8
Zważywszy, że dzida bawi i uczy, zaczynam cykl kilku wpisów o ciekawych, dziwnych i bezcennych książkach. Dzisiaj o wyjątkowo ciekawej i starej książce. Ciekawej ze względu na treść? Otóż nie, ciekawej samej w sobie gdyż do dzisiaj nikt jej nie rozszyfrował… Postaram się streścić, żebyście korzeni nie zapuścili na tronie podczas czytania i robienia dwójki.
Chodzi tutaj o manuskrypt Wojnicza (tak to był Polak, ale bynajmniej nie autor). Książka ta składa się z 240 stron (120 kartek, tyle przetrwało z 136), spisana na wielinie, czyli dobrej jakości cielęcym pergaminie. Rękopis uchodzi za jeden z najbardziej tajemniczych zabytków średniowiecza, albowiem zarówno jego autor, jaki pismo i język do dzisiaj pozostają nieznane…
Chodzi tutaj o manuskrypt Wojnicza (tak to był Polak, ale bynajmniej nie autor). Książka ta składa się z 240 stron (120 kartek, tyle przetrwało z 136), spisana na wielinie, czyli dobrej jakości cielęcym pergaminie. Rękopis uchodzi za jeden z najbardziej tajemniczych zabytków średniowiecza, albowiem zarówno jego autor, jaki pismo i język do dzisiaj pozostają nieznane…
Historia…
Zacznijmy od historii, która jest pełna dziur niczym moralność ludzi, których nazwiska nierzadko kończą się na witz, stein, berg czy baum. Zanim jednak, poprzez datowanie radiowęglowe oszacowano lata jej powstania pomiędzy 1404 a 1438 rokiem. Dodatkowo, badanie atramentu również wykluczyło fałszywkę. Pierwsza wzmianka? XVII wiek, gdzie podobno jej pierwszym właścicielem był Georg Baresch, praski alchemik. Chłop nie mógł rozkminić co jest pięć i manuskrypt zajmował tylko miejsce w jego zbiorach. Wreszcie, usłyszawszy o nijakim Athanasiusie Kircherze, jezuicie i naukowcu z Collegio Romano, postanowił się z nim skontaktować. Było to uzasadnione, gdyż ww. jezuita był ówczesnym ekspertem od dziwnych, starych języków, mianowicie ogarnął słownik języka koptyjskiego i rozszyfrował egipskie hieroglify. Teolog co prawda zainteresował się księgą, jednakże Baresch mu jej nie sprzedał. Kiedy Baresch przeniósł się na łono Abrahama, manuskrypt wylądował u jego kumpla, Jana Marka Marciniego. Facet ten był rektorem Uniwersytetu Karola w Pradze i niezwłocznie wysłał księgę do wcześniej wspomnianego Kirchera w 1666 roku wraz z listem (kumplowali się od wielu lat). Potem mamy dwustuletnią dziurę. Książka prawdopodobnie przeleżała w zbiorach Collegio Romano do momentu, aż kolejnemu furiatowi zaczęło się nudzić, chodzi tutaj od Wiktora Emanuela II. Koleżka zajął miasto w 1870 w trakcie aneksji Państwa Kościelnego. Nowy rząd włoski postanowił skonfiskować mienie kościelne z biblioteką włącznie, żeby potem wszystko przehulać bezpowrotnie, jednakże manuskrypt Wojnicza nie podzielił tego losu. Został on najprawdopodobniej wcześniej przeniesiony do zbiorów prywatnych bibliotek uniwersyteckich, podobnie jak inne cenne dzieła, co uchroniło go przed konfiskatą. Wylądował w prywatnej bibliotece Beckxa będąc nadal własnością Collegio Romano. Stety bądź niestety ekipa z Collegio Romano miała mały kryzys finansowy i po kryjomu sprzedawała co niektóre księgi w tym manuskrypt Wojnicza. Stąd w 1912 polsko-litewski antykwariusz Michał Wojnicz nabył 30 manuskryptów w tym właśnie nasze dziwo. Teraz już z górki, Wojnicz próbował rozkminić pismo – bezskutecznie. Zmarł w 1930 a księgę otrzymała pisarka Ethel Lilian Voynich, de facto wnuczka George Boole (tak, tego od algebry). Jak zmarła, manuskrypt otrzymała jej kumpela Anne Nill, która go sprzedała antykwariuszowi Hansowi P. Krausowi. Ten nie mógł jej opchnąć, więc przekazał ją Uniwersytetowi Yale, gdzie znajduje się do dzisiaj.
