. Przyspieszyłem, rozgarniając pnącza, aż dotarłem do małego potoku. Woda płynęła leniwie, czysta, odbijając promienie słońca. Uklęknąłem, nabierając jej w dłonie. Była chłodna, smakowała jak życie. Piłem powoli, czując, jak wilgoć nawilża moje spieczone gardło. Napełniłem butelkę, starając się nie rozlać ani kropli. Siedziałem tam, nad potokiem, i przez chwilę czułem ulgę, jakby wyspa dała mi prezent. To głupie, ale przez moment myślałem, że może jednak przeżyję.
Wróciłem do obozu z butelką wody, czując się lżejszy. Postanowiłem spróbować znowu z pułapką na ryby. Wczorajsza ryba dała mi nadzieję, że mogę się tego nauczyć. Poszedłem do zatoczki, gdzie woda była spokojna, i ulepszyłem moją prowizoryczną siatkę z liny i patyków. Tym razem byłem cierpliwy, ustawiając ją w miejscu, gdzie widziałem błyski ryb. Czekałem, siedząc na brzegu, z nogami w wodzie, czując, jak sól szczypie w skaleczenia. Po godzinie zobaczyłem ruch – kolejna ryba, trochę większa niż wczoraj, zaplątała się w linę. Wyciągnąłem ją, trzęsąc się z ekscytacji. Była śliska, z łuskami lśniącymi w słońcu. Oczyściłem ją nożem, starając się nie zepsuć mięsa. Wróciłem do obozu, gotowy upiec ją nad ogniem, ale wtedy zdałem sobie sprawę z problemu.
Drewno. Nie miałem drewna. Wczorajsza ulewa zmoczyła wszystko, co zebrałem na plaży, a suche patyki, które trzymałem w szałasie, spaliły się wczoraj. Obszedłem obóz, szukając czegokolwiek, co nadawałoby się na opał, ale wszystko było wilgotne – deski, gałęzie, nawet liście. Próbowałem użyć mojego kawałka szkła, ale mokre drewno tylko dymiło, nie chciało się zapalić. Siedziałem na piasku, patrząc na zimne palenisko, i czułem, jak nadzieja odpływa. Bez ognia nie mogłem upiec ryby. Bez ognia noc będzie ciemna, zimna, a to coś – cokolwiek to jest – będzie bliżej. W końcu zjadłem rybę na surowo. Smakowała jak błoto, z metaliczną nutą, ale była jadalna. Połykałem kawałki, walcząc z odruchem wymiotnym, i myślałem, że to kolejny krok w mojej walce. Ale brak ognia bolał bardziej niż głód.
Siedziałem w szałasie, patrząc na ciemność, która zapadała nad wyspą. Bez ognia każdy szelest wydawał się głośniejszy, każdy cień groźniejszy. Dżungla żyła – ptaki, owady, szelesty liści. Ale tym razem nie słyszałem warczenia, żadnego kroku. To powinno mnie uspokoić, ale zamiast tego czułem się gorzej. Te ślady w piasku mówiły mi, że to coś było tu, cicho, sprytnie. Może teraz patrzy na mnie z ciemności, czekając, aż zasnę. Ściskam nóż, ale czuję, że to za mało. Potrzebuję czegoś więcej – broni, planu, czegokolwiek.
Wróciłem do obozu z butelką wody, czując się lżejszy. Postanowiłem spróbować znowu z pułapką na ryby. Wczorajsza ryba dała mi nadzieję, że mogę się tego nauczyć. Poszedłem do zatoczki, gdzie woda była spokojna, i ulepszyłem moją prowizoryczną siatkę z liny i patyków. Tym razem byłem cierpliwy, ustawiając ją w miejscu, gdzie widziałem błyski ryb. Czekałem, siedząc na brzegu, z nogami w wodzie, czując, jak sól szczypie w skaleczenia. Po godzinie zobaczyłem ruch – kolejna ryba, trochę większa niż wczoraj, zaplątała się w linę. Wyciągnąłem ją, trzęsąc się z ekscytacji. Była śliska, z łuskami lśniącymi w słońcu. Oczyściłem ją nożem, starając się nie zepsuć mięsa. Wróciłem do obozu, gotowy upiec ją nad ogniem, ale wtedy zdałem sobie sprawę z problemu.
