Amerykańskie senne miasteczko, jakich wiele.
Skwar leje się z nieba, gorąco jak skurwysyn.
Ojciec z ośmioletnim synem leniwie spacerują, korzystając z dobrodziejstw temperatury, która im niestraszna, są przecież przyzwyczajeni.
Posuwając się krok po kroku, docierają na cmentarz.
Wiedząc, że jest to skrót, śmiało wchodzą na rozległy teren.
Chłopak ciekawie zerka na tablice, czytając co tam stoi napisane. Ojciec idąc dalej, chciał coś do niego rzec.
Gdy spojrzał w bok, dzieciaka przy nim nie było, więc obrócił się i ujrzał, iż mały stoi przy jednym z grobów.
Niespiesznie podszedł do dziecka, sam zaciekawiony cóż tak przykuło jego uwagę.
Spojrzał na płytę i przeczytał wyryte litery:
" Tu leży John McMills, w swoim w sam raz długim życiu nienawidził dwóch rzeczy:
Surykatek i żydów "
Syn i ojciec stali w milczeniu obok siebie, wpatrzeni w skromny nagrobek, nieznanego im przecież człowieka.
Słońce prażyło niemiłosiernie, cisza była nieprzenikniona.
Stan ten przerwał maluch, gdy przekrzywił główkę i spojrzał pytająco na ojca.
- Tato?
- Tak?
- Powiedz mi, bo tego nie rozumiem.
Ojciec popatrzał na synka, zdjął kapelusz i przetarł czoło z potu.
- Czego? - spytał, zakładając kapelusz ponownie na głowę.
- Jak można nienawidzić surykatek?
Skwar leje się z nieba, gorąco jak skurwysyn.
Ojciec z ośmioletnim synem leniwie spacerują, korzystając z dobrodziejstw temperatury, która im niestraszna, są przecież przyzwyczajeni.
Posuwając się krok po kroku, docierają na cmentarz.
Wiedząc, że jest to skrót, śmiało wchodzą na rozległy teren.
Chłopak ciekawie zerka na tablice, czytając co tam stoi napisane. Ojciec idąc dalej, chciał coś do niego rzec.
Gdy spojrzał w bok, dzieciaka przy nim nie było, więc obrócił się i ujrzał, iż mały stoi przy jednym z grobów.
Niespiesznie podszedł do dziecka, sam zaciekawiony cóż tak przykuło jego uwagę.
Spojrzał na płytę i przeczytał wyryte litery:
" Tu leży John McMills, w swoim w sam raz długim życiu nienawidził dwóch rzeczy:
Surykatek i żydów "
Syn i ojciec stali w milczeniu obok siebie, wpatrzeni w skromny nagrobek, nieznanego im przecież człowieka.
Słońce prażyło niemiłosiernie, cisza była nieprzenikniona.
Stan ten przerwał maluch, gdy przekrzywił główkę i spojrzał pytająco na ojca.
- Tato?
- Tak?
- Powiedz mi, bo tego nie rozumiem.
Ojciec popatrzał na synka, zdjął kapelusz i przetarł czoło z potu.
- Czego? - spytał, zakładając kapelusz ponownie na głowę.
- Jak można nienawidzić surykatek?