Zacznijmy od historii, która jest pełna dziur niczym moralność ludzi, których nazwiska nierzadko kończą się na witz, stein, berg czy baum. Zanim jednak, poprzez datowanie radiowęglowe oszacowano lata jej powstania pomiędzy 1404 a 1438 rokiem. Dodatkowo, badanie atramentu również wykluczyło fałszywkę. Pierwsza wzmianka? XVII wiek, gdzie podobno jej pierwszym właścicielem był Georg Baresch, praski alchemik. Chłop nie mógł rozkminić co jest pięć i manuskrypt zajmował tylko miejsce w jego zbiorach. Wreszcie, usłyszawszy o nijakim Athanasiusie Kircherze, jezuicie i naukowcu z Collegio Romano, postanowił się z nim skontaktować. Było to uzasadnione, gdyż ww. jezuita był ówczesnym ekspertem od dziwnych, starych języków, mianowicie ogarnął słownik języka koptyjskiego i rozszyfrował egipskie hieroglify. Teolog co prawda zainteresował się księgą, jednakże Baresch mu jej nie sprzedał. Kiedy Baresch przeniósł się na łono Abrahama, manuskrypt wylądował u jego kumpla, Jana Marka Marciniego. Facet ten był rektorem Uniwersytetu Karola w Pradze i niezwłocznie wysłał księgę do wcześniej wspomnianego Kirchera w 1666 roku wraz z listem (kumplowali się od wielu lat). Potem mamy dwustuletnią dziurę. Książka prawdopodobnie przeleżała w zbiorach Collegio Romano do momentu, aż kolejnemu furiatowi zaczęło się nudzić, chodzi tutaj od Wiktora Emanuela II. Koleżka zajął miasto w 1870 w trakcie aneksji Państwa Kościelnego. Nowy rząd włoski postanowił skonfiskować mienie kościelne z biblioteką włącznie, żeby potem wszystko przehulać bezpowrotnie, jednakże manuskrypt Wojnicza nie podzielił tego losu. Został on najprawdopodobniej wcześniej przeniesiony do zbiorów prywatnych bibliotek uniwersyteckich, podobnie jak inne cenne dzieła, co uchroniło go przed konfiskatą. Wylądował w prywatnej bibliotece Beckxa będąc nadal własnością Collegio Romano. Stety bądź niestety ekipa z Collegio Romano miała mały kryzys finansowy i po kryjomu sprzedawała co niektóre księgi w tym manuskrypt Wojnicza. Stąd w 1912 polsko-litewski antykwariusz Michał Wojnicz nabył 30 manuskryptów w tym właśnie nasze dziwo. Teraz już z górki, Wojnicz próbował rozkminić pismo – bezskutecznie. Zmarł w 1930 a księgę otrzymała pisarka Ethel Lilian Voynich, de facto wnuczka George Boole (tak, tego od algebry). Jak zmarła, manuskrypt otrzymała jej kumpela Anne Nill, która go sprzedała antykwariuszowi Hansowi P. Krausowi. Ten nie mógł jej opchnąć, więc przekazał ją Uniwersytetowi Yale, gdzie znajduje się do dzisiaj.
Kto to napisał?