Drewno. Nie miałem drewna. Wczorajsza ulewa zmoczyła wszystko, co zebrałem na plaży, a suche patyki, które trzymałem w szałasie, spaliły się wczoraj. Obszedłem obóz, szukając czegokolwiek, co nadawałoby się na opał, ale wszystko było wilgotne – deski, gałęzie, nawet liście. Próbowałem użyć mojego kawałka szkła, ale mokre drewno tylko dymiło, nie chciało się zapalić. Siedziałem na piasku, patrząc na zimne palenisko, i czułem, jak nadzieja odpływa. Bez ognia nie mogłem upiec ryby. Bez ognia noc będzie ciemna, zimna, a to coś – cokolwiek to jest – będzie bliżej. W końcu zjadłem rybę na surowo. Smakowała jak błoto, z metaliczną nutą, ale była jadalna. Połykałem kawałki, walcząc z odruchem wymiotnym, i myślałem, że to kolejny krok w mojej walce. Ale brak ognia bolał bardziej niż głód.
Siedziałem w szałasie, patrząc na ciemność, która zapadała nad wyspą. Bez ognia każdy szelest wydawał się głośniejszy, każdy cień groźniejszy. Dżungla żyła – ptaki, owady, szelesty liści. Ale tym razem nie słyszałem warczenia, żadnego kroku. To powinno mnie uspokoić, ale zamiast tego czułem się gorzej. Te ślady w piasku mówiły mi, że to coś było tu, cicho, sprytnie. Może teraz patrzy na mnie z ciemności, czekając, aż zasnę. Ściskam nóż, ale czuję, że to za mało. Potrzebuję czegoś więcej – broni, planu, czegokolwiek.
Pisanie w datowniku to jedyne, co trzyma mnie w ryzach. Patrzę na moje pismo i widzę, że jest pewniejsze, jakby odzwierciedlało coś, co rośnie we mnie. Nie jestem już tym samym Janem, który bał się wszystkiego – kłótni z Martą, trudnych reportaży, życia. Tutaj, na tej wyspie, nie mogę uciekać. Każdy dzień to walka, każdy sukces – szałas, ryba, woda – to dowód, że mogę być kimś więcej. Ale strach jest jak cień, który idzie za mną. Te ślady w piasku, ta cisza w nocy – to wszystko mówi mi, że wyspa jeszcze nie pokazała wszystkiego. Czuję się, jakbym był w grze, której zasad nie znam. Każdego dnia uczę się czegoś nowego, ale każdy dzień przynosi też nowy lęk. Co będzie jutro? Czy to coś wróci? Czy przeżyję kolejną noc?
Siedziałem nad potokiem dzisiaj, pijąc wodę, i patrzyłem na swoje odbicie. Nie rozpoznałem siebie. Twarz spalona słońcem, broda zarosła, oczy podkrążone. Ale w tych oczach było coś nowego – nie tylko strach, ale też upór. Nie poddam się. Nie mogę. Muszę wrócić do domu, do Miami, do mojego życia. Muszę pokazać sobie, że jestem silniejszy, niż myślałem. Ale teraz, w tej ciemności, bez ognia, czuję się mały. Jakby wyspa była większa ode mnie, mądrzejsza, bardziej cierpliwa. Piszę, bo to jedyne, co mogę zrobić. Datownik to moja tarcza, moje świadectwo. Jutro znajdę drewno, rozpalę ogień, zrobię broń. Muszę być gotowy. Boże, daj mi siłę.
Siedziałem nad potokiem dzisiaj, pijąc wodę, i patrzyłem na swoje odbicie. Nie rozpoznałem siebie. Twarz spalona słońcem, broda zarosła, oczy podkrążone. Ale w tych oczach było coś nowego – nie tylko strach, ale też upór. Nie poddam się. Nie mogę. Muszę wrócić do domu, do Miami, do mojego życia. Muszę pokazać sobie, że jestem silniejszy, niż myślałem. Ale teraz, w tej ciemności, bez ognia, czuję się mały. Jakby wyspa była większa ode mnie, mądrzejsza, bardziej cierpliwa. Piszę, bo to jedyne, co mogę zrobić. Datownik to moja tarcza, moje świadectwo. Jutro znajdę drewno, rozpalę ogień, zrobię broń. Muszę być gotowy. Boże, daj mi siłę.
