Krótka dziesięcio minutowa historia z elementami filozofii przedstawiająca nihilizm i samo destrukcję człowieka oraz ludzkości.
Polecam każdemu kto nie ukończył swojej historii z literaturą na Balladynie w podstawówce
Wstawiam od razu całość podzielona na dwie części żeby się lepiej czytało
Polecam każdemu kto nie ukończył swojej historii z literaturą na Balladynie w podstawówce
Wstawiam od razu całość podzielona na dwie części żeby się lepiej czytało
Część pierwsza, tydzień pierwszy
Nigdy wcześniej nie odczuwałem tak dojmującej ciszy w mojej głowie. Była to cisza ciężka, dławiąca, niemal fizyczna, a jednocześnie nie niosła ukojenia. Siedziałem przy biurku w obserwatorium, wpatrując się w rzędy liczb przesuwające się po ekranie komputera. Te liczby mówiły jedno: nie mamy więcej niż dwa tygodnie. Asteroida, z pozoru niewidoczny, drobny kamień kosmiczny, leciała wprost na nas z obojętnością, której człowiek nie potrafi pojąć.
Czułem, że czas nagle zwolnił. Nie był to strach, nie było paniki. To było raczej przytłaczające poczucie marności – mojej, twojej, wszystkich ludzi. Siedziałem tam sam, w nocy, z kubkiem zimnej kawy, a jedyne, co słyszałem, to ciche brzęczenie klimatyzatora. Patrzyłem na te liczby i wiedziałem, że jeśli powiem prawdę światu, w godzinę pogrąży się w chaosie. Ludzie wpadną w szał. Ale jeśli milczę – mam dwa tygodnie ciszy. Dwa tygodnie życia. Dwa tygodnie, by po raz pierwszy od niepamiętnych lat spojrzeć na swoją duszę.
Tamtej nocy wróciłem do pustego mieszkania. Klucz zgrzytnął w zamku jak zwykle, ale po raz pierwszy od dawna poczułem, że ten dźwięk jest boleśnie ludzki. Mój dom był chłodny, sterylny, jakby ktoś mieszkał w nim tylko ciałem, nie duchem. Na stole leżały nieotwarte listy, kurz na półkach świadczył o mojej nieobecności. Żyłem pracą, żyłem nauką, a tak naprawdę wegetowałem w pustce, z którą pogodziłem się nieświadomie.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem następnego dnia, było wybranie numeru mojej siostry. Nie słyszałem jej głosu od miesięcy. Była młodsza, żywiołowa, zawsze uważałem, że marnuje czas na przyziemności – rodzinę, dzieci, codzienność. A kiedy odebrała i usłyszałem w tle śmiech jej synka, poczułem w gardle ciężką kulę. Powiedziałem tylko: „Chcę przyjechać. Dziś. Po prostu spędzić z wami trochę czasu.”
Nigdy wcześniej nie odczuwałem tak dojmującej ciszy w mojej głowie. Była to cisza ciężka, dławiąca, niemal fizyczna, a jednocześnie nie niosła ukojenia. Siedziałem przy biurku w obserwatorium, wpatrując się w rzędy liczb przesuwające się po ekranie komputera. Te liczby mówiły jedno: nie mamy więcej niż dwa tygodnie. Asteroida, z pozoru niewidoczny, drobny kamień kosmiczny, leciała wprost na nas z obojętnością, której człowiek nie potrafi pojąć.
Czułem, że czas nagle zwolnił. Nie był to strach, nie było paniki. To było raczej przytłaczające poczucie marności – mojej, twojej, wszystkich ludzi. Siedziałem tam sam, w nocy, z kubkiem zimnej kawy, a jedyne, co słyszałem, to ciche brzęczenie klimatyzatora. Patrzyłem na te liczby i wiedziałem, że jeśli powiem prawdę światu, w godzinę pogrąży się w chaosie. Ludzie wpadną w szał. Ale jeśli milczę – mam dwa tygodnie ciszy. Dwa tygodnie życia. Dwa tygodnie, by po raz pierwszy od niepamiętnych lat spojrzeć na swoją duszę.