Jeśli chodzi o autorstwo manuskryptu, teorii jest kilka. W dużym skrócie… Wróciwszy do roku 1666, Jan Marek Marci (tak, kumpel praskiego alchemika Barescha) napisał list do Athanasiusa Kirchera, w którym wspomniał, że według jego zmarłego przyjaciela, Raphaela Mnishovsky’ego, cesarz Rudolf II kupił manuskrypt wierząc, że jego autorem był Roger Bacon, średniowieczny franciszkanin. Choć Marci nie potwierdził tej teorii, Wojnicz uznał ją za prawdziwą i miało to wpływ na dalsze próby odczytania tekstu, niemniej eksperci później odrzucili autorstwo Bacona. Wojnicz przypuszczał, że manuskrypt mógł sprzedać Rudolfowi John Dee, astrolog królowej Elżbiety I, znany z kolekcji prac Bacona. Dee i jego asystent, Edward Kelley, przebywali w Czechach i mogli mieć kontakt z cesarzem, ale brak wzmianki o manuskrypcie w dziennikach Dee podważa tę teorię. Pojawiła się też hipoteza, że Kelley sam sfałszował manuskrypt, by oszukać Rudolfa i sprzedać mu „tajemną księgę”. Kelley twierdził też, że zna język aniołów – enochiański (XD), który być może sam wymyślił, co sugeruje, że mógł równie dobrze wymyślić także język manuskryptu Wojnicza… tylko jaki hajs byłby wart takie intrygi i wysiłku? Albowiem wymyślenie logicznego języka wraz z alfabetem i napisanie w tym języku książki, to nie moment chwila…
Jeśli chodzi o autorstwo manuskryptu, teorii jest kilka. W dużym skrócie… Wróciwszy do roku 1666, Jan Marek Marci (tak, kumpel praskiego alchemika Barescha) napisał list do Athanasiusa Kirchera, w którym wspomniał, że według jego zmarłego przyjaciela, Raphaela Mnishovsky’ego, cesarz Rudolf II kupił manuskrypt wierząc, że jego autorem był Roger Bacon, średniowieczny franciszkanin. Choć Marci nie potwierdził tej teorii, Wojnicz uznał ją za prawdziwą i miało to wpływ na dalsze próby odczytania tekstu, niemniej eksperci później odrzucili autorstwo Bacona. Wojnicz przypuszczał, że manuskrypt mógł sprzedać Rudolfowi John Dee, astrolog królowej Elżbiety I, znany z kolekcji prac Bacona. Dee i jego asystent, Edward Kelley, przebywali w Czechach i mogli mieć kontakt z cesarzem, ale brak wzmianki o manuskrypcie w dziennikach Dee podważa tę teorię. Pojawiła się też hipoteza, że Kelley sam sfałszował manuskrypt, by oszukać Rudolfa i sprzedać mu „tajemną księgę”. Kelley twierdził też, że zna język aniołów – enochiański (XD), który być może sam wymyślił, co sugeruje, że mógł równie dobrze wymyślić także język manuskryptu Wojnicza… tylko jaki hajs byłby wart takie intrygi i wysiłku? Albowiem wymyślenie logicznego języka wraz z alfabetem i napisanie w tym języku książki, to nie moment chwila…
Co w tym jest i o czym to jest?
Tekst składa się z ponad 170 tysięcy glifów (literek, liczb i innych znaków), zazwyczaj oddzielonych wąskimi odstępami. Ogólnie pismo jest staranne i estetyczne. W książce użyto około 20–30 znaków podstawowych, które wystarczały do zapisu całego tekstu, choć pojawia się też kilkadziesiąt rzadkich symboli. Tekst tworzy około 35 tysięcy „słów” o różnej długości. Układ i częstość występowania glifów sugerują istnienie zasad przypominających fonetykę i gramatykę języka naturalnego — np. niektóre znaki nigdy nie występują obok siebie, inne często się podwajają, a pewne muszą występować w każdym słowie. Analiza statystyczna potwierdza podobieństwo do języków naturalnych: rozkład częstości słów pasuje do prawa Zipfa, a poziom entropii przypomina język łaciński lub angielski. Część słów występuje tylko w konkretnych sekcjach manuskryptu, inne pojawiają się w całym tekście. Niewiele jest powtórzeń wśród ponad tysiąca etykiet znajdujących się przy ilustracjach. W sekcji zielarskiej pierwsze słowo każdej strony występuje wyłącznie tam, co może oznaczać, że są to nazwy roślin. Jednocześnie język manuskryptu różni się znacznie od europejskich języków pisanych. Nie ma prawie wcale słów dłuższych niż 10 znaków, mało też jest bardzo krótkich (jedno- lub dwuliterowych). Cechą szczególną jest to, że pewne glify występują tylko na początku, inne tylko na końcu, a jeszcze inne tylko w środku słowa — jest to właściwość spotykana raczej w językach semickich niż w łacinie. Tekst zawiera również więcej