Dzień 6, 6 października 2025
Siedzę w szałasie, oparty o ścianę z desek, pisząc w datowniku w słabym blasku księżyca, który ledwo rozświetla mrok przez liście palmowe. Ciemność jest ciężka, niemal namacalna, a brak ognia sprawia, że czuję się, jakby wyspa zaciskała na mnie swoje sidła. Rano znalazłem ślady – głębokie, szerokie odciski łap, bliżej płotu niż wczoraj, jakby coś stało tam w nocy, ciche i niewidzialne. Nie słyszałem żadnego warczenia, żadnego szelestu, co przeraża mnie bardziej niż jakikolwiek dźwięk. Ściskam ołówek, z nożem opartym o udo, czując, że każda zapisana kartka to akt buntu przeciwko tej wyspie. Jeśli ktoś to znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem, że nie pozwoliłem się złamać.
Obudziłem się o świcie, zesztywniały, z bólem w ramionach i stopach. Sen był krótki, pełen obrazów cieni czających się w dżungli. Oparzenia słoneczne na ramionach i twarzy goiły się powoli, ale wciąż piekły przy każdym ruchu. Stopy, poranione od wulkanicznych skał, bolały mniej, bo nauczyłem się omijać ostre kamienie. Ręce pokrywały zadrapania od gałęzi i lian, które zbierałem wcześniej. Głód był stłumiony dzięki rybie i kokosom, ale czułem, jak siły mnie opuszczają, jak każdy dzień wyciska ze mnie resztki energii. Strach był najgorszy – nie ten nagły, paniczny, ale cichy, który sączy się w myśli, szepcze, że wyspa jest sprytniejsza ode mnie, że czeka na mój błąd.
Wstałem, próbując skupić się na zadaniach. Pierwszą rzeczą było sprawdzenie płotu. Obszedłem go powoli, patrząc na zaostrzone patyki wbite w piasek, przeplatane lianą. Stał mocno, jak wczoraj, bez śladów uszkodzeń. Ale za nim, w piasku, zobaczyłem odciski – szerokie, głębokie, z wyraźnymi pazurami, bliżej niż kiedykolwiek, może pół metra od bariery. Serce waliło mi w piersi, gdy wpatrywałem się w ślady. To coś było tu w nocy, ciche, sprytne, jakby znało moje ruchy. Nie słyszałem nic – żadnego warczenia, żadnego szelestu – i to było najgorsze. To coś porusza się jak duch, obserwując mnie, czekając. Stałem tam, z nożem w ręku, i czułem, jak strach ściska mi żołądek. Musiałem działać, zanim wróci.
Siedzę w szałasie, oparty o ścianę z desek, pisząc w datowniku w słabym blasku księżyca, który ledwo rozświetla mrok przez liście palmowe. Ciemność jest ciężka, niemal namacalna, a brak ognia sprawia, że czuję się, jakby wyspa zaciskała na mnie swoje sidła. Rano znalazłem ślady – głębokie, szerokie odciski łap, bliżej płotu niż wczoraj, jakby coś stało tam w nocy, ciche i niewidzialne. Nie słyszałem żadnego warczenia, żadnego szelestu, co przeraża mnie bardziej niż jakikolwiek dźwięk. Ściskam ołówek, z nożem opartym o udo, czując, że każda zapisana kartka to akt buntu przeciwko tej wyspie. Jeśli ktoś to znajdzie, proszę, powiedzcie Marcie i Kubie, że walczyłem, że nie pozwoliłem się złamać.
Obudziłem się o świcie, zesztywniały, z bólem w ramionach i stopach. Sen był krótki, pełen obrazów cieni czających się w dżungli. Oparzenia słoneczne na ramionach i twarzy goiły się powoli, ale wciąż piekły przy każdym ruchu. Stopy, poranione od wulkanicznych skał, bolały mniej, bo nauczyłem się omijać ostre kamienie. Ręce pokrywały zadrapania od gałęzi i lian, które zbierałem wcześniej. Głód był stłumiony dzięki rybie i kokosom, ale czułem, jak siły mnie opuszczają, jak każdy dzień wyciska ze mnie resztki energii. Strach był najgorszy – nie ten nagły, paniczny, ale cichy, który sączy się w myśli, szepcze, że wyspa jest sprytniejsza ode mnie, że czeka na mój błąd.