Tamtej nocy wróciłem do pustego mieszkania. Klucz zgrzytnął w zamku jak zwykle, ale po raz pierwszy od dawna poczułem, że ten dźwięk jest boleśnie ludzki. Mój dom był chłodny, sterylny, jakby ktoś mieszkał w nim tylko ciałem, nie duchem. Na stole leżały nieotwarte listy, kurz na półkach świadczył o mojej nieobecności. Żyłem pracą, żyłem nauką, a tak naprawdę wegetowałem w pustce, z którą pogodziłem się nieświadomie.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem następnego dnia, było wybranie numeru mojej siostry. Nie słyszałem jej głosu od miesięcy. Była młodsza, żywiołowa, zawsze uważałem, że marnuje czas na przyziemności – rodzinę, dzieci, codzienność. A kiedy odebrała i usłyszałem w tle śmiech jej synka, poczułem w gardle ciężką kulę. Powiedziałem tylko: „Chcę przyjechać. Dziś. Po prostu spędzić z wami trochę czasu.”
Nie pytała, dlaczego. Zawsze miała w sobie jakiś rodzaj instynktownej mądrości. Kilka godzin później siedziałem w jej kuchni. Pachniało ciastem, za oknem padał deszcz, a jej mąż rozmawiał z dziećmi przy stole o czymś kompletnie banalnym – o szkolnym przedstawieniu. I nagle poczułem, że w tym wszystkim jest jakiś cichy majestat. Że w zwyczajności kryje się coś, czego ja nigdy w życiu nie dostrzegałem.
Przez następne dni powtarzałem ten rytuał – odwiedzałem ludzi, których porzuciłem w imię nauki, w imię kariery, w imię próżnego marzenia o zostawieniu śladu w świecie, który zaraz przestanie istnieć. Spotkałem moją matkę, schorowaną, drobną kobietę, której oczy rozbłysły na mój widok tak, jakby czekała na ten moment całe życie. Rozmawialiśmy godzinami. O niczym i o wszystkim. O moim dzieciństwie, o tym, jakim byłem upartym chłopcem. Powtarzała: „Dobrze, że jesteś.” I ja wreszcie czułem, że jestem.
Każdego dnia w pierwszym tygodniu chodziłem też na długie spacery po mieście. Lubiłem wtopić się w tłum nieświadomych ludzi. Patrzyłem na ich codzienne sprawy – matki niosące zakupy, starców na ławkach, młodzież śmiejącą się do telefonów. I wiedziałem, że wszyscy oni są jak dzieci bawiące się na plaży, nieświadome fali, która już się podnosi na horyzoncie. Było w tym coś okrutnie pięknego.
Cisza mojego sekretu była jak narkotyk. Im dłużej milczałem, tym bardziej chłonąłem każdy moment. Zacząłem dostrzegać szczegóły, które wcześniej były dla mnie przezroczyste – zapach mokrej ziemi po deszczu, szelest liści, drżenie rąk staruszki podającej drobne w sklepie. Każda chwila smakowała jak ostatnia, choć wiedziałem, że przede mną jeszcze kilka dni.
Przez następne dni powtarzałem ten rytuał – odwiedzałem ludzi, których porzuciłem w imię nauki, w imię kariery, w imię próżnego marzenia o zostawieniu śladu w świecie, który zaraz przestanie istnieć. Spotkałem moją matkę, schorowaną, drobną kobietę, której oczy rozbłysły na mój widok tak, jakby czekała na ten moment całe życie. Rozmawialiśmy godzinami. O niczym i o wszystkim. O moim dzieciństwie, o tym, jakim byłem upartym chłopcem. Powtarzała: „Dobrze, że jesteś.” I ja wreszcie czułem, że jestem.
Każdego dnia w pierwszym tygodniu chodziłem też na długie spacery po mieście. Lubiłem wtopić się w tłum nieświadomych ludzi. Patrzyłem na ich codzienne sprawy – matki niosące zakupy, starców na ławkach, młodzież śmiejącą się do telefonów. I wiedziałem, że wszyscy oni są jak dzieci bawiące się na plaży, nieświadome fali, która już się podnosi na horyzoncie. Było w tym coś okrutnie pięknego.