powtórzeń niż standardowe języki europejskie. Niektóre słowa występują kilka razy z rzędu lub różnią się tylko jedną literą. W manuskrypcie jest niewiele fragmentów przypominających pismo łacińskie. Na ostatniej stronie znajdują się cztery linijki tekstu pisane (zniekształconym) alfabetem łacińskim, jednak słowa te nie mają sensu w żadnym znanym języku. Z kolei w części astronomicznej pojawiają się nazwy miesięcy od marca do grudnia, zapisane alfabetem łacińskim w sposób sugerujący wpływy języków średniowiecznej Francji lub Półwyspu Iberyjskiego. Nie wiadomo jednak, czy te łacińskie wstawki są częścią oryginalnej treści, czy zostały dodane później. Na pierwszy rzut oka manuskrypt mógł pełnić funkcję kodeksu aptecznego, związanego ze średniowieczną medycyną. Największa część księgi poświęcona jest zielarstwu, lecz większości roślin nie udało się jednoznacznie zidentyfikować, wyglądają jak hybrydy, jakby autor do łodygi jednej rośliny dorysował kwiaty z innej, a korzenie jeszcze z innej, dając temu sznyt bujnej wyobraźni. Co prawda niektóre ilustracje są podobne do szkiców z zielników farmaceutycznych z tamtego okresu, ale zawierają dziwne, nietuzinkowe szczegóły... Pojawiła się też kontrowersyjna hipoteza, że jedna z roślin przypomina słonecznik (gatunek amerykański), co mogłoby wskazywać na późniejszą datę powstania manuskryptu, podobieństwo to jednak jest wątpliwe. W części biologicznej znajdują się ilustracje dziwnych naczyń i rur, sugerujące powiązania z alchemią, jednak brakuje typowych dla alchemii symboli i ikonografii. Historyk zielników Sergio Toresella wysunął hipotezę, że manuskrypt może być fikcyjnym zielnikiem, stworzonym przez znachora w celu zaimponowania klientom, podobnie jak inne tego typu księgi produkowane na północy Włoch. Jednakże co ciekawe, zwykle były one pisane prostym językiem i miały inny styl. Część astrologiczna zawiera znaki zodiaku i planety, ale nie ma wyraźnych odniesień do znanych systemów astrologicznych.
Tekst składa się z ponad 170 tysięcy glifów (literek, liczb i innych znaków), zazwyczaj oddzielonych wąskimi odstępami. Ogólnie pismo jest staranne i estetyczne. W książce użyto około 20–30 znaków podstawowych, które wystarczały do zapisu całego tekstu, choć pojawia się też kilkadziesiąt rzadkich symboli. Tekst tworzy około 35 tysięcy „słów” o różnej długości. Układ i częstość występowania glifów sugerują istnienie zasad przypominających fonetykę i gramatykę języka naturalnego — np. niektóre znaki nigdy nie występują obok siebie, inne często się podwajają, a pewne muszą występować w każdym słowie. Analiza statystyczna potwierdza podobieństwo do języków naturalnych: rozkład częstości słów pasuje do prawa Zipfa, a poziom entropii przypomina język łaciński lub angielski. Część słów występuje tylko w konkretnych sekcjach manuskryptu, inne pojawiają się w całym tekście. Niewiele jest powtórzeń wśród ponad tysiąca etykiet znajdujących się przy ilustracjach. W sekcji zielarskiej pierwsze słowo każdej strony występuje wyłącznie tam, co może oznaczać, że są to nazwy roślin. Jednocześnie język manuskryptu różni się znacznie od europejskich języków pisanych. Nie ma prawie wcale słów dłuższych niż 10 znaków, mało też jest bardzo krótkich (jedno- lub dwuliterowych). Cechą szczególną jest to, że pewne glify występują tylko na początku, inne tylko na końcu, a jeszcze inne tylko w środku słowa — jest to właściwość spotykana raczej w językach semickich niż w łacinie. Tekst zawiera również więcej powtórzeń niż standardowe języki europejskie. Niektóre słowa występują kilka razy z rzędu lub różnią się tylko jedną literą. W manuskrypcie jest niewiele fragmentów przypominających pismo łacińskie. Na ostatniej stronie znajdują się cztery linijki tekstu pisane (zniekształconym) alfabetem łacińskim, jednak słowa te nie mają sensu w żadnym znanym języku. Z kolei w części astronomicznej pojawiają się nazwy miesięcy od marca do grudnia, zapisane alfabetem łacińskim w sposób sugerujący wpływy języków średniowiecznej Francji lub Półwyspu Iberyjskiego. Nie wiadomo jednak, czy te łacińskie wstawki są częścią oryginalnej treści, czy zostały dodane później. Na