Wstałem, próbując skupić się na zadaniach. Pierwszą rzeczą było sprawdzenie płotu. Obszedłem go powoli, patrząc na zaostrzone patyki wbite w piasek, przeplatane lianą. Stał mocno, jak wczoraj, bez śladów uszkodzeń. Ale za nim, w piasku, zobaczyłem odciski – szerokie, głębokie, z wyraźnymi pazurami, bliżej niż kiedykolwiek, może pół metra od bariery. Serce waliło mi w piersi, gdy wpatrywałem się w ślady. To coś było tu w nocy, ciche, sprytne, jakby znało moje ruchy. Nie słyszałem nic – żadnego warczenia, żadnego szelestu – i to było najgorsze. To coś porusza się jak duch, obserwując mnie, czekając. Stałem tam, z nożem w ręku, i czułem, jak strach ściska mi żołądek. Musiałem działać, zanim wróci.
Postanowiłem wrócić do potoku. Wczorajsza woda uratowała mi życie, ale butelka była już prawie pusta. Ścieżka była prosta – kilka złamanych gałęzi, błoto z moimi śladami. Dotarłem do strumienia w kilkanaście minut, wdzięczny, że nie musiałem walczyć z pnączami. Woda płynęła spokojnie, czysta, lśniąca w słońcu. Uklęknąłem, pijąc prosto z dłoni, czując, jak chłód rozlewa się po gardle. Napełniłem butelkę, starając się nie uronić ani kropli. Siedziałem nad brzegiem, patrząc na strumień, i przez chwilę czułem ulgę, jakby wyspa dała mi chwilę oddechu. Ale potem spojrzałem na dżunglę za mną – gęstą, pełną szelestów – i znów poczułem ucisk w piersi, jakby coś czekało, jakby każdy mój sukces był tylko chwilową przerwą w walce.
Wróciłem do obozu, niosąc butelkę wody, i postanowiłem spróbować znowu z pułapką na ryby. Wczorajsza ryba dodała mi pewności, że mogę się tego nauczyć. Poszedłem do zatoczki, gdzie morze było spokojne, a ryby błyskały w płytkiej wodzie. Użyłem tej samej siatki z liny i patyków, którą zbudowałem wcześniej, sprawdzając, czy kamienie dobrze ją trzymają. Czekałem, siedząc na brzegu, z oczami wpatrzonymi w wodę. Po godzinie zobaczyłem ruch – dwie ryby, małe, ale zwinne, zaplątały się w linę. Wyciągnąłem je, czując, jak adrenalina pulsuje w żyłach. Były śliskie, z łuskami odbijającymi słońce. Oczyściłem je nożem, starając się nie zepsuć mięsa. Wróciłem do obozu, gotowy upiec je nad ogniem, ale wtedy zdałem sobie sprawę z problemu.
Nie miałem drewna. Wczorajsza ulewa zmoczyła wszystko – gałęzie, deski, liście. Suche patyki, które trzymałem w szałasie, spaliły się wcześniej, a nowe, które zebrałem, były wciąż wilgotne. Postanowiłem pójść w głąb dżungli, szukając suchego drewna. Wziąłem nóż, czując, jak serce bije szybciej na myśl o wejściu w las. Dżungla była gęsta, pełna pnączy i szelestów. Ptaki krzyczały, owady bzyczały, a każdy trzask sprawiał, że odwracałem się, gotowy do obrony. Po godzinie znalazłem zwalone drzewo, pod którym leżały suche gałęzie, osłonięte przed deszczem. Zebrałem ich tyle, ile mogłem unieść, i wróciłem do obozu, dysząc z wysiłku. Ale słońce już zachodziło – za późno, by rozpalić ogień przed nocą. Próbowałem użyć mojego kawałka szkła na wilgotnych liściach, ale dymiły, nie chciały się zapalić. Siedziałem przy zimnym palenisku, patrząc na dwie ryby, i czułem, jak frustracja narasta. Bez ognia musiałem jeść na surowo. Smakowały jak błoto, z metaliczną nutą, ale przełknąłem je, walcząc z mdłościami. Drugą zostawiłem na jutro, licząc, że ogień wróci.