Cisza mojego sekretu była jak narkotyk. Im dłużej milczałem, tym bardziej chłonąłem każdy moment. Zacząłem dostrzegać szczegóły, które wcześniej były dla mnie przezroczyste – zapach mokrej ziemi po deszczu, szelest liści, drżenie rąk staruszki podającej drobne w sklepie. Każda chwila smakowała jak ostatnia, choć wiedziałem, że przede mną jeszcze kilka dni.
Wieczorami czytałem książki, które kiedyś mnie kształtowały, a które porzuciłem. Wróciłem do Dostojewskiego – jego słowa brzmiały w mojej głowie jak echo własnych myśli:
„Człowiek jest nieszczęśliwy, ponieważ nie wie, że jest szczęśliwy. To tylko dlatego.”
Nigdy nie rozumiałem tej frazy tak głęboko jak teraz. Byłem szczęśliwy w moim cichym cierpieniu, szczęśliwy w tej świadomości końca. Bo wreszcie czułem, że żyję naprawdę.
Pod koniec tygodnia odwiedziłem jeszcze kilka miejsc z dzieciństwa. Starą bibliotekę, w której po raz pierwszy poczułem zapach kurzu i papieru, kiedy miałem może siedem lat. Park, gdzie uczyłem się jeździć na rowerze. Wszystko wydawało się mniejsze, skurczone, jakby świat, wiedząc o nadchodzącym końcu, też powoli zwijał się w sobie.
Ostatniego dnia ciszy siedziałem na dachu swojego bloku, patrząc na zachód słońca. Niebo było krwiste, ciężkie, jakby już samo zapowiadało katastrofę, choć przecież nikt jeszcze nic nie wiedział. Czułem spokój, ale i ciężar nieuniknionego. Wiedziałem, że jutro nie będzie już odwrotu – ani dla mnie, ani dla świata.
Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżałem w łóżku, patrząc w sufit, i myślałem o tym, czym jest życie. O tym, jak gonimy za celami, które są niczym wobec bezlitosnej geometrii kosmosu. O tym, że wszystko, co kiedykolwiek zrobiłem, było tylko mrugnięciem oka w obojętnej wieczności. A jednak – to mrugnięcie było moje.
Zasnęło mi się nad ranem. Kiedy obudziłem się kilka godzin później, włączyłem telefon. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, była lawina powiadomień, wiadomości, nagłówków. „Asteroida zderzy się z Ziemią. Tydzień do końca świata.”
„Człowiek jest nieszczęśliwy, ponieważ nie wie, że jest szczęśliwy. To tylko dlatego.”
Nigdy nie rozumiałem tej frazy tak głęboko jak teraz. Byłem szczęśliwy w moim cichym cierpieniu, szczęśliwy w tej świadomości końca. Bo wreszcie czułem, że żyję naprawdę.
Pod koniec tygodnia odwiedziłem jeszcze kilka miejsc z dzieciństwa. Starą bibliotekę, w której po raz pierwszy poczułem zapach kurzu i papieru, kiedy miałem może siedem lat. Park, gdzie uczyłem się jeździć na rowerze. Wszystko wydawało się mniejsze, skurczone, jakby świat, wiedząc o nadchodzącym końcu, też powoli zwijał się w sobie.
Ostatniego dnia ciszy siedziałem na dachu swojego bloku, patrząc na zachód słońca. Niebo było krwiste, ciężkie, jakby już samo zapowiadało katastrofę, choć przecież nikt jeszcze nic nie wiedział. Czułem spokój, ale i ciężar nieuniknionego. Wiedziałem, że jutro nie będzie już odwrotu – ani dla mnie, ani dla świata.
Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżałem w łóżku, patrząc w sufit, i myślałem o tym, czym jest życie. O tym, jak gonimy za celami, które są niczym wobec bezlitosnej geometrii kosmosu. O tym, że wszystko, co kiedykolwiek zrobiłem, było tylko mrugnięciem oka w obojętnej wieczności. A jednak – to mrugnięcie było moje.