pierwszy rzut oka manuskrypt mógł pełnić funkcję kodeksu aptecznego, związanego ze średniowieczną medycyną. Największa część księgi poświęcona jest zielarstwu, lecz większości roślin nie udało się jednoznacznie zidentyfikować, wyglądają jak hybrydy, jakby autor do łodygi jednej rośliny dorysował kwiaty z innej, a korzenie jeszcze z innej, dając temu sznyt bujnej wyobraźni. Co prawda niektóre ilustracje są podobne do szkiców z zielników farmaceutycznych z tamtego okresu, ale zawierają dziwne, nietuzinkowe szczegóły... Pojawiła się też kontrowersyjna hipoteza, że jedna z roślin przypomina słonecznik (gatunek amerykański), co mogłoby wskazywać na późniejszą datę powstania manuskryptu, podobieństwo to jednak jest wątpliwe. W części biologicznej znajdują się ilustracje dziwnych naczyń i rur, sugerujące powiązania z alchemią, jednak brakuje typowych dla alchemii symboli i ikonografii. Historyk zielników Sergio Toresella wysunął hipotezę, że manuskrypt może być fikcyjnym zielnikiem, stworzonym przez znachora w celu zaimponowania klientom, podobnie jak inne tego typu księgi produkowane na północy Włoch. Jednakże co ciekawe, zwykle były one pisane prostym językiem i miały inny styl. Część astrologiczna zawiera znaki zodiaku i planety, ale nie ma wyraźnych odniesień do znanych systemów astrologicznych.
Rysunki kołowe w części astronomicznej przypominają niektórym galaktyki lub komórki pod mikroskopem, co sugerowałoby, że manuskrypt powstał już w epoce nowożytnej — ale podobieństwa są bardzo niepewne i mogą być przypadkowe. Najdziwniejsze są jednak stada nagich kobiet spędzających miło czas w zbiornikach wodnych nierzadko połączonych rurami… nasuwa się także pytanie, które przytoczyłem wcześniej. Komu by się chciało i po co, wymyślać język, który zachowuje sens i logikę znanych języków i tym bardziej napisać w nim książkę? Dziwne to prawie tak, jak to, że Larry Silverstein miał dermatologa 11 września 2001 i wyjątkowo nie pojawił się na spotkaniu biznesowym w WTC.
Teorie, teorie…
Wokół manuskryptu Wojnicza narosło wiele hipotez próbujących wyjaśnić jego niezwykły język i nieznany alfabet. Jedna z najpopularniejszych teorii mówi o tym, że tekst został zaszyfrowany, jakimś wyszukanym algorytmem. W XX wieku nad tą hipotezą pracował między innymi zespół kryptografów z amerykańskiej NSA, kierowany przez Williama Friedmana. Skoro proste szyfry podstawieniowe można było szybko złamać, skupiono się na szyfrach polialfabetycznych, takich jak szyfr Vigenère’a, które mogłyby zostać dodatkowo skomplikowane przez modyfikacje – np. usunięcie samogłosek, zmiany kolejności liter czy sztuczny podział słów. Pomysł ten wydaje się historycznie możliwy, ale jest też problematyczny. Zaszyfrowany tekst zazwyczaj traci statystyczne cechy języka naturalnego, jak np. prawo Zipfa – a w manuskrypcie cechy te jednak się pojawiają. Ponadto szyfry polialfabetyczne zaczęły być stosowane na szerszą skalę dopiero w XVI wieku, podczas gdy manuskrypt prawdopodobnie powstał wcześniej. Pokrewna hipoteza to tzw. „szyfr z książki szyfrów” – według niej każde „słowo” z manuskryptu byłoby odniesieniem do pozycji w specjalnym słowniku lub tabeli szyfrowej. Tego typu szyfry były używane w tamtych czasach, szczególnie do ukrywania liczb czy nazw. Teoria ta jednak słabo tłumaczy długi i spójny charakter tekstu – książki szyfrów były niepraktyczne w tworzeniu obszernych dokumentów. W latach 20. XX wieku William Newbold zaproponował jeszcze bardziej radykalną teorię: jego zdaniem tekst manuskryptu jest tylko pozorny, a prawdziwe znaczenie ukryto w mikroskopijnych znakach zapisanych wewnątrz liter – coś na kształt mikrografii. Twierdził, że te mikroskopijne znaki tworzą drugi poziom tekstu, oparty na greckiej stenografii, co miało dowodzić, że autorem manuskryptu był Roger Bacon, który rzekomo używał mikroskopu setki lat przed jego oficjalnym wynalezieniem. Teoria ta jednak została obalona – mikroskopijne znaki okazały się być po prostu pęknięciami i deformacjami powstałymi przy wysychaniu atramentu na pergaminie. Inna hipoteza opiera się na steganografii, czyli sztuce ukrywania informacji w pozornie nieistotnych elementach – np. drugich literach słów, liczbie znaków w linijce itp. Technika ta była znana w Europie już w XV wieku. Problem polega jednak na tym, że skoro tekst i tak wygląda na zaszyfrowany, ukrywanie w nim dodatkowego komunikatu staje się bezcelowe. Lingwista Jacques Guy wysunął hipotezę, że język manuskryptu może pochodzić z Azji – sugerował pokrewieństwo ze strukturą języków tonalnych, jak chiński, birmański czy wietnamski. Tekst rzeczywiście wykazuje cechy podobne do języków monosylabicznych: słowa są krótkie, mają regularną strukturę, nie zawierają długich form, a niektóre znaki pojawiają się tylko w określonych pozycjach (np. na początku lub końcu słowa). To typowe raczej dla języków wschodnich niż europejskich. Brakuje jednak dowodów na obecność elementów kultury azjatyckiej – zarówno w warstwie językowej, jak i ikonograficznej. Mimo zainteresowania tym tropem, naukowcy z Chińskiej Akademii Nauk również nie potrafili znaleźć bezpośrednich dowodów na związki manuskryptu z Azją.
Wokół manuskryptu Wojnicza narosło wiele hipotez próbujących wyjaśnić jego niezwykły język i nieznany alfabet. Jedna z najpopularniejszych teorii mówi o tym, że tekst został zaszyfrowany, jakimś wyszukanym algorytmem. W XX wieku nad tą hipotezą pracował między innymi zespół kryptografów z amerykańskiej NSA, kierowany przez Williama Friedmana. Skoro proste szyfry podstawieniowe można było szybko złamać, skupiono się na szyfrach polialfabetycznych, takich jak szyfr Vigenère’a, które mogłyby zostać dodatkowo skomplikowane przez modyfikacje – np. usunięcie samogłosek, zmiany kolejności liter czy sztuczny podział słów. Pomysł ten wydaje się historycznie możliwy, ale jest też problematyczny. Zaszyfrowany tekst zazwyczaj traci statystyczne cechy języka naturalnego, jak np. prawo Zipfa – a w manuskrypcie cechy te jednak się pojawiają. Ponadto szyfry polialfabetyczne zaczęły być stosowane na szerszą skalę dopiero w XVI wieku, podczas gdy manuskrypt prawdopodobnie powstał wcześniej. Pokrewna hipoteza to tzw. „szyfr z książki szyfrów” – według niej każde „słowo” z manuskryptu byłoby odniesieniem do pozycji w specjalnym słowniku lub tabeli szyfrowej. Tego typu szyfry były używane w tamtych czasach, szczególnie do ukrywania liczb czy nazw. Teoria ta jednak słabo tłumaczy długi i spójny charakter tekstu – książki szyfrów były niepraktyczne w tworzeniu obszernych dokumentów. W latach 20. XX wieku William Newbold zaproponował jeszcze bardziej radykalną teorię: jego zdaniem tekst manuskryptu jest tylko pozorny, a prawdziwe znaczenie ukryto w mikroskopijnych znakach zapisanych wewnątrz liter – coś na kształt mikrografii. Twierdził, że te mikroskopijne znaki tworzą drugi poziom tekstu, oparty na greckiej stenografii, co miało dowodzić, że autorem manuskryptu był Roger Bacon, który rzekomo używał mikroskopu setki lat przed jego oficjalnym wynalezieniem. Teoria ta jednak została obalona – mikroskopijne znaki okazały się być po prostu pęknięciami i deformacjami powstałymi przy wysychaniu atramentu na pergaminie. Inna hipoteza opiera się na steganografii, czyli sztuce ukrywania informacji w pozornie nieistotnych elementach – np. drugich literach słów, liczbie znaków w linijce itp. Technika ta była znana w Europie już w XV wieku. Problem polega jednak na tym, że skoro tekst i tak wygląda na zaszyfrowany, ukrywanie w nim dodatkowego komunikatu staje się bezcelowe. Lingwista Jacques Guy wysunął hipotezę, że język manuskryptu może pochodzić z Azji – sugerował pokrewieństwo ze strukturą języków tonalnych, jak chiński, birmański czy wietnamski. Tekst rzeczywiście wykazuje cechy podobne do języków monosylabicznych: słowa są krótkie, mają regularną strukturę, nie zawierają długich form, a niektóre znaki pojawiają się tylko w określonych pozycjach (np. na początku lub końcu słowa). To typowe raczej dla języków wschodnich niż europejskich. Brakuje jednak dowodów na obecność elementów kultury azjatyckiej – zarówno w warstwie językowej, jak i ikonograficznej. Mimo zainteresowania tym tropem, naukowcy z Chińskiej Akademii Nauk również nie potrafili znaleźć bezpośrednich dowodów na związki manuskryptu z Azją.
Są też bardziej kontrowersyjne teorie. Jedna z nich zakłada, że manuskrypt to efekt glosolalii – transowego pisania w wymyślonym języku. Autor mógł być osobą pogrążoną w duchowych wizjach lub nawet cierpieć na migreny z aurą, jak Hildegarda z Bingen, która tworzyła własne pisma i wizualizacje. Choć ten trop tłumaczyłby brak logicznej spójności, nie wyjaśnia starannej konstrukcji tekstu, jego składniowej struktury ani ilustracji przypominających prawdziwe podręczniki. Z kolei William Friedman i John Tiltman przypuszczali, że tekst mógł być zapisany językiem sztucznym, tzw. językiem filozoficznym – opartym na systemie kategorii, gdzie znaczenie słów można wywnioskować z ich struktury. Taki system klasyfikacji istniał w XVII wieku, np. w pracy Johna Wilkinsa. Być może więc słowa w manuskrypcie to logicznie skonstruowane nazwy roślin, chorób, substancji itp., co tłumaczyłoby ich podobieństwo i dużą liczbę powtórzeń. Problemem jest to, że nie udało się do tej pory odczytać żadnego z tych domniemanych przedrostków i przyrostków. Jeszcze inną teorię wysunął Leo Levitov. Uważał, że manuskrypt to liturgiczny podręcznik katarów – średniowiecznego ruchu religijnego uznawanego za heretycki. Jego zdaniem ilustracje kobiet w kadziach wodnych przedstawiają rytuał samobójczy znany jako „endura”. Symbolika miałaby nawiązywać do starożytnych kultów, np. bogini Izydy. Jednak teoria Levitova została mocno skrytykowana – nie tylko z powodu błędów historycznych, ale i braku jakichkolwiek powiązań między tekstem a kataryzmem czy kultami egipskimi. No peron chłopu trochę odjechał. Wejdźmy jednak w XXI czyli magnum opus ludzkich możliwości (podobno). W 2014 roku nową hipotezę zaproponował językoznawca Stephen Bax. Twierdził, że manuskrypt to faktyczny zielnik lub podręcznik medyczny, napisany w jednym z języków indoeuropejskich, który nie posiadał jeszcze ustalonego systemu pisma. Autorzy książki mogli więc stworzyć własny alfabet. Bax próbował odczytać nazwy roślin z ilustracji i zestawić je z nazwami w starożytnych językach – co dało wstępny szkic możliwego alfabetu. Jego hipoteza jest jedną z nielicznych, które próbują dosłownie zrekonstruować znaczenie tekstu w oparciu o znane rośliny.
Zostawiam was z kilkoma skrinami książki (wybrałem co ciekawsze). Możecie sobie ją poczytać w całości tutaj: https://www.holybooks.com/wp-content/uploads/Voynich-Manuscript.pdf
W następnym odcinku opiszę książkę nieco młodszą, napisaną już normalnym, wszystkim znanym i powszechnie używanym języku, czyli oczywiście, że po łacinie. Dotyczyć będzie ona anatomii. Wypierdalam.
W następnym odcinku opiszę książkę nieco młodszą, napisaną już normalnym, wszystkim znanym i powszechnie używanym języku, czyli oczywiście, że po łacinie. Dotyczyć będzie ona anatomii. Wypierdalam.