Potrzebowałem broni. Nóż był za mały, za słaby przeciwko temu, co zostawiało ślady. Podczas porannej wędrówki po plaży znalazłem coś nowego wśród resztek wraku – metalowy pręt, zardzewiały, ale solidny, może fragment poręczy z „Perły Karaibów”. Był długi, ciężki w dłoni, idealny na włócznię. Usiadłem w cieniu palmy, na piasku, i zacząłem trzeć prętem o wulkaniczną skałę. Proces był żmudny, jakby wyspa testowała moją cierpliwość. Metal zgrzytał, iskry leciały, a moje ręce drętwiały od wysiłku. Po godzinach pracy czubek pręta był ostrzejszy, ale wciąż nie idealny. Siedziałem tam, z potem spływającym po czole, i myślałem o tym, jak daleko jestem od swojego życia w Miami. Kiedyś martwiłem się o terminy, o to, czy reportaż spodoba się szefowi. Teraz walczę o przetrwanie, ostrząc metalowy pręt, jakby od tego zależało moje życie. Bo zależy.
Wróciłem do obozu, niosąc butelkę wody, i postanowiłem spróbować znowu z pułapką na ryby. Wczorajsza ryba dodała mi pewności, że mogę się tego nauczyć. Poszedłem do zatoczki, gdzie morze było spokojne, a ryby błyskały w płytkiej wodzie. Użyłem tej samej siatki z liny i patyków, którą zbudowałem wcześniej, sprawdzając, czy kamienie dobrze ją trzymają. Czekałem, siedząc na brzegu, z oczami wpatrzonymi w wodę. Po godzinie zobaczyłem ruch – dwie ryby, małe, ale zwinne, zaplątały się w linę. Wyciągnąłem je, czując, jak adrenalina pulsuje w żyłach. Były śliskie, z łuskami odbijającymi słońce. Oczyściłem je nożem, starając się nie zepsuć mięsa. Wróciłem do obozu, gotowy upiec je nad ogniem, ale wtedy zdałem sobie sprawę z problemu.
Nie miałem drewna. Wczorajsza ulewa zmoczyła wszystko – gałęzie, deski, liście. Suche patyki, które trzymałem w szałasie, spaliły się wcześniej, a nowe, które zebrałem, były wciąż wilgotne. Postanowiłem pójść w głąb dżungli, szukając suchego drewna. Wziąłem nóż, czując, jak serce bije szybciej na myśl o wejściu w las. Dżungla była gęsta, pełna pnączy i szelestów. Ptaki krzyczały, owady bzyczały, a każdy trzask sprawiał, że odwracałem się, gotowy do obrony. Po godzinie znalazłem zwalone drzewo, pod którym leżały suche gałęzie, osłonięte przed deszczem. Zebrałem ich tyle, ile mogłem unieść, i wróciłem do obozu, dysząc z wysiłku. Ale słońce już zachodziło – za późno, by rozpalić ogień przed nocą. Próbowałem użyć mojego kawałka szkła na wilgotnych liściach, ale dymiły, nie chciały się zapalić. Siedziałem przy zimnym palenisku, patrząc na dwie ryby, i czułem, jak frustracja narasta. Bez ognia musiałem jeść na surowo. Smakowały jak błoto, z metaliczną nutą, ale przełknąłem je, walcząc z mdłościami. Drugą zostawiłem na jutro, licząc, że ogień wróci.
Potrzebowałem broni. Nóż był za mały, za słaby przeciwko temu, co zostawiało ślady. Podczas porannej wędrówki po plaży znalazłem coś nowego wśród resztek wraku – metalowy pręt, zardzewiały, ale solidny, może fragment poręczy z „Perły Karaibów”. Był długi, ciężki w dłoni, idealny na włócznię. Usiadłem w cieniu palmy, na piasku, i zacząłem trzeć prętem o wulkaniczną skałę. Proces był żmudny, jakby wyspa testowała moją cierpliwość. Metal zgrzytał, iskry leciały, a moje ręce drętwiały od wysiłku. Po godzinach pracy czubek pręta był ostrzejszy, ale wciąż nie idealny. Siedziałem tam, z potem spływającym po czole, i myślałem o tym, jak daleko jestem od swojego życia w Miami. Kiedyś martwiłem się o terminy, o to, czy reportaż spodoba się szefowi. Teraz walczę o przetrwanie, ostrząc metalowy pręt, jakby od tego zależało moje życie. Bo zależy.