Zasnęło mi się nad ranem. Kiedy obudziłem się kilka godzin później, włączyłem telefon. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, była lawina powiadomień, wiadomości, nagłówków. „Asteroida zderzy się z Ziemią. Tydzień do końca świata.”
Część druga, tydzień drugi
Kiedy obudziłem się tego ranka i zobaczyłem nagłówki, poczułem, że cisza, w której żyłem przez ostatni tydzień, została rozerwana na strzępy. „NASA potwierdza: tydzień do uderzenia. Brak szans na odchylenie kursu.”
To jedno zdanie wystarczyło, żeby świat runął w przepaść.
Nie było już szumu zwykłego dnia. Zamiast tego – wyjące syreny karetek, krzyki, odgłosy tłuczonego szkła. Ludzie rzucili się w uliczne orgie chaosu, jakby cała cywilizacja była tylko cienką zasłoną, którą wystarczyło podrapać, aby odsłonić prawdziwe oblicze człowieka. I to oblicze było głodne, dzikie, spragnione wszystkiego, czego do tej pory nie wolno było dotknąć.
Z balkonu mojego mieszkania widziałem, jak sklep spożywczy na rogu stał się polem bitwy. Ktoś wybiegł z koszem wypełnionym jedzeniem, ktoś inny go powalił. Na ulicy mężczyzna z zakrwawionymi rękami darł się w niebogłosy, jakby świat już płonął. I w pewnym sensie płonął – nie ogniem, ale ludzką paniką.
Przez pierwsze godziny siedziałem w ciszy, jakbym był duchem. Patrzyłem na to z obojętnością, której sam się bałem. Już w pierwszym tygodniu pogodziłem się z końcem. Teraz patrzyłem na świat jak na widowisko – ostatnie, jakie będzie mi dane zobaczyć.
Wyszedłem na ulicę dopiero pod wieczór. Chciałem zobaczyć, jak wygląda człowiek, gdy zdejmuje z siebie wszystkie maski. I zobaczyłem.
Ulica była śmietnikiem moralności. Ludzie rabowali sklepy, palili samochody, a w parkach, między połamanymi ławkami, leżały ciała – nie wiem, czy martwe, czy pijane do nieprzytomności. Przechodziłem obok grupy nastolatków, którzy rozbijali witrynę z elektroniką. Jeden z nich spojrzał na mnie i krzyknął:
– Hej, stary, koniec świata, rozumiesz? Możesz robić, co chcesz!
Kiedy obudziłem się tego ranka i zobaczyłem nagłówki, poczułem, że cisza, w której żyłem przez ostatni tydzień, została rozerwana na strzępy. „NASA potwierdza: tydzień do uderzenia. Brak szans na odchylenie kursu.”
To jedno zdanie wystarczyło, żeby świat runął w przepaść.
Nie było już szumu zwykłego dnia. Zamiast tego – wyjące syreny karetek, krzyki, odgłosy tłuczonego szkła. Ludzie rzucili się w uliczne orgie chaosu, jakby cała cywilizacja była tylko cienką zasłoną, którą wystarczyło podrapać, aby odsłonić prawdziwe oblicze człowieka. I to oblicze było głodne, dzikie, spragnione wszystkiego, czego do tej pory nie wolno było dotknąć.
Z balkonu mojego mieszkania widziałem, jak sklep spożywczy na rogu stał się polem bitwy. Ktoś wybiegł z koszem wypełnionym jedzeniem, ktoś inny go powalił. Na ulicy mężczyzna z zakrwawionymi rękami darł się w niebogłosy, jakby świat już płonął. I w pewnym sensie płonął – nie ogniem, ale ludzką paniką.
Przez pierwsze godziny siedziałem w ciszy, jakbym był duchem. Patrzyłem na to z obojętnością, której sam się bałem. Już w pierwszym tygodniu pogodziłem się z końcem. Teraz patrzyłem na świat jak na widowisko – ostatnie, jakie będzie mi dane zobaczyć.
Wyszedłem na ulicę dopiero pod wieczór. Chciałem zobaczyć, jak wygląda człowiek, gdy zdejmuje z siebie wszystkie maski. I zobaczyłem.
Ulica była śmietnikiem moralności. Ludzie rabowali sklepy, palili samochody, a w parkach, między połamanymi ławkami, leżały ciała – nie wiem, czy martwe, czy pijane do nieprzytomności. Przechodziłem obok grupy nastolatków, którzy rozbijali witrynę z elektroniką. Jeden z nich spojrzał na mnie i krzyknął:
– Hej, stary, koniec świata, rozumiesz? Możesz robić, co chcesz!
Nie odpowiedziałem. Bo już rozumiałem. Widziałem kobietę w średnim wieku, która biegła ulicą z kradzioną biżuterią, śmiejąc się jak opętana. Widziałem, jak młody mężczyzna popycha starca na chodnik tylko po to, by wyrwać mu plecak. Świat nie umierał z hukiem, tylko w spazmach żądzy i strachu.
Kolejne dni były tylko pogłębiającą się spiralą. Telewizja przestała nadawać regularne wiadomości – zamiast tego transmitowano nagrania z miast tonących w przemocy, płonące stacje paliw, grupy ludzi modlących się na ulicach. Każdy radził sobie z końcem na swój sposób.
Ja wciąż chodziłem po mieście, jak cień. Patrzyłem na to wszystko i rozumiałem, że nie jestem ani lepszy, ani gorszy. Po prostu wybrałem inną drogę – drogę obserwatora. Może tchórza. Może filozofa.
Trzeciego dnia drugiego tygodnia natknąłem się na człowieka, którego znałem pobieżnie – był ochroniarzem w obserwatorium. Siedział na chodniku z butelką wódki i płakał jak dziecko.
– Wiesz… – bełkotał – ja myślałem, że będę silny. Że coś zrobię. Ale ja… ja nawet nie wiem, po co żyłem.
Nie pocieszałem go. Nie było sensu. Poszedłem dalej, a w głowie kołatała mi jedna myśl: człowiek żyje tak, jakby miał na to wieczność. A gdy nagle jej nie ma, nie wie, kim jest.
Czwartego dnia miasto zaczęło przypominać cmentarz. Brakowało prądu w wielu dzielnicach. Sklepy były puste, a na ulicach leżały ciała tych, którzy wybrali szybki koniec – z powodu kul, alkoholu, albo własnej ręki. Zapach rozkładu był pierwszym prawdziwym zwiastunem końca.
Kolejne dni były tylko pogłębiającą się spiralą. Telewizja przestała nadawać regularne wiadomości – zamiast tego transmitowano nagrania z miast tonących w przemocy, płonące stacje paliw, grupy ludzi modlących się na ulicach. Każdy radził sobie z końcem na swój sposób.
Ja wciąż chodziłem po mieście, jak cień. Patrzyłem na to wszystko i rozumiałem, że nie jestem ani lepszy, ani gorszy. Po prostu wybrałem inną drogę – drogę obserwatora. Może tchórza. Może filozofa.
Trzeciego dnia drugiego tygodnia natknąłem się na człowieka, którego znałem pobieżnie – był ochroniarzem w obserwatorium. Siedział na chodniku z butelką wódki i płakał jak dziecko.
– Wiesz… – bełkotał – ja myślałem, że będę silny. Że coś zrobię. Ale ja… ja nawet nie wiem, po co żyłem.
Nie pocieszałem go. Nie było sensu. Poszedłem dalej, a w głowie kołatała mi jedna myśl: człowiek żyje tak, jakby miał na to wieczność. A gdy nagle jej nie ma, nie wie, kim jest.
Czwartego dnia miasto zaczęło przypominać cmentarz. Brakowało prądu w wielu dzielnicach. Sklepy były puste, a na ulicach leżały ciała tych, którzy wybrali szybki koniec – z powodu kul, alkoholu, albo własnej ręki. Zapach rozkładu był pierwszym prawdziwym zwiastunem końca.
Tego dnia poszedłem do mieszkania mojej siostry. Miałem nadzieję, że trzymają się razem, że w tym morzu szaleństwa jest jakaś wyspa normalności. Drzwi były uchylone. Wszedłem powoli. W środku panowała cisza. Na stole leżały niedojedzone kolacje, rozrzucone zabawki. W salonie znalazłem ich wszystkich – siostrę, jej męża, dwójkę dzieci. Leżeli obok siebie na kanapie, spleceni, jakby zasnęli w ciepłym śnie. Puste opakowania po lekach rozsypane były na podłodze.
Uklęknąłem obok i poczułem, że coś we mnie pękło, ale nie krzyczałem, nie płakałem. Może dlatego, że w głębi duszy wiedziałem, że to lepsze niż to, co widziałem na ulicach. Że w tym był jakiś akt odwagi – ostatnie, desperackie zatrzymanie miłości w jednym kadrze, zanim świat zgaśnie.
Nie zabrałem z ich domu niczego, tylko usiadłem jeszcze chwilę, patrząc na ich spokojne twarze. I po raz pierwszy od dawna wyszeptałem do siebie:
– Może i ja powinienem odejść spokojnie.
Kolejne dni były coraz cichsze. Ludzie ginęli, barykadowali się w domach, topili w alkoholu, oddawali w ręce chaosu. Miasto stało się pustynią z echem dawnych krzyków.
W ostatnią noc wyszedłem na dach mojego bloku. Niebo było ciemne, ale na horyzoncie majaczył jasny punkt – asteroida, teraz już widoczna gołym okiem, powoli rosnąca, jak nieunikniona prawda. Usiadłem na krawędzi, nogi zwiesiłem w pustkę i poczułem spokój.
Uklęknąłem obok i poczułem, że coś we mnie pękło, ale nie krzyczałem, nie płakałem. Może dlatego, że w głębi duszy wiedziałem, że to lepsze niż to, co widziałem na ulicach. Że w tym był jakiś akt odwagi – ostatnie, desperackie zatrzymanie miłości w jednym kadrze, zanim świat zgaśnie.
Nie zabrałem z ich domu niczego, tylko usiadłem jeszcze chwilę, patrząc na ich spokojne twarze. I po raz pierwszy od dawna wyszeptałem do siebie:
– Może i ja powinienem odejść spokojnie.
Kolejne dni były coraz cichsze. Ludzie ginęli, barykadowali się w domach, topili w alkoholu, oddawali w ręce chaosu. Miasto stało się pustynią z echem dawnych krzyków.
W ostatnią noc wyszedłem na dach mojego bloku. Niebo było ciemne, ale na horyzoncie majaczył jasny punkt – asteroida, teraz już widoczna gołym okiem, powoli rosnąca, jak nieunikniona prawda. Usiadłem na krawędzi, nogi zwiesiłem w pustkę i poczułem spokój.
Myślałem o tym, jak absurdalne było moje życie. Wszystkie małe ambicje, wszystkie gniewy, wstydy, dążenia. I zrozumiałem wreszcie coś, co chciałem z siebie wyrzucić przez całe życie, a teraz przyszło samo:
Życie nie jest po to, by wygrać. Życie jest po to, by być świadkiem. Świadkiem własnego istnienia, choćby trwało tylko chwilę.
Gdy świat rozświetliła pierwsza poświata uderzenia atmosferycznego, położyłem się na plecach, zamknąłem oczy i wyszeptałem słowa, które chciałem, by zostały ze mną na zawsze:
„Jebać Bydgoszcz"
Życie nie jest po to, by wygrać. Życie jest po to, by być świadkiem. Świadkiem własnego istnienia, choćby trwało tylko chwilę.
Gdy świat rozświetliła pierwsza poświata uderzenia atmosferycznego, położyłem się na plecach, zamknąłem oczy i wyszeptałem słowa, które chciałem, by zostały ze mną na zawsze:
„Jebać Bydgoszcz"