2
3 Dev Adam
Wyobraź sobie, że wchodzisz w turecki multiversum, gdzie Marvel zapomniał wysłać prawnika, a kino klasy B dostało licencję… w modlitwie. Rok 1973, Stambuł pachnie tanim kebabem i benzyną, a na ekranie pojawia się Spider-Man, ale nie ten, co ratuje ciotkę May.
Nie.
To Morderczy Pajonk, psychopata w zielonym sweterku, co kradnie pieniądze i topi ludzi w motorówce jakby to była normalna środa.

Ale spokojnie, na ratunek przybywa Kapitan Ameryka czyli turecka wersja Steve’a Rogersa, którego tarcza wygląda jak pokrywka od garnka oraz El Santo, meksykański wrestler, który wpadł na plan prawdopodobnie myśląc, że to kolejny odcinek teleturnieju o burrito.
Razem tworzą Drużynę Nielegalnych Copyrightów i naparzają się z Pajonkiem po zaułkach Stambułu jakby jutra miało nie być.

Efekty specjalne?
Zapomnij.
Największy budżet poszedł na tanią farbę do kostiumu Spider-Mana i jeden reflektor, który oświetlał wszystko jak lampa w kebabowni.
Każda scena walki wygląda jak nagranie z monitoringu w Lidlu w 144p, a Kapitan Ameryka bije się tak, jakby miał w rękach niewidzialny bakłażan.

Plot twist?
Nie ma.
To po prostu 90 minut, w których pajonk z uśmiechem mafioza dusi ludzi, a El Santo raz kopie, raz się gubi, a raz patrzy w kamerę jakby pytał: "Za co ja biorę pieniądze?"

I wiesz co?
Ten film jest tak zły, że aż boski.
To jak kebab o 3 nad ranem nie wiesz, co tam jest, ale bierzesz dokładkę, bo czujesz, że dotykasz sztuki.
0.27722001075745