Ciemność zapadła szybko, a brak ognia sprawił, że każdy szelest wydawał się groźniejszy. Dżungla żyła – ptaki, owady, wiatr w liściach. Ale nie słyszałem warczenia, żadnego kroku. To powinno mnie uspokoić, ale zamiast tego czułem, jak strach rośnie. Te ślady, tak blisko płotu, mówiły mi, że to coś było tu, cicho, sprytnie. Może teraz czeka w ciemności, obserwując mnie. Ściskam nóż, ale czuję, że to za mało. Pręt leży obok, niemal gotowy, ale wciąż nie jest bronią, której potrzebuję. Siedzę w szałasie, wpatrując się w mrok, i czuję, jak wyspa gra ze mną w szachy. Każdy mój ruch – ryba, potok, płot – to odpowiedź na jej wyzwanie. Ale ona ma asa w rękawie, coś, czego jeszcze nie pokazała.
Pisanie to mój sposób na przetrwanie. Otwieram datownik i widzę, jak moje pismo zmienia się – kiedyś było równe, pedantyczne, jak u reportera zapisującego godziny wywiadów. Teraz jest mocniejsze, bardziej zdecydowane, jakby odzwierciedlało coś, co rośnie we mnie. Czuję się, jakby wyspa była próbą, której nigdy nie prosiłem, ale której nie mogę uniknąć. Strach jest jak trucizna, która sączy się w moje myśli, ale jest też coś innego – upór, który każe mi walczyć. Czuję zmęczenie, ale też siłę, która mówi mi, że mogę być kimś więcej. Czuję samotność, ale też pewność, że muszę to zrobić sam. Wyspa rzeźbi mnie, jak ten pręt, który ostrzę o skałę. Każdy dzień to lekcja – o cierpliwości, o odwadze, o tym, kim jestem, gdy nikt nie patrzy. Te ślady, ta cisza, ten brak ognia – to wszystko mówi mi, że wyspa jest cierpliwa, że czeka na mój błąd. Ale ja też uczę się cierpliwości. Uczę się walczyć.
Siedzę w ciemności, słuchając dżungli, i myślę o tym, co czuję. Strach jest jak cień, który idzie za mną, ale jest też iskra, która mówi mi, że mogę przetrwać. Każdy sukces – ryba, potok, pręt – to dowód, że jestem silniejszy, niż myślałem. Ale ta cisza, te ślady tak blisko płotu – to przypomnienie, że wyspa nie odpuszcza. Jutro rozpalę ogień, dokończę włócznię, złapię więcej ryb. Muszę być gotowy. Piszę, bo to daje mi siłę, bo to moje świadectwo. Boże, daj mi odwagę na jutro.
Pisanie to mój sposób na przetrwanie. Otwieram datownik i widzę, jak moje pismo zmienia się – kiedyś było równe, pedantyczne, jak u reportera zapisującego godziny wywiadów. Teraz jest mocniejsze, bardziej zdecydowane, jakby odzwierciedlało coś, co rośnie we mnie. Czuję się, jakby wyspa była próbą, której nigdy nie prosiłem, ale której nie mogę uniknąć. Strach jest jak trucizna, która sączy się w moje myśli, ale jest też coś innego – upór, który każe mi walczyć. Czuję zmęczenie, ale też siłę, która mówi mi, że mogę być kimś więcej. Czuję samotność, ale też pewność, że muszę to zrobić sam. Wyspa rzeźbi mnie, jak ten pręt, który ostrzę o skałę. Każdy dzień to lekcja – o cierpliwości, o odwadze, o tym, kim jestem, gdy nikt nie patrzy. Te ślady, ta cisza, ten brak ognia – to wszystko mówi mi, że wyspa jest cierpliwa, że czeka na mój błąd. Ale ja też uczę się cierpliwości. Uczę się walczyć.
Siedzę w ciemności, słuchając dżungli, i myślę o tym, co czuję. Strach jest jak cień, który idzie za mną, ale jest też iskra, która mówi mi, że mogę przetrwać. Każdy sukces – ryba, potok, pręt – to dowód, że jestem silniejszy, niż myślałem. Ale ta cisza, te ślady tak blisko płotu – to przypomnienie, że wyspa nie odpuszcza. Jutro rozpalę ogień, dokończę włócznię, złapię więcej ryb. Muszę być gotowy. Piszę, bo to daje mi siłę, bo to moje świadectwo. Boże, daj mi odwagę na jutro.
Psychika Jana jeśli wyjdzie z